PRENUMERATA
"PRZEGL¡DU POLSKIEGO"
W WERSJI PDF:

 

 

Przeglad Polski (10 marca 2000)


WOJCIECH J. BURSZTA

Zale za utraconym swiatem

Kurt Vonnegut w Losach gorszych od smierci wspomina pobyt w Nowym Jorku wielkiego tureckiego pisarza Yarcara Kamala: 'Szlismy razem wzdluz Broadwayu, mniej wiecej od ulicy szescdziesiatej do Soho, co chwila zbaczajac to na wschod, to na zachod. Pokazalem mu sliczny dom Edny St. Vincent Millay. Pokazalem mu Washington Square i powiedzialem: ÇHenry James! Henry James!Ç (Podobnie jak przedtem wolalem ÇEdna St. Vincent Millay!È Do imion wlasnych tlumacza nie trzeba, ale malo prawdopodobne, zeby Yacar Kemal slyszal przedtem ktorekolwiek z nich)'. Bywalec i znawca Manhattanu, Vonnegut, oprowadzajac swojego egzotycznego goscia przekonany byl, ze niewiele jest on w stanie odczuc z miejscowej atmosfery, ze porusza sie w realiach calkowicie mu obcych, ze symboliczne konteksty, tak bliskie mieszkancom Manhattanu, sa dla niewtajemniczonego nieczytelne. Tymczasem po jakims czasie z dalekiej Turcji nadszedl list, w ktorym Kamal oznajmia miedzy innymi: 'Nagle zrozumialem: Nowy Jork jest tak samo moj, jak czyjkolwiek inny, kiedy tam jestem!'. 'A to przeciez Ð komentuje Vonnegut Ð dokladnie esencja tej czesci Manhattanu, po ktorej go oprowadzalem, a ktory nazwalem w artykule do Architectural Digest ÇDrapaczochmurskim Parkiem NarodowymÈ. Sa ludzie, ktorzy robia wszystko, zeby dowiesc, ze jakas czesc Drapaczochmurskiego Parku Narodowego do nich nalezy; umieszczaja swe nazwiska i Bog wie co jeszcze na budynkach, ale rownie dobrze mogliby wypisywac je na zboczach Wielkiego Kanionu czy na Old Faithful'. I dalej jeszcze autor Rzezni numer piec powraca do swojego obsesyjnego tematu: 'Jezeli kiedykolwiek zaloze wlasna spolecznosc ludowa (a czasu coraz mniej!), nie bedzie to na Manhattanie. Jak uczyl doktor Redfield, czlonkowie takiej spolecznosci musza miec poczucie, ze zrodzil ich konkretny skrawek ziemi, ktory zawsze byl, jest i bedzie ich wlasnoscia Ð a jak juz wspomnialem, nikt tak naprawde nie moze posiadac niczego w ÇDrapaczochmurskim Parku NarodowymÈ'.

Jakze typowe skladniki znajdziemy w przytoczonej wypowiedzi Vonneguta Ð przede wszystkim owo przemozne uczucie wyobcowania i wykorzenienia, ktore jest zawsze konsekwencja cywilizacyjnego pedu. Rozwoj kultury ma swa nieublagana logike: jest nieustannym oddalaniem sie od pierwotnej wspolnoty ludzkiej ku coraz wiekszemu osamotnieniu jednostki w ramach rozrastajacych sie do monstrualnych rozmiarow aglomeracji, z wszystkimi mozliwymi tego osamotnienia konsekwencjami Ð spolecznymi, kulturowymi, psychologicznymi, edukacyjnymi i moralnymi. W zupelnie odmiennym jezyku filozoficznym podobne problemy podnosi Leszek Kolakowski, ktorego takze warto zacytowac: 'Ruina wsi i ruchomosc naszego zycia oznaczaja nie tylko postepujaca zaglade wzglednie stalego i quasi-naturalnego srodowiska sasiedzkiego, ale takze rozklad owej ludzkiej przestrzeni, ongis tworzacej system odniesienia, wokol ktorego swiat nasz krok za krokiem sie budowal; same pojecia domu rodzinnego, rodzinnego miasta czy wsi, rodziny kilkupokoleniowej, raptownie zanikaja, a razem z nimi samo pojecie dziecinstwa; poniewaz jestesmy wszedzie, nie jestesmy nigdzie, przestrzen nasza jest czysto kartezjanska, niezroznicowana i nieskonczona, bez uprzywilejowanych punktow'. Choc bardzo trudno te zmiane opisac, jest przez ludzi odczuwana i realnie przezywana: 'Wielokrotnie opisywano nowe dzielnice wielkich metropolii, dobrze zaplanowane i rozsadnie wyposazone we wszystko, co dla komfortu potrzebne, a jednak dziwnie niezywe, obojetne, nie wytwarzajace zadnej formy wspolnoty i zadnej przestrzeni duchowej, zadnego terytorium, w ktorym ktokolwiek chcialby zapuszczac korzenie'. A przeciez poczatki byly zgola odmienne...

