PRENUMERATA
"PRZEGLĄDU POLSKIEGO"
W WERSJI PDF:

 

 

Przeglad Polski (17 marca 2000)


DANUTA MOSTWIN

Ameryka Edgara Allana Poego

Portret matki

Dostojna cisza biblioteki sprzyjala skupieniu. Ksiazka w twardej, czerwonej okladce, ktora zdjelam z polki, liczyla przeszlo 300 stron duzego formatu. Byly to listy Edgara Allana Poego. Juz wyciagnelam reke, aby tom odlozyc, ale ciekawosc przemogla. Ciekawosc czy intuicja? Przeczucie niezwyklej przygody? Usiadlam przy malym stoliku, zapalilam lampe i otworzylam ksiazke. Ostroznie przerzucalam stronice. Moj wzrok jakby oddzielil sie ode mnie i czujny, nie kierowany, biegl na spotkanie slow. Zatrzymal sie przy liscie Poego do pulkownika Sylvanusa Thayera, komendanta West Point.

Nowy Jork, 10 marca 1831

Sir,

Nie bedac juz niczym zwiazany z moja ojczyzna - zadnych prospektow, zadnych przyjaciol - mam zamiar, jak tylko nadarzy sie okazja - ruszac do Paryza, aby z pomoca markiza De LaFayette otrzymac przydzial do Polskiej Armii. Gdyby Francja zdecydowala sie interweniowac w sprawie Polski, mozna by to latwo przeprowadzic.

Przedmiotem tego listu jest moja prosba do Pana o pomoc w moich planach, w przekazaniu dokumentow, do ktorych jestem upowazniony. I... o list do przyjaciol w Paryzu, albo do markiza - bylaby to przysluga, ktorej nigdy nie zapomne.

Z najwyzszym szacunkiem...

Jeszcze raz przeczytalam list dokladnie. Staralam sie przypomniec sobie, co czytalam, co wiedzialam o pisarzu amerykanskim, ktorego listy przypadkiem wpadly mi w rece. Dlaczego Edgar Allan Poe? Co go sprowadzilo na moje juz dobrze udeptane sciezki amerykanskie? Czy byla to zacheta do zmiany kierunku?

Nie zamierzalam o nim pisac. Ale teraz juz nie bylo odwrotu. List podzialal na mnie jak glos trabki wzywajacej do szarzy. A malo znany Poe w barwach bialo-czerwonych wzbudzil moja sympatie. Jesli nawet nie znajde zadnych innych powiazan z powstaniem listopadowym, juz sam fakt zainteresowania sie sprawa polska przyblizyl go do mnie.

Wszystko to prawda, ale niepelna. Ponownie wrocilam do listu. Zabrzmial nieco inaczej. Zawieral cos wiecej niz interesujacy mnie polonik. I to "cos wiecej" przemawialo slowami, ktorych sensu nie moglam uchwycic, gdyz w miedzyczasie pamiec podrzucala mi obrazy z dawno czytanych opowiadan Poego. Byly to niesamowite obrazy ze swiata nierzeczywistosci: rozwalajace sie domy, wilgotne lochy, ukryte pod podloga trupy, ktorych serca glosnym stukotem zdradzaly morderce. Obrazy obszernych komnat urzadzonych ze wschodnim przepychem, zanurzonych w zlotopomaranczowym odblasku zaru z dogasajacego kominka.

Bylam zaplatana w podwojny przekaz listu. Staralam sie sobie wytlumaczyc, ze znalazlam ciekawy polonik i powinnam sie tym zadowolic. Ale bylo cos wiecej. Czegos szukalam i nie wiedzialam, co jest przedmiotem moich poszukiwan. A moze szukanie rozpoczelo sie juz wczesniej, a list stal sie tylko katalizatorem, pozwolil mi uswiadomic sobie, dlaczego zainteresowaly mnie listy pisarzy amerykanskich?

Czulam, ze bez mego swiadomego udzialu rozpoczal sie proces analizowania. Poznalam ten stan po szybszym biciu serca i lekkim podnieceniu. Wiedzialam, ze wczesniej czy pozniej, jesli potrafie uciszyc sie w sobie, uslysze odpowiedz.

