WOJCIECH J. BURSZTA
Zale za utraconym swiatem
Kurt Vonnegut w Losach gorszych od smierci wspomina pobyt
w Nowym Jorku wielkiego tureckiego pisarza Yarcara Kamala:
'Szlismy razem wzdluz Broadwayu, mniej wiecej od ulicy szescdziesiatej
do Soho, co chwila zbaczajac to na wschod, to na zachod.
Pokazalem mu sliczny dom Edny St. Vincent Millay. Pokazalem
mu Washington Square i powiedzialem: ÇHenry James! Henry
James!Ç (Podobnie jak przedtem wolalem ÇEdna St. Vincent
Millay!È Do imion wlasnych tlumacza nie trzeba, ale malo
prawdopodobne, zeby Yacar Kemal slyszal przedtem ktorekolwiek
z nich)'. Bywalec i znawca Manhattanu, Vonnegut, oprowadzajac
swojego egzotycznego goscia przekonany byl, ze niewiele
jest on w stanie odczuc z miejscowej atmosfery, ze porusza
sie w realiach calkowicie mu obcych, ze symboliczne konteksty,
tak bliskie mieszkancom Manhattanu, sa dla niewtajemniczonego
nieczytelne. Tymczasem po jakims czasie z dalekiej Turcji
nadszedl list, w ktorym Kamal oznajmia miedzy innymi: 'Nagle
zrozumialem: Nowy Jork jest tak samo moj, jak czyjkolwiek
inny, kiedy tam jestem!'. 'A to przeciez Ð komentuje Vonnegut
Ð dokladnie esencja tej czesci Manhattanu, po ktorej go
oprowadzalem, a ktory nazwalem w artykule do Architectural
Digest ÇDrapaczochmurskim Parkiem NarodowymÈ. Sa ludzie,
ktorzy robia wszystko, zeby dowiesc, ze jakas czesc Drapaczochmurskiego
Parku Narodowego do nich nalezy; umieszczaja swe nazwiska
i Bog wie co jeszcze na budynkach, ale rownie dobrze mogliby
wypisywac je na zboczach Wielkiego Kanionu czy na Old Faithful'.
I dalej jeszcze autor Rzezni numer piec powraca do swojego
obsesyjnego tematu: 'Jezeli kiedykolwiek zaloze wlasna spolecznosc
ludowa (a czasu coraz mniej!), nie bedzie to na Manhattanie.
Jak uczyl doktor Redfield, czlonkowie takiej spolecznosci
musza miec poczucie, ze zrodzil ich konkretny skrawek ziemi,
ktory zawsze byl, jest i bedzie ich wlasnoscia Ð a jak juz
wspomnialem, nikt tak naprawde nie moze posiadac niczego
w ÇDrapaczochmurskim Parku NarodowymÈ'.
Jakze typowe skladniki znajdziemy w przytoczonej wypowiedzi
Vonneguta Ð przede wszystkim owo przemozne uczucie wyobcowania
i wykorzenienia, ktore jest zawsze konsekwencja cywilizacyjnego
pedu. Rozwoj kultury ma swa nieublagana logike: jest nieustannym
oddalaniem sie od pierwotnej wspolnoty ludzkiej ku coraz
wiekszemu osamotnieniu jednostki w ramach rozrastajacych
sie do monstrualnych rozmiarow aglomeracji, z wszystkimi
mozliwymi tego osamotnienia konsekwencjami Ð spolecznymi,
kulturowymi, psychologicznymi, edukacyjnymi i moralnymi.
W zupelnie odmiennym jezyku filozoficznym podobne problemy
podnosi Leszek Kolakowski, ktorego takze warto zacytowac:
'Ruina wsi i ruchomosc naszego zycia oznaczaja nie tylko
postepujaca zaglade wzglednie stalego i quasi-naturalnego
srodowiska sasiedzkiego, ale takze rozklad owej ludzkiej
przestrzeni, ongis tworzacej system odniesienia, wokol ktorego
swiat nasz krok za krokiem sie budowal; same pojecia domu
rodzinnego, rodzinnego miasta czy wsi, rodziny kilkupokoleniowej,
raptownie zanikaja, a razem z nimi samo pojecie dziecinstwa;
poniewaz jestesmy wszedzie, nie jestesmy nigdzie, przestrzen
nasza jest czysto kartezjanska, niezroznicowana i nieskonczona,
bez uprzywilejowanych punktow'. Choc bardzo trudno te zmiane
opisac, jest przez ludzi odczuwana i realnie przezywana:
'Wielokrotnie opisywano nowe dzielnice wielkich metropolii,
dobrze zaplanowane i rozsadnie wyposazone we wszystko, co
dla komfortu potrzebne, a jednak dziwnie niezywe, obojetne,
nie wytwarzajace zadnej formy wspolnoty i zadnej przestrzeni
duchowej, zadnego terytorium, w ktorym ktokolwiek chcialby
zapuszczac korzenie'. A przeciez poczatki byly zgola odmienne...
Vonnegut przywolal na wstepie swojej wypowiedzi doktora
Redfielda. Nieprzypadkowo, jako ze byl jego studentem na
wydziale antropologii kultury w Chicago w czasach, gdy glosna
stala sie koncepcja 'spoleczenstwa ludowego' wlasnie autorstwa
Roberta Redfielda. Mialo byc ono typem idealnym malej, izolowanej,
nieliterackiej ludzkiej wspolnoty o silnej grupowej solidarnosci.
Znalezc mozna je bylo jeszcze w dalekich puszczach pod postacia
spoleczenstw prymitywnych albo w realiach wiejskich poczatku
wieku. Jest to zawsze grupa relatywnie mala, rozrzucona
na pewnym terytorium, jej czlonkowie doskonale sie znaja,
a komunikacja ma zawsze charakter kontaktow bezposrednich.
Wedlug Redfielda w takiej idealnej spolecznosci ludowej
nie dokonal sie jeszcze wlasciwy podzial pracy, stad opiera
sie ona na stalym ladzie moralnym Ð kazdy czlonek wspolnoty
wie i wierzy w to, w co wierza i co wiedza wszyscy pozostali.
Przeciwienstwem stabilnego ladu moralnego jest cywilizacja
oparta na porzadku technologicznym, w ktorej slabnie rola
tradycji i wiezi bezposredniej, postepuje indywidualizacja
i poglebia sie spoleczne rozwarstwienie. Porzadek technologiczny
to, innymi slowy, spoleczenstwo miejskie. Tutaj ludzie koncentruja
sie wokol rynku, 'racjonalnej' organizacji produkcji dobr,
pojawiaja sie typowe relacje sprzedawcaÐklient, wlascicielÐpracobiorca.
Wielkie miasta z kolei to juz podobnie jak 'narod' i 'swiat'
Ð twory skladajace sie wylacznie z wolnych osob, ktore utrzymuja
ze soba stale kontakty, dokonuja miedzy soba aktow wymiany
i wspoldzialaja, a jednak nie powstaje na tej bazie ani
wspolnota, ani 'wola naturalna'. Miasto o znaczeniu swiatowym
reprezentuje swiatowy rynek i swiatowa wymiane, w nim skupia
sie swiatowy przemysl, jego gazety czytane sa na calym globie,
do niego daza ludzie ze wszystkich stron w poszukiwaniu
pieniedzy i uciech, a takze nauki i nowinek.
Skoro przyszlosc swiata jest przyszloscia metropolitalna,
w sposob nieunikniony rodzi sie tesknota za tym czyms, co
tracimy, co staje sie przeszloscia, niekiedy wrecz arkadyjska.
Nostalgia tego typu staje sie proba ucieczki przed stanem,
ktory doskonale oddal Kolakowski: 'Czy jestesmy skazani
na to, by bez konca powtarzac wszystkie zalosne frazesy
na temat ÇatomizacjiÈ, samotnosci w tlumie, mechanizacji
zycia, rozpadu wiezi rodzinnych, plemiennych i narodowych,
ÇdepersonalizacjiÈ, ÇreifikacjiÈ i zniszczonej Gemeinschaft?'.
Odpowiedz brzmi: nie jestesmy, po coz mityczne nostalgie?...
Musza zaistniec przynajmniej trzy wstepne warunki umozliwiajace
rozwoj nostalgii jako zjawiska powszechnego. Po pierwsze,
nostalgia moze sie pojawic wylacznie w otoczeniu, w ktorym
istnieje pojecie czasu linearnego, a zatem takze pojecie
historii jako ciaglego procesu. Po drugie, nostalgia wymaga,
aby terazniejszosc postrzegana byla jako niekompletna, wadliwa,
w stanie kryzysu lub wyczerpania Ð gorsza od mitycznego
obrazu przeszlosci. W najbardziej spektakularny sposob widac
to w okresie wielkich schylkow historycznych (np. koniec
kolonializmu), a takze gdy rodzi sie swiadomosc 'konca wieku'.
Po trzecie wreszcie, nostalgia wymaga, aby istnialy jakies
relikty przeszlosci, ktore stanowia znaki owego 'lepszego
wczoraj'.
Do tych trzech warunkow warto dolaczyc jeszcze jeden. Nazwijmy
go metropolitalnoscia. Jest otoz tak, ze nostalgia oraz
refleksja nad nostalgia rodza sie wylacznie w otoczeniu
wielkomiejskim. W glosnej swego czasu ksiazce The Country
and the City Raymond Williams twierdzil, ze istnieje rodzaj
podstawowego napiecia pomiedzy doswiadczeniami, jakie niesie
zycie w miescie a egzystencja wiejska. Miasto i bytowanie
w obrebie rozrastajacych sie aglomeracji Ð to nasza nieodwolalna
przyszlosc, podczas gdy realia wiejskie to teren, do ktorego
ucieka mysl przepojona nostalgia za czyms, co juz wlasciwie
minione, co jest jedynie atrybutem przeszlosci, swiatem
utraconym na zawsze. Dla Williamsa opozycja miastoÐwies
pomaga tlumaczyc wiekszosc sprzecznosci i problemow zycia
codziennego: 'Kontrast miedzy wsia i miastem to jedna z
glownych form, dzieki ktorej stajemy sie swiadomi wlasnego
doswiadczenia i kryzysu naszego spoleczenstwa'. Moze dlatego
niemal caly artystyczny swiatek Warszawy przenosi sie w
lecie na Mazury, do chalup i wiosek? Ale czy amerykanskie
przedmiescia, tak popularne jako miejsce zamieszkania, w
jakimkolwiek stopniu przypominaja realia spolecznosci ludowych
Redfielda? Bardzo watpliwe, sa raczej przykladem pozornej
ucieczki z jednej anonimowosci (bardziej niebezpiecznej)
do drugiej (zazdrosnie strzezonej).
A zatem o 'ludowosci' jako pewnym stanie kultury mozna
wypowiadac sie dopiero ex post i z perspektywy miejskiego
oddalenia. Miasto jawi sie wtedy jako 'nieautentyczne' i
wrogie, a realia wiejskie kusza swoja 'naturalnoscia', niewazne,
ze takze tylko wyobrazona. Siedzimy w miescie, pod nami
harmider ulic i gwar przechodniow, a w myslach mityczne
nostalgie pozwalajace miec pewnosc, ze zawsze jest forma
ucieczki od tego, co rozgrywa sie ponizej. Miasto jest przeklenstwem,
ale nie wiedzielibysmy tego siedzac z Robertem Redfieldem
przy ognisku we wzorcowej spolecznosci ludowej. Pieknie
powiada tedy Kolakowski: 'Czym innym, anizeli nerwica wygnancow
z raju Ð wszystko jedno realnego czy fantazyjnego Ð byla
filozofia, ktora karmilismy sie przez ostatnie dziesieciolecia;
czym innym niz ponawianymi probