PRENUMERATA
"PRZEGLĄDU POLSKIEGO"
W WERSJI PDF:

 

 

Przeglad Polski (24 marca 2000)


ROMAN MARKOWICZ

Kolekcja nagran Rubinsteina

Firma plytowa RCA/BMG wydala kilka miesiecy temu monumentalna edycje nagran zatytulowana Rubinstein Collection. Niedawno dzieki uprzejmosci firmy, ktora sprzedaje ten zbior krytykom po specjalnej cenie - kto moze sobie pozwolic na ekstrawagancje za 1500 dolarow! - stalem sie szczesliwym posiadaczem kompletu nagran, jakich Artur Rubinstein dokonal, glownie w studiu, w latach 1928-1976. Nie zamierzam oczywiscie recenzowac 94 plyt kompaktowych, ktore zawieraja ponad 106 godzin nagran: jest to po prostu niemozliwe. Chcialem raczej podzilic sie pewnymi uwagami i spostrzezeniami na temat najwiekszego chyba polskiego muzyka naszego - przepraszam, ubieglego... - stulecia.
Dzisiejszego melomana, przyzwyczajonego do kupowania nagran dokonywanych przez nastolatkow zdumiewac musi, ze pierwsze nagrania Rubinsteina pochodza z 1928 r.: byl on wtedy juz 41-letnim wirtuozem slawnym w Europie i Ameryce Poludniowej, choc jeszcze o prawie dekade odleglym od triumfow w Stanach Zjendoczonych, ktore mialy potem stac sie jego przybrana ojczyzna. Nie wiadomo dzis, czy przyczyna tego poznego poczatku kariery studyjnej byla niechec artysty do nagrywania w owczesnych warunkach technicznych. Pamietac nalezy, ze w 1928 r. tzw. nagrania elektryczne, podczas ktorych uzywano mikrofonow, byly jeszcze stosunkowo nowoscia. Nagrania akustyczne, o ktorych Rubinstein wyrazal sie z niechecia (twierdzil, ze "fortepian brzmi na nich jak banjo"), byly rzeczywiscie dalekie od doskonalosci. Niemniej w pierwszych trzech dekadach stulecia wszyscy owczesnie najwieksi muzycy dokonywali nagran i nieobecnosc Rubinsteina wsrod nich byc moze spowodowana byla innymi przyczynami. Kiedy wiec w marcu 1928 r. artysta dal sie w koncu przekonac Fredowi Gaisbergowi, legendarnemu szefowi HMV, angielskiej kompanii plytowej, aby nagrac cos dla niej, bylo to historyczne wydarzenie. Rubinstein wybral na probne nagranie Barkarole Chopina. Artysta przyznal potem, ze przesluchujac nagranie mial w oczach lzy. "Bylo to nagranie, o jakim marzylem i zloty dzwiek fortepianu nareszcie zostal prawidlowo zarejestrowany. To byl bardzo wazny dla mnie dzien: rozpoczelo sie moje nowe zycie".
Przypomne, ze w czasach 78-obrotowych plyt czas nagrania ograniczony byl do 4,5 minuty: dominowaly wiec zapisy glownie krotkich utworow, a w zwiazku z niemozliwoscia "sklejania", tzn. redagowania nagran, w przypadku jakichs potkniec palcowych czy innych niepowodzen powtarzac trzeba bylo cala matryce. Mimo tych ograniczen technicznej natury, powoli firmy plytowe rozpoczely nagrywania dluzszych kompozycji i juz w 1929 roku Rubinstein byl pierwszym pianista, ktory nagral Koncert B-dur Brahmsa, od lat bedacy w jego repertuarze. Wydawac by sie moglo, ze dla artysty o tak wtedy nieokielznanym temperamencie powolny i denerwujacy proces nagrywania kilkuminutowych odcinkow bedzie czyms nie do wytrzymania i utrudni osiagniecie odpowiednich artystycznych rezultatow: okazalo sie jednak, ze Rubinstein potrafil bez wiekszego trudu i bez uszczerbku dla muzyki poddac sie wymogom trudnego procesu. Jego wczesne nagrania promieniuja jasnoscia, zyciem i porywajacym temperamentem. W latach 30. Rubinstein byl regularnym gosciem w studiach HMV; nagrywal kompozycje solowe, ale takze koncerty fortepianowe Czajkowskiego, Chopina i Mozarta.
Nagranie Koncertu b-moll Czajkowskiego (1932 r.) z mlodym wowczas angielskim dyrygentem Johnem Barbirolli, bylo bardzo dobrze przyjete nie tylko przez melomanow, ale takze przez krytykow i stalo sie pewnego rodzaju przelomem w artystycznej karierze pianisty.
Polowa lat 30. przyniosla inne triumfy w postaci nagran chopinowskich 4. scherz, mazurkow i nokturnow oraz polonezow. Te plyty wlasnie znacznie przyczynily sie do podboju Ameryki w 1937 r.: pierwsze amerykanskie wystepy Rubinsteina przeszly bez wiekszego echa i sukcesu. Teraz nareszcie jego talent i ogromne mozliwosci pianistyczne rozpoznano po drugiej stronie oceanu. Byc moze do tego sukcesu przyczynila sie takze nowo poslubiona zona Artura Aniela Mlynarska, corka znanego warszawskiego dyrygenta. Rubinstein zabral sie w tym okresie do porzadnej pracy nad soba i nad technika, gdyz nie chcial, aby jak mowila zona pamietano go jako kogos, kto "moglby byc wielkim pianista".
Po osiedleniu sie w USA podczas II wojny swiatowej artysta nie zaprzestal dzialalnosci w studiu, nagrywajac znaczna czesc swego wielkiego repertuaru. Wielu komentatorow zauwazylo, ze niestety rownie duza czesc kompozycji, ktore czesto znajdowaly sie w programach recitalowych, nigdy nie zostala nagrana. Nie dojdziemy dzis, jaka byla tego przyczyna - decyzja artysty czy tez kompanii RCA Victor, faktem jest, ze stracone bezpowrotnie zostaly nie tylko pewne sonaty Beethovena, krotkie kompozycje Bartoka, Prokofiewa czy Ravela, ale rowniez cykle wariacji Brahmsa (na temat Händla i Paganiniego), kompozycje Skriabina, ktore w mlodosci gral po mistrzowsku, suita z Pietruszki Strawinskiego - jemu wlasnie dedykowana, pewne sonaty Mozarta czy wreszcie Iberia <$>Albeniza, ktorej byl pierwszym i ponoc wspanialym wykonawca. <$>Podbil nia Hiszpanie i zdobyl slawe wspanialego odtworcy hiszpanskiej muzyki: inne kompozycje, na szczescie nagrane, potwierdzaja znakomite wyczucie jej specyfiki. Dla naszej kultury jednak najwieksza strata jest nieobecnosc w jego dyskografii wiekszej czesci dziel Karola Szymanowskiego: nagrano kilka mazurkow i Symfonie koncertujaca.
Do wielu kompozycji Rubinstein powracal czasami wierzac, ze nastepnym razem osiagnie w studiu jeszcze lepsze rezultaty niz poprzednio, czasami ze wzgledu na rozwoj techniki. Np. cykle polonezow, nokturnow i mazurkow Chopina, nagrane w latach 30. powtorzyl jeszcze dwukrotnie: raz w latach 50., nagrywajac je na plyty tzw. dlugograjace, ale wciaz monofoniczne, potem juz stereofonicznie w latach 60. Podobnie bylo z wiekszoscia jego utrwalonego na plytach repertuaru: duzo nagran istnieje w dwoch przynajmniej wersjach, sporo jest nawet dokonanych trzykrotnie.
Rubinstein czesto podkreslal, ze nagrywanie plyt sprawia mu ogromna przyjemnosc. W dolaczonej do omawianej pieknej edycji ksiazce, zawierajacej dyskografie oraz artykuly i wspomnienia ludzi zwiazanych z artysta (glownie profesjonalnie), znajdujemy wspomnienia Maxa Wilcoxa, ktory od 1959 do 1976 byl rezyserem nagran Rubinsteina. Wilcox pisze, ze pianista przybywal na sesje nagran dobrze przygotowany, wiedzial czego od siebie oczekuje i jak zamierza osiagnac wytyczony cel. Po dokonaniu pierwszej wersji, odsluchiwal ja z partytura w reku, nieodmiennie anonsujac: "No, a teraz ide sie uczyc!". Rzadko kiedy potrzeba bylo wiecej niz kilka prob, aby osiagnac oczekiwane przez samego artyste rezultaty.
Rubinstein czesto powtarzal, ze on sie ciagle zmienia, nagranie zas wciaz pozostaje to samo. Nie byl w tym przekonaniu odosobniony, gdyz kazdy artysta wie, ze jego interpretacje z czasem sie zmieniaja.