Znow wracam do listu. Slowa nabieraja nowych znaczen: odrzucony (Nie bedac juz niczym zwiazany z moja ojczyzna), bez przyszlosci (zadnych prospektow), samotny (zadnych przyjaciol) decyduje sie na romantyczne rozwiazanie problemu. Stwarza sytuacje niemozliwa.

List ten pisze chory, w goraczce. W chlodnej, marcowej pogodzie, niedozywiony, bezdomny, bez plaszcza. Jak do tego doszlo? Dlaczego nikt mu nie pomogl? Kogo on mi przypomina?

Wiem. Pamietam. To byly lata piecdziesiate. Po brudnych, przyportowych uliczkach blakali sie ludzie, ktorych zniszczyla Ameryka. Emigranci, ktorym sie nie powiodlo. Znalam historie ich zycia. To byli moi klienci. Dozywali swoich lat na zasilku spolecznym. Nie zwiazani z zadna ojczyzna, nie mieli przyszlosci, nie mieli przyjaciol. Zostala im tylko samotnosc.

Szukam prawdziwej Ameryki. Nie tylko Ameryki Whitmana, w ktorej kazdy nuci swoja piesn. Szukam Ameryki Edgara Allana Poego, Ameryki-otchlani, ktorej wolnosc bez kresu i odrzucenie wszystkich tabu wyzwolic moze pieklo ludzkich instynktow. Moze przygladajac sie zyciu wielkiego artysty odnajde te Ameryke, ktorej grozne, ciemne symbole przechowala jego tworczosc?

*

A teraz czuje sie tak, jakby tama wzniesiona juz dawno, w pierwszych latach wrastania w Ameryke, pekla i spieniona woda z zalamujaca sie w niej tecza niosla lustrzane odbicie obrazow, zawierzonych mojemu tylko spojrzeniu i ocenie.

Pisze ballade. Piszac, slysze jej melodie. Jest to melodia poematu Kruk 2)

Raz ponurej, smutnej nocy, kiedy slaby i zmeczony

W starych ksiegach zaglebiony nieziemskich szukalem madrosci

Kiedy drzemiac zasypialem, wtem skrobanie uslyszalem

Jakby ktos leciutko pukal, lekko stukal do mych drzwi,

To gosc jakis - zamruczalem - stuka do mych drzwi.

Tylko to i wiecej nic.

Rytm tej piesni juz w pierwszej strofce ujal i prowadzi moja reke. Ale forme wybieram inna. Kusza mnie kolory, gdyz gdy milknie piesn, one podejmuja jej glos. Intryguja mnie kontrasty: nagle przejscia od popielatej, zamierajacej i chlodnej szarosci do rozpalonej czerwieni, na ktorej dnie zastygla czarna kropla krwi.

Ballade widze w obrazach. Tak jak starym fotografiom, przywracam im barwe i kontury postaci. Przenosze je ostroznie przez przebrzmialy ich wiek i unoszac i zblizajac uzbrajam w moc nowego slowa.

Jest rok 1811. Koniec listopada. Richmond, stolica stanu Wirginia. Niewielkie miasto rozrzucone na pagorkach. Przez kilka tygodni trwa uporczywy deszcz. Rzeka przelala sie przez tamy i zalala nizsze tereny podmiejskie. Z kaluz i blota wyroily sie chmary komarow. W miescie jest epidemia malarii.

Jednego z tych poznych dni listopadowych, gdy cienie poranka i wieczoru lacza sie w melancholijnym ubolewaniu nad konczacym sie rokiem, na wschodnim, ubogim przedmiesciu Richmond elegancki powoz zatrzymal sie przed niewielkim domkiem z czerwonej cegly, graniczacym ze stara tawerna Pod Indianska Krolowa, gdzie zjezdzali sie teraz aktorzy przygotowujacy sie do otwarcia teatralnego sezonu. Ale glownym tematem rozmow dzisiejszego popoludnia jest tragiczny los gwiazdy ostatnich sezonow Elzbiety Arnold-Poe.

