EWA KORZENIOWSKA
Ciezarowka z zoltym dromaderem
Powoli widownia Teatru Morskiego w Gdyni zapelnia sie publicznoscia.
Posrod elegancko ubranych ludzi w srednim wieku i starszych
widac troche studentow, jest garstka nastolatkow. Gwar rozmow
wzbija sie w gore wraz z bukietem swiatowej slawy zapachow.
W lozy obok mnie jakis obcokrajowiec opowiada po angielsku
swojej towarzyszce, ze w Warszawie najbardziej podobal mu
sie 'Toilet Park'. Instrumenty milcza stojac samotnie na
czarnej scenie. Nagle zapada ciemnosc i cisza, po chwili
na scene spada jasny krag swiatla. W jego srodku, w blyszczacym
chalacie, z rekoma wyciagnietymi wzdluz ciala, prosta jak
struna, stoi Ewa Demarczyk.
Ni brzydka, ni ladna, tajemnicza, ubrana w czern piesniarka,
ktora w latach 60. wzbudzala zachwyt spiewajac wiersze znanych
i mniej znanych poetow. To dzieki niej poezja Rilkego, Baczynskiego,
Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej, Micinskiego, Lesmiana, Tuwima
i wielu innych trafiala do polskich domow. Z piesniarki
wystepujacej w krakowskiej 'Piwnicy Pod Baranami', artystka
szybko stala sie pierwsza dama piosenki poetyckiej w Polsce,
nagradzana na krajowych i miedzynarodowych festiwalach.
Jej sztuka wywarla duzy wplyw na ludzi mego pokolenia, kochajacych
spiewana poezje Okudzawy, Dylana, Cohena.
Sylwetka tylko bardziej ciezka, ale ta sama fryzura, ten
sam makijaz z silnie podkreslonymi oczami. Stoi nieruchomo.
Zaczyna spiewac Piesn Osjana i wtedy okazuje sie, ze spiew
tez jest ten sam. Publicznosc zamiera, jakby zahipnotyzowana
jej niezwyklym, ciagle pelnym ekspresyjnej dynamiki glosem,
ktory, choc nie zawsze wystarcza go w najwyzszych partiach,
chwilami wybucha jak gejzer paralizujac sila i ekspresja.
Prawie nie zmieniona jest interpretacja wykonywanych utworow,
tylko jakby dojrzalsza, przepelniona jeszcze prawdziwszym
bolem niespelnienia. Znany repertuar, do ktorego doszly
dwie lub trzy mniej znane rzeczy. Publicznosc najglosniej
oklaskuje pamietne: Tomaszow, Pocalunki, Grande Valse Brilante
czy tekst Galla Anonima O narodzinach Boleslawa Chrobrego.
Te mniej znane, jak Piosenka o nocnym Krakowie czy Nie
moge sie rozstac z mama jakos mniej przemawiaja do sluchaczy,
ktorzy identyfikuja sie z bohaterami wykonywanych przez
Ewe Demarczyk piosenek, nieszczesliwych z milosci, niespelnienia,
samotnosci, tesknoty i smierci. Taki jest wlasnie ton koncertu,
ktory konczy sie dwoma utworami o tematyce wojennej.
Z zalem patrze na gasnace swiatla i zastanawiam sie, jak
dostac sie do garderoby pani Demarczyk. Podobno obrazona
na media artystka nie udziela wywiadow, ale ludze sie, ze
uda mi sie zamienic z nia pare slow. Gdy widownia pustoszeje,
wbiegam za kulisy. W koncu dlugiego korytarza widze grupke
ludzi. Wsrod nich pare osob trzymajacych mikrofony ze znakami
stacji radiowych, gotowych do akcji; zza uchylonych drzwi
dochodzi meski glos: pani Demarczyk nie udziela wywiadow!
Niepostrzezenie dopycham sie do drzwi, zagladam do srodka.
Jakas dziewczyna ubrana w zolta kurtke Radia Plus probuje
naklonic pania Demarczyk do powiedzenia 'paru slow do fanow'.
- Jakich fanow!? - denerwuje sie artystka. - Prosze pani,
jest pani bardzo mloda, ale powinna pani wiedziec, ze ja
nie spiewam dla fanow, tylko dla publicznosci. I dzis wszystko,
co mialam do powiedzenia swej publicznosci, powiedzialam
podczas koncertu.
- Pani Demarczyk nie udziela wywiadow - powtarza mlody czlowiek
slusznego wzrostu, z dlugimi jasnymi wlosami zwiazanymi
nad karkiem w ogon.
- Jesli nie udziela wywiadow, to moze zechcialaby porozmawiac
bez mikrofonu? - zaskoczona slysze swoj wlasny glos.
- Porozmawiac moge - zgadza sie niespodziewanie gwiazda.
- Pani wejdzie - wskazuje mi krzeslo.
Garderoba to zwykly pokoj z lustrem i meblami jak w stolowce.
Przebrana juz po koncercie artystka, w grubych spodniach
i kurtce narciarskiej, opatulona welnianym szalem, trzesac
sie z zimna rozdaje autografy i dziekuje za cieple slowa.
Po wyjsciu ostatniego wielbiciela wchodza jeszcze dwaj panowie
z ogromnym koszem roz.
- Pani Ewo, to od sponsorow koncertu, bardzo pani dziekujemy.
Obaj mlodzi ludzie klaniaja sie w pas calujac reke artystki.
- A ja panom nie mam za co dziekowac - mowi pani Demarczyk
- i panowie dobrze wiedza dlaczego. Zegnam panow.
Na moment zrobilo sie tak cicho, ze slychac tylko mruczenie
elektrycznego czajnika. Panowie sponsorzy wychodza, a pan
Pawel, kierownik grupy Ewy Demarczyk, ktory z bliska wcale
juz nie wydaje sie byc mlodzieniaszkiem, z foliowej reklamowki
z ktorej uprzednio wyciagnal czajnik, wyciaga sloik neski
i szklane filizanki. Przy okazji na podloge rozwija sie
rolka papieru toaletowego. Po chwili pijemy goraca kawe,
palimy papierosy i gawedzimy nie zwracajac uwagi na szpetne
wnetrze.
- Widzi pani, jak dzis podrozuje? - patrzy swidrujac mnie
na wylot brazowymi oczami. - Niech pani napisze, ze Ewa
Demarczyk podrozuje po Polsce ciezarowka, a scislej mowiac
TIR-em, w ktorym przechowuje caly swoj estradowy sprzet.
Zaprasza, bym zostala do jej wyjazdu i zobaczyla to na wlasne
oczy. Odpala papierosa od papierosa - nic dziwnego, ze chwilami
glosu jej nie starcza. Czas nie jest dla niej zbyt laskawy.
Dobrze o tym wie i nie pozwala sie fotografowac. Ale to
jeszcze ciagle ta sama twarz o wyrazie glebokiej melancholii,
ktora pamietam z okladek plyt, choc z odrobina agresji,
ktorej kiedys chyba nie bylo w jej oczach.
- Prosze pani, oni zabrali mi teatr! - wybucha.
Trzese sie, sama nie wiem czy z emocji, czy z chlodu, przysluchujac
sie gwaltownej opowiesci o utracie teatru. - W tej piosence
o Krakowie mialam ochote zamiast 'kochany Krakow', zaspiewac
'okropny Krakow'. Nienawidze tego miasta rzadzonego przez
kler i...
W tym miejscu zaczyna sie historia Teatru Ewy Demarczyk,
ktory jakos nie ma szczescia do lokali. Poczatkowo mial
siedzibe w Krakowie przy ulicy Florianskiej. Jednak ksieza,
ktorzy odziedziczyli cala kamienice po jakiejs swojej parafiance,
po wygasnieciu umowy wynajeli lokal nowemu najemcy, ktorym
okazal sie... McDonald1s.
W ramach rekompensaty pani Ewa dostala od miasta Krakowa
budynek na Kazimierzu, w stanie nadajacym sie do rozbiorki.
Gdy go wyremontowala, znalazl sie wlasciciel bylej rudery.
Odmawiala placenia mu czynszu, gdyz remont budynku zostal
przeprowadzony na koszt miasta, a nie wlasciciela. Wiosna
1999 roku prase polska obiegla wiadomosc, ze Teatr Ewy Demarczyk
zostal wyeksmitowany z zajmowanej siedziby. Nigdzie jednak
nie bylo wzmianki o tym, jak wygladala eksmisja. Otoz ktoregos
poranka pani Demarczyk znalazla swoj teatr na bruku, czyli
sprzet elektroniczny wartosci kilkudziesieciu tysiecy dolarow
po prostu zwalony na chodnik. Cos trzeba bylo z tym zrobic,
wiec wynajela wielka ciezarowke z wielbladem na plandece
i do niej zaladowala sprzet. Odtad ciezarowka sluzaca jako
magazyn jest takze jej srodkiem lokomocji i domem z daleka
od domu.
Slychac pukanie, do pokoju wsuwa sie niesmialo dziewczyna.
Spod nastroszonej grzywki widac pelna niepewnosci twarz.
- Patrycja ! - wykrzykuje Ewa Demarczyk. Usciski. Radosc
powitania. Krotkie zdania o czasie minionym. Co sie okazuje?
Patrycja to wielbicielka piesniarki, ktora w czasach, gdy
byla nastolatka, nie tylko starala sie wygladac jak Demarczyk,
to jeszcze jezdzila z Wybrzeza na kazdy koncert. Dzis ma
dwadziescia dwa lata i robi magisterium z biologii; prowadzi
doswiadczenia na myszach, do czego przyznaje sie ze skrucha.
Nie ma wiec niestety czasu, by jezdzic na kazdy koncert,
no i pani Ewa nieczesto obecnie wystepuje. Po chwili nasza
rozmowa toczy sie dalej, to znaczy glownie mowi pani Ewa.
W swoim monologu dzieli sie z nami opiniami na temat nowej
Polski, ktora jest rozczarowana, tak jak wielu do niej podobnych
ludzi.
Nie lubi tego, co sie dzieje z jezykiem polskim, ktory ulega
zubozeniu tak samo jak polska kultura zdana na laske i nielaske
niewybrednych sponsorow.
- Czy pani zwrocila uwage, jak sie dzis w Polsce mowi? Dawniej
wszyscy sie nabijali z tego, jak mowi Walesa. Sama liczylam
kiedys, ile razy mowil 'przyszlem'. Ale czy pani slyszy,
jak mowia dzisiejsi politycy? I to juz wcale nie zakrawa
na dowcip. Marketing, ranking, konsulting, lising? Wie pani,
nie zniszczyli polskiego jezyka i kultury ani zaborcy, ani
okupanci, a teraz w wolnej Polsce sami siebie zaprzepaszczamy,
holdujac obcej mowie i wartosciom. Jak zniszczymy to co
nasze, przestaniemy byc narodem - w jej glosie slychac gleboka
powage - a staniemy sie nacja. Tymczasem dzieje sie tak,
ze Polacy nie chca tego, co polskie, nie chca promowac rodzimych
artystow, ani ich tworczosci. Dlaczego? Bo sa malo dochodowi.
Ale czy ktos kiedys slyszal, aby prawdziwa sztuka byla dochodowa!?
Wie pani, bylo to na festiwalu piosenki aktorskiej we Wroclawiu.
Zagadnal mnie Wojciech Mlynarski, domagajac sie podziwu
za to, ze wystawil w Warszawie jakis angielski musical.
Podobno lepiej niz Anglicy. A ja sie pytam, co tu podziwiac?
A dlaczego nie wystawil jakiegos polskiego musicalu? To
bylby dopiero powod do pochwal, gdyby zrobil to lepiej od
Anglikow!
Ewa Demarczyk mowi dalej o swojej niecheci do nowego systemu,
malo sprzyjajacemu tworcom. Tak jak pani wielu artystow
wzbraniajacych sie przed pop-kultura zyje obecnie znacznie
skromniej niz kiedys.
Tu przypomina mi sie historia, ktora uslyszalam niedawno
od znajomego mieszkajacego w Warszawie w poblizu Opery Kameralnej.
Widuje ze swego okna, jak wieczorami pod rzesiscie oswietlony
teatr kosztowne auta i limuzyny przywoza wytworna publicznosc
na koncert grany przez muzykow wystrojonych w czarne fraki.