O jakiej ewolucji mowimy, obserwujac jego 50-letnia dzialalnosc przed mikrofonem? Zacznijmy moze od pewnych elementow, ktore pozostaly obecne w jego grze do samego konca kariery, zastopowanej powolna utrata wzroku raczej, niz kontroli nad rekami. Do konca pozostal gleboki i spiewny ton instrumentu, rytmiczna zywotnosc, dramaturgia i projekcja linii melodycznej. Do konca pozostal niezachwiany sens interpretacji i najbardziej naturalne rubato, cechy budzace wielki dla jego sztuki respekt muzykow orkiestrowych; wielu z nich twierdzilo, ze najlatwiej gralo im sie z Rubinsteinem. Ponadto - odpowiednia proporcja sily i subtelnosci. Cechowal go tez calkowity brak ekscentrycznosci czy kaprysnosci, a takze "teutonicznej" sztywnosci charakterystycznej dla niektorych jego slynnych kolegow pochodzacych z tzw. szkoly niemieckiej. Tu chcialbym rowniez wspomniec o pewnym przydomku, jakim w ostatnich dekadach jego kariery obdarzano Rubinsteina. Mowiono o nim "ostatni romantyk", co bylo zaprzeczenim jego artystycznej wizji. W interpretacjach pianisty nigdy nie bylo samowoli, muzycznego nieladu, lamania frazy itd., jednym slowem charakterystycznych cech pewnych artystow wyroslych jeszcze w XIX-wiecznej estetyce.
W grze Rubinsteina, jesli porownamy powiedzmy pierwsze dwie dekady jego studyjnej dzialalnosci, zaszly znaczne zmiany. Pierwsze nagrania cechowala niesamowita witalnosc i czesto nieokielznany temperament. Pozniej pod presja wlasnej muzycznej rzetelnosci, wzrastajacymi standardami wykonawczymi, jak rowniez pojawiajaca sie od lat 40. mozliwoscia "redagowania" nagran, tzn. usuwania technicznych niedoskonalosci, ktore byly zauwazalne we wczesnych nagraniach, artysta stawal sie coraz to ostrozniejszy. Tracil charakterystyczna wciaz podczas koncertow spontanicznosc. Nie chcialbym, aby czytelnik nie znajacy dawnych interpretacji Rubinsteina odniosl wrazenie, ze byly to pianistycznie nieudolne proby. W moim przekonaniu byl to jeden z najwiekszych talentow o fantastycznej latwosci gry - i znanej powszechnie nonszalancji, jesli chodzi o precyzje - ale rowniez naturalnym, ujmujacym poczuciu liryzmu, frazowania, introspekcji. Slychac to wyraznie we wczesnych nagraniach nokturnow czy mazurkow Chopina, juz wtedy nieporownanych stylistycznie i w pewnym sensie idealnych w koncepcji. Byla to gra o rzadkiej elokwencji, elegancji, szarmancka, potoczysta, radosna. Wedlug mnie najwazniejszym jednak elementem gry tego fenomenalnie uzdolnionego pianisty bylo to, ze wszystko, czego wtedy dotknal brzmialo tak naturalnie, ze pewne usterki palcowe szybko popadaly w zapomnienie. Zdarzalo sie oczywiscie, ze w pewnych momentach spontanicznosci joie de vivre zblizaly sie niebezpiecznie do czegos, co mozna by nazwac niechlujnoscia, byla to jednak niewielka cena do zaplacenia w porownaniu z muzycznymi dywidendami. Ciekawe, ze w niektorych momentach koncertow Chopina, Rachmaninowa czy Brahmsa, trudniejszych palcowo, ten "a niech to diabli!..." stosunek do wiernosci tekstowi pozostal u mistrza nawet w epoce nagran dokonanych na plytach dlugograjacych. Jako pianista nie moge oprzec sie pewnej dozie podziwu dla Rubinsteina, ktory wydawal sie mowic nam - nawet bezczelnie oszukujac! - ze "jesli brzmi to dobrze, to po co martwic sie o akuratnosc!".
Jak zaznaczylem, energia, zywotnosc i spontanicznosc, ktora do poznej starosci towarzyszyla wykonaniom publicznym, zaczela znikac ze studyjnych nagran, ktore coraz czesciej - szczegolnie w erze stereofonii - brzmialy po prostu ostroznie, a czasami wprost obojetnie. Wydaje mi sie, ze Rubinstein, podobnie jak jego inni dlugowieczni koledzy: Claudio Arrau, Rudolf Serkin czy Wilhelm Backhaus poddal sie presji dokonywania nagran, ktore beda istotne jedynie dla kolekcjonerow pragnacych posiadac wszystko, co w katalogu.