Po ostatnim wystepie w Norfolk, w polowie pazdziernika, dawno nadszarpniete zdrowie zaczelo ja opuszczac. Mozliwe, ze przyczynilo sie do tego nagle znikniecie jej meza - Davida Poego? Nikt nic nie wiedzial: umarl? Uciekl do Europy? Czy przerazil sie odpowiedzialnosci za utrzymanie rodziny? Zawsze bez pieniedzy, dziwnie, az patologicznie niedojrzaly, ojciec Edgara wbrew rodzinie przerwal studia prawnicze i przylaczyl sie do wedrujacej trupy aktorskiej. Tam poznal Elzbiete, swoja przyszla zone i matke poety. Teatr nie przyniosl mu szczescia. Krytykowany, nawet wysmiewany, trwal przy nim nie zrazony brakiem talentu. Sukcesy odnosila jego utalentowana zona Elzbieta Arnold, Angielka, ktora jako kilkuletnie dziecko wyemigrowala z trupa teatralna z Anglii do Ameryki. Teatr byl jej domem, scena cieplarnia, gdzie wsrod sztucznych swiatel zakwitala jej delikatna uroda. Byla ulubiona aktorka. Publicznosc witala ja i zegnala niemilknacymi oklaskami. Tanczyla i spiewala. Ale to nie wszystko. Byla doskonala aktorka szekspirowska.

Dlaczego ja opuscil? Wkrotce po urodzeniu sie trzeciego dziecka, dziewczynki, zostawil ja. Czyzby podejrzewal zdrade? A ona z niezwykla wytrwaloscia nie opuszczala sceny. Dopoki tylko mogla, do chwili kiedy goraczka i gruzlicza slabosc nie pozwolily sie jej podniesc, biegla do teatru. Scena niczym zastrzyk morfiny wydobywala z niej resztki sil.

Dlaczego ja opuscil wtedy, gdy najbardziej go potrzebowala? Koledzy Elzbiety, aktorzy, wiedzieli, ze wydala juz wszystkie pieniadze, ze sprzedala wszystko, co tylko sprzedac mogla. Wraz z dziecmi zostala bez srodkow do zycia. Grupa teatralna i ludzie litosciwi pomagali. Ale jak dlugo? Jeszcze dzis, w przedostatni dzien listopada, The Richmond Enquirer nawolywal:

"Do ludzkiego serca:

Tej nocy pani Elzbieta Poe, unieruchomiona ciezka choroba, na lozku, otoczona swymi dziecmi, prosi was o pomoc; i jest to chyba glos jej ostatni. Szczodrosc widowni teatralnej w naszym miescie nie potrzebuje wiekszej zachety" 3).

Drzwiczki powozu otworzyly sie i dwie mlode kobiety: Frances Allan 4) i Jane Mackenzie wysiadly i skierowaly sie do malego sklepiku na parterze ceglanego budynku.

Zanim Jane uniosla kolatke, pani Phillips stala juz w otwartych drzwiach. Dygnela, usmiechnela sie i gestem ramienia zapraszala do srodka...

Chlodna, piwniczna wilgoc buchnela niezdrowym oparem. Z gory dochodzil piskliwy, drazniacy placz niemowlecia. Pani Phillips westchnela. Twarz jej sie zmienila, otarla rekawem lzy w kacikach oczu.

- Jest bardzo niedobrze - jeknela - bardzo niedobrze. Nie wiem, jak dlugo ona wytrzyma. Kaszle cale noce, wczoraj byl krwotok. Doktor tez nie moze nic poradzic.

- Czy to ten doktor, ktorego przyslal pan Allen? - spytala Frances.

- Tak, tak ten sam. Dal jej jakies lekarstwo do picia, ale to... - wzruszyla ramionami. - A Rosalie jest teraz bardziej niespokojna... Ale ja ja umiem uspokoic.

- Jak? - spytala Jane Mackenzie - jak ja pani uspokaja?

Przyjrzala sie uwazniej pani Phillips. Byla to kobieta po piecdziesiatce, silna, pleczysta jak atletyczny mezczyzna, o glosie zaskakujaco lagodnym i dobrotliwym grymasie usmiechu. Byla w ciemnej, dlugiej obszernej spodnicy i zapietym pod szyje kaftanie. Wszystko w niej bylo dobrotliwe. Tylko malutkie, blisko siebie umieszczone oczka bezrzesne i wyblakle rzucaly szybkie, chwytliwe spojrzenia rejestrujac kazdy ruch gosci.

- Bo my - mowila Jane Mackenzie - mamy dziesiecioro dzieci i wydaje mi sie, ze poznalam wszystkie sposoby.

- A Edgar? - spytala Frances Allen i usmiechnela sie przepraszajaco - czy on...?

- Mam pelne rece tego dziecka - powiedziala pani Phillips - nie usiedzi spokojnie. Wszystko mi poprzewracal w pracowni... Oddaje go teraz do tawerny, niech tam sie nim zajma. Juz mialam straty, poniszczyl mi kapelusze.

Niech panie tu chwile poczekaja, ja tylko predko polece na gore, cos sprzatne.

Slyszaly, jak powital ja ochryply, ciezki kaszel i przeszywajacy, ostry pisk dziecka. Pani Phillips, wlascicielka domu, utrzymywala sie z produkcji kapeluszy dla elegantek miejskich. Spotykaly sie nieraz u niej, aby poszperac wsrod tanich nowosci: wstazek, koronek i blyskotek, ktore kupowala od wedrownych aktorow. Chetnie tez sluchaly nowinek i plotek, albo nieraz i cennych wiadomosci, ktore pani Phillips przynosila od swoich wszedobylskich przyjaciol, bo jesli nie krzatala sie po lilipucim domku, lubila zagladac do sasiadujacego z nia zajazdu.

Frances i Jane staly blisko siebie, szeptaly:

- To Rosalie. Moze powinnam zabrac ja dzis do nas? Slysze w glosie dziecka, ze jest zaziebione, dom nie ogrzany. Co sadzisz?

Frances zaczerwienila sie. Byla bardzo niesmiala i wydawala sie bardziej dziewczyna niz kobieta od osmiu lat zamezna. O dwa lata starsza od niej Jane miala dziesiecioro dzieci. A ona do tej pory - bezdzietna. Dopiero niedawno udalo jej sie przekonac meza, aby zaadoptowali chlopca.

- Wydaje mi sie - szeptala - ze... moze trzeba, zeby zostali do konca z matka... nie wiem... ale zeby te ostatnie chwile...

Weszly do pokoju chorej. Znieruchomialy przerazone. Wilgotny chlod ciagnal ze scian oklejonych ponadrywana tapeta w jaskrawoczerwone roze. Siny zmierzch nadchodzacego grudnia saczyl sie przez male okienko. Wiatr szarpal niedomknieta okiennica i wdzieral sie przez nieszczelne szyby, a kazde jego uderzenie przechodzilo w zalosny, przeciagly jek. Powracala melodia poematu:

Pamiec tego mnie nie ludzi.

Tak, to byl ten wietrzny

grudzien;

A w kominku zamieraly

drobne wegle i rzucaly wokol

cienie widm.

Niecierpliwie dnia czekalem;

w madrych ksiegach

znalezc chcialem zalu mego kres.

Resztki wegla dawno wystygly na kominku i tylko wilgotny chlod przenikal wszystko az do bolu.

Posrodku tej rozpaczliwej nedzy - slomiany materac. Lezaca na nim kobieta starala sie uniesc glowe. Obok na lozeczku dziecinnym - niemowle. Jego przeszywajacy placz mial w sobie nute szalenstwa.

Po chwili oko przyzwyczajalo sie do szarosci i mozna bylo zobaczyc umeblowanie pokoju. Staly tam dwa stare krzesla, kilka butelek z resztkami swiec, a w katach zabrudzone i podarte stare kostiumy teatralne i dziecinne ubranka.

Pani Phillips podjela z lozka placzace dziecko i przez chwile kolysala je w ramionach. Ze stolika przy lozku wziela resztke skorki od chleba i wyjmujac niewielka butelke ze swojej przepastnej spodnicy nasaczala chleb. Frances poczula zapach alkoholu. Spojrzala pytajaco. Pani Phillips skinela glowa:

- Tak. To gin. Zobaczycie, zaraz zasnie. A poza tym to bardzo zdrowe.

Z uspokajajacym sie dzieckiem na reku zblizyla sie do lozka chorej. - Betty - powiedziala - pani Allan i pani Mackenzie przyszly cie odwiedzic.

Chlopczyk zsunal sie z lozka matki i podszedl do Frances. Byl przesliczny. Ciemne pierscienie bujnych wlosow opadaly mu na ramiona. Spogladaly na nia ogromne szare oczy o przedziwnej glebi. Mowily. Objela go i przytulila do siebie.

Chora starala sie uniesc glowe. Opadla z powrotem na poduszke. Ale jej dziwnie ostry, penetrujacy wzrok przypadl do twarzy Frances Allen. Schwytane tak podluzne, cieple oczy Frances zwilgotnialy od lez. Przez lzy zobaczyla Elzbiete Poe.

Miala figure dziecka. Ogromne, szeroko otwarte oczy wydawaly sie skrywac tajemnice. Masa wijacych sie wlosow przytrzymywanych kapturkiem ocieniala jej czolo. Wysoka talia. Slabe ramionka wcisniete w suknie z okresu empire o wyblaklym, kwiatowym wzorze. Niewielki kark i szyja, dumnie wyprostowana glowa. Byla to twarz elfa, krasnoludka, lesnego duszka, malej wrozki albo rusalki. Byla to twarz matki najbardziej czarodziejskiego, najbardziej oderwanego od ziemi poety. W jej lsniacych ciemnoszarych oczach migocza ogniki - refleks dzikiej natury czlowieka. Taka ja zobaczyla Frances Allen.

Zobaczyla ja taka, jaka widziala na scenie. Takze taka, jaka ona, Elzbieta Poe, chciala, aby ja zapamietali. Czy prawdziwa? Tego nikt sie nie dowie.

Umierajac przekazala synowi jedyna swoja podobizne: miniature, z ktora poeta nie rozstawal sie przez cale zycie.

Danuta Mostwin

Bask Lane, lipiec-wrzesien 1999

Przypisy:

1. The Letters of E.A. Poe, edited by John Ward Ostrom, Gordian Press Inc., New York, 1966, str. 44-45, list nr 30, tlum. DM).

2. Z poematu E.A. Poego, The Raven (Kruk), tlum. DM.

3. The Poe Log, A Documentary Life of EA Poe, 1809-1949, D. Thomas and D. Jackson, GK Hall Co. Boston 1987, s.13.

4. Frances Keeling Valentine Allan byla zona zamoznego kupca, Johna Allana, ktory jako mlody chlopiec wyemigrowal ze Szkocji do Ameryki. Tu znalazl prace u swego wuja, po ktorym pozniej odziedziczyl duzy majatek. Frances i John Allen to przyszli opiekunowie i zastepczy rodzice Edgara A. Poego. Chociaz John Allan zobowiazal sie, ze zaadoptuje chlopca i oplaci jego wyksztalcenie, nigdy sie z tego nie wywiazal.

Edgar niedotrzymanie obietnicy adopcji przyjal jako odrzucenie, ale nazwisko opiekuna wlaczyl do swego nazwiska. Stad Edgar Allan Poe. Stosunki z przybranym ojcem byly zawsze napiete, a po smierci Frances zerwaly sie zupelnie.

Frances Allan byla w 1811 roku 26-letnia niesmiala i wrazliwa kobieta. Malzenstwo ja rozczarowalo. Milczala. Czula sie winna, ze nie moze stworzyc rodziny. Wyobrazala sobie, ze obecnosc dziecka w domu uleczy jej malzenstwo (wedlug The Poe Log i innych lektur).