Po dwoch godzinach ekskluzywna publicznosc wraca w swoj
ekskluzywny swiat, a muzycy w dzinsach i paltocikach podszytych
wiatrem biegna na najblizszy przystanek, by zlapac ostatni
tramwaj do swojego M3.
Ludzie nie uznajacy kompromisow, tacy jak Ewa Demarczyk
czy wspomniani muzycy, rozczarowani sa nowymi polskimi realiami
i dlatego zamiast rzucic sie w wir robienia pieniedzy, odizolowuja
sie od swiata i klepia biede. Wlasnie takie zycie obecnie
wiedzie piesniarka.
- Wie pani, nie nadaje sie do mieszkania w Krakowie, nie
nadaje sie do mieszkania w Polsce. Pare lat temu bylam w
Ameryce, mialam tam podpisac kilka kontraktow na koncerty,
ale bylo to zbyt trudne, gdyz Stany Zjednoczone nie sa dla
mnie. Tam nie wytrzymalabym nawet paru miesiecy. Zdecydowalam
sie wiec wrocic do kraju, ale juz bedac na pokladzie samolotu
wiedzialam, ze popelnilam blad. Uswiadomilam to sobie czytajac
polskie gazety, z ktorymi przez pare tygodni nie mialam
stycznosci. Tak wiec naleze do ludzi, ktorzy nie potrafia
juz zyc ani tu, ani tam. Moze powinnam byla zamieszkac w
Japonii?
- Gdyby mieszkala pani za granica, to nie moglaby pani spiewac
po polsku polskiej poezji...
- Alez prosze pani! Przeciez milosc, bol, smierc odczuwa
sie tak samo w kazdym jezyku. Wlasnie uswiadomilam to sobie
w Tokio, gdy po koncercie cala publicznosc klaskala przez
pietnascie minut i na koniec wstala, co jest podobno zupelnie
niespotykanym w Japonii zjawiskiem. Spiewalam po polsku,
w wiekszosci, a jednak cos z tego do nich dotarlo, cos,
co ma znaczenie bardziej uniwersalne niz jezyk, bo przeciez
wszyscy jestesmy zdolni do tych samych emocji. No tak, ale
nie zostalam w Japonii. Zamiast osiasc w Los Angeles albo
Tokio, przenioslam sie do Wieliczki - smieje sie, zapalajac
kolejnego papierosa.
W Wieliczce mieszka sama w domu otoczonym ogrodem. Nie przyjmuje
nie zapowiedzianych gosci. Nie reaguje na pukanie do drzwi.
Bywaja tu tylko nieliczni, najblizsi przyjaciele. Duzo czasu
pochlania jej codzienna praca, zas latem - jesli nie cwiczy
- spedza czas w ogrodzie.
- Rosliny sa bardziej oddane niz ludzie - mowi z cieniem
goryczy. - Gdy jakas roslina slabo rosnie, to do niej przemawiam
lagodnie, ale zapowiadam, ze jak sie nie poprawi to ja wyrzuce
z mojego ogrodu. Gdy dalej nic sie nie zmienia, wykopuje
uparciucha z ziemi i na jego miejsce wsadzam lepszy, grzeczniejszy
kwiatek.
Ciekawe, czy z ludzmi Ewa Demarczyk postepuje podobnie?
- pomyslalam. Moze dlatego zyje samotnie, z dala od wielkomiejskich
spraw, oddana ogrodowi, literaturze i pracy? Gdy dokucza
jej chandra, siega po kryminaly. Ma ich pelna polke. Czyta
po kolei od pierwszego do ostatniego, aby kiedys w przyszlosci
znowu powtorzyc te runde.
Mozna by tak jeszcze siedziec i sluchac, gdyby nie pan Pawel,
ktory przerywa rozmowe oznajmiajac, ze wszystko jest juz
spakowane i pora ruszyc w powrotna droge. Artystka wlozyla
na siebie jeszcze kilka warstw cieplej odziezy i wspolnie
opuscilismy budynek Teatru Morskiego w Gdyni. Na parkingu
Ewa Demarczyk wsiada do szoferki wielkiego TIR-a z zoltym
dromaderem na plandece. Dla niej czasy limuzyn i splendoru
naleza do przeszlosci. |