Rubinsetin Collection wypelnia duza luke, wprowadzajac z powrotem do obiegu wiele nagran przez prawie pol wieku nieobecnych na rynku. Mowa tu o wczesniej wspomnianych rejestracjach dokonanych w latach 40. i 50., kiedy Rubinstein nieco mniej nonszalancko gral, choc wciaz niebywale emocjonalnie i coraz to bardziej arystokratycznie w oddechu i frazowaniu. Liczne nagrania Chopina, Brahmsa czy Schumanna - od lat znane mi z porysowanych, poniszczonych plyt, ktore latami kupowalem w sklepach ze starzyzna, na wyprzedazach w bibliotekach i gdziekolwiek sie dalo - w pewnym sensie niepowtarzalne, bo rownowazace wspomniane cechy pianistyki. Zaznaczylem, ze poczawszy od 1941 r. artysta nagrywal dla firmy RCA Victor. Niestety, ta najbardziej prestizowa z amerykanskich firm plytowych prawie nigdy nie obdarzyla swego najslynniejszego artyste dzwiekiem, jaki sluchacze znali z koncertow. W wielu przypadkach ton fortepianu jest jak gdyby pozbawiony alikwotow, jest przytlumiony, bezbarwny, drewniany. Wydaje mi sie, ze stare przedwojenne nagrania dokonane w Anglii dla HMV maja bardziej naturalny, jasny, lepiej uchwycony dzwiek.
Rubinstein byl wielce negatywnie nastawiony do publikowania nagran z koncertow. Jako jego wielbiciel od lat zaznajamialem sie z pirackimi nagraniami, nie mowiac o tym, ze mialem kilkakrotnie wielki przywilej sluchania go na zywo. Jestem przekonany, ze Rubinstein wyrzadzil sobie i swoim wielbicielom, a takze nastepnym generacjom, ktore znac go beda jedynie z plyt, wielka krzywde publikujac tak znikoma liczbe nagran pochodzacych z koncertow. W omawianej kolekcji koronnym dowodem i wrecz bezcennym dokumentem jest nagrany na zywo recital w Moskwie (1 X 1964 r.). Blisko osiemdziesiecioletni pianista gra Chopina jak natchniony, pokazujac wirtuozerie, brawure, styl, elegancje rzadko - jesli kiedykolwiek - spotykana w studyjnych nagraniach. Sluchajac tego wlasnie recitalu, nawet niewtajemniczony w arkana pianistyki laik natychmiast zda sobie sprawe, ze ta gra brzmi zupelnie inaczej niz w studyjnych wersjach, w ktorych kroluje ostroznosc i poprawnosc.
Wypada w koncu w kilku choc slowach wspomniec o pozamuzycznych walorach tej cennej edycji. Pudlo zawierajace 82 albumiki rozmieszczone na dwoch poziomach jest nie tylko starannie wykonane, ale zawiera niezmiernie pieczolowicie wydana ksiege zawierajaca liczne artykuly i potrojny spis nagran. Mamy prawdziwa kopalnie informacji o nagraniach, ich datach, miejscach itd. Wszystkie teksty opublikowano po angielsku, niemiecku i francusku. Specjalnie dla tej edycji napisali je znani muzykolodzy i krytycy. Umieszczono rowniez, rzadko przedtem publikowane, fotografie artysty. Edytorska strona Rubinstein Collection wydaje sie dzielem samym w sobie - nie moglem znalezc w niej slabych punktow. Wiele artykulow o pianiscie pochodzi spod piora osob blisko z nim zwiazanych, jak np. Max Wilcox, John Rubinstein, Zubin Mehta, skrzypek Arnold Steinkard czy Stanislaw Skrowaczewski i zawiera interesujace wspomnienia, anegdoty i obserwacje. Ostatni z albumow (nr 82) zawiera nie tylko nigdzie dotad nie publikowane nagrania, ale jako dodatkowa atrakcje -trzy wywiady pianisty na temat jego nowych wowczas nagran koncertow Mozarta, Koncertu Es-dur "Beethovena i Walcow" Chopina.
Firma RCA/BMG dokonala ogromnego wysilku odrestaurowujac stare nagrania i nadajac im niemal wspolczesne brzmienie, za co naleza sie slowa wielkiej pochwaly. Wkrotce kompakty z tej serii maja pojawic sie pojedynczo w sprzedazy i wtedy postaram sie raz jeszcze powrocic do tych czesto niepowtarzalnych nagran, oferujac pewne sugestie i rekomendacje.
Spogladajac na moj nowy nabytek sam sobie zazdroszcze...