Vonnegut przywolal na wstepie swojej wypowiedzi doktora Redfielda. Nieprzypadkowo, jako ze byl jego studentem na wydziale antropologii kultury w Chicago w czasach, gdy glosna stala sie koncepcja 'spoleczenstwa ludowego' wlasnie autorstwa Roberta Redfielda. Mialo byc ono typem idealnym malej, izolowanej, nieliterackiej ludzkiej wspolnoty o silnej grupowej solidarnosci. Znalezc mozna je bylo jeszcze w dalekich puszczach pod postacia spoleczenstw prymitywnych albo w realiach wiejskich poczatku wieku. Jest to zawsze grupa relatywnie mala, rozrzucona na pewnym terytorium, jej czlonkowie doskonale sie znaja, a komunikacja ma zawsze charakter kontaktow bezposrednich. Wedlug Redfielda w takiej idealnej spolecznosci ludowej nie dokonal sie jeszcze wlasciwy podzial pracy, stad opiera sie ona na stalym ladzie moralnym Ð kazdy czlonek wspolnoty wie i wierzy w to, w co wierza i co wiedza wszyscy pozostali.

Przeciwienstwem stabilnego ladu moralnego jest cywilizacja oparta na porzadku technologicznym, w ktorej slabnie rola tradycji i wiezi bezposredniej, postepuje indywidualizacja i poglebia sie spoleczne rozwarstwienie. Porzadek technologiczny to, innymi slowy, spoleczenstwo miejskie. Tutaj ludzie koncentruja sie wokol rynku, 'racjonalnej' organizacji produkcji dobr, pojawiaja sie typowe relacje sprzedawcaÐklient, wlascicielÐpracobiorca. Wielkie miasta z kolei to juz podobnie jak 'narod' i 'swiat' Ð twory skladajace sie wylacznie z wolnych osob, ktore utrzymuja ze soba stale kontakty, dokonuja miedzy soba aktow wymiany i wspoldzialaja, a jednak nie powstaje na tej bazie ani wspolnota, ani 'wola naturalna'. Miasto o znaczeniu swiatowym reprezentuje swiatowy rynek i swiatowa wymiane, w nim skupia sie swiatowy przemysl, jego gazety czytane sa na calym globie, do niego daza ludzie ze wszystkich stron w poszukiwaniu pieniedzy i uciech, a takze nauki i nowinek.
Skoro przyszlosc swiata jest przyszloscia metropolitalna, w sposob nieunikniony rodzi sie tesknota za tym czyms, co tracimy, co staje sie przeszloscia, niekiedy wrecz arkadyjska. Nostalgia tego typu staje sie proba ucieczki przed stanem, ktory doskonale oddal Kolakowski: 'Czy jestesmy skazani na to, by bez konca powtarzac wszystkie zalosne frazesy na temat ÇatomizacjiÈ, samotnosci w tlumie, mechanizacji zycia, rozpadu wiezi rodzinnych, plemiennych i narodowych, ÇdepersonalizacjiÈ, ÇreifikacjiÈ i zniszczonej Gemeinschaft?'. Odpowiedz brzmi: nie jestesmy, po coz mityczne nostalgie?...

Musza zaistniec przynajmniej trzy wstepne warunki umozliwiajace rozwoj nostalgii jako zjawiska powszechnego. Po pierwsze, nostalgia moze sie pojawic wylacznie w otoczeniu, w ktorym istnieje pojecie czasu linearnego, a zatem takze pojecie historii jako ciaglego procesu. Po drugie, nostalgia wymaga, aby terazniejszosc postrzegana byla jako niekompletna, wadliwa, w stanie kryzysu lub wyczerpania Ð gorsza od mitycznego obrazu przeszlosci. W najbardziej spektakularny sposob widac to w okresie wielkich schylkow historycznych (np. koniec kolonializmu), a takze gdy rodzi sie swiadomosc 'konca wieku'. Po trzecie wreszcie, nostalgia wymaga, aby istnialy jakies relikty przeszlosci, ktore stanowia znaki owego 'lepszego wczoraj'.

Do tych trzech warunkow warto dolaczyc jeszcze jeden. Nazwijmy go metropolitalnoscia. Jest otoz tak, ze nostalgia oraz refleksja nad nostalgia rodza sie wylacznie w otoczeniu wielkomiejskim. W glosnej swego czasu ksiazce The Country and the City Raymond Williams twierdzil, ze istnieje rodzaj podstawowego napiecia pomiedzy doswiadczeniami, jakie niesie zycie w miescie a egzystencja wiejska. Miasto i bytowanie w obrebie rozrastajacych sie aglomeracji Ð to nasza nieodwolalna przyszlosc, podczas gdy realia wiejskie to teren, do ktorego ucieka mysl przepojona nostalgia za czyms, co juz wlasciwie minione, co jest jedynie atrybutem przeszlosci, swiatem utraconym na zawsze. Dla Williamsa opozycja miastoÐwies pomaga tlumaczyc wiekszosc sprzecznosci i problemow zycia codziennego: 'Kontrast miedzy wsia i miastem to jedna z glownych form, dzieki ktorej stajemy sie swiadomi wlasnego doswiadczenia i kryzysu naszego spoleczenstwa'. Moze dlatego niemal caly artystyczny swiatek Warszawy przenosi sie w lecie na Mazury, do chalup i wiosek? Ale czy amerykanskie przedmiescia, tak popularne jako miejsce zamieszkania, w jakimkolwiek stopniu przypominaja realia spolecznosci ludowych Redfielda? Bardzo watpliwe, sa raczej przykladem pozornej ucieczki z jednej anonimowosci (bardziej niebezpiecznej) do drugiej (zazdrosnie strzezonej).

A zatem o 'ludowosci' jako pewnym stanie kultury mozna wypowiadac sie dopiero ex post i z perspektywy miejskiego oddalenia. Miasto jawi sie wtedy jako 'nieautentyczne' i wrogie, a realia wiejskie kusza swoja 'naturalnoscia', niewazne, ze takze tylko wyobrazona. Siedzimy w miescie, pod nami harmider ulic i gwar przechodniow, a w myslach mityczne nostalgie pozwalajace miec pewnosc, ze zawsze jest forma ucieczki od tego, co rozgrywa sie ponizej. Miasto jest przeklenstwem, ale nie wiedzielibysmy tego siedzac z Robertem Redfieldem przy ognisku we wzorcowej spolecznosci ludowej. Pieknie powiada tedy Kolakowski: 'Czym innym, anizeli nerwica wygnancow z raju Ð wszystko jedno realnego czy fantazyjnego Ð byla filozofia, ktora karmilismy sie przez ostatnie dziesieciolecia; czym innym niz ponawianymi probami, by stawic czolo zyciu, ktoremu ani utrwalone mitologie, ani poczucie narodowej czy plemiennej solidarnosci nie daja juz zrozumialego ladu, zyciu pozbawionemu miejsca identyfikacji w jakiejs calosci, co nas przekracza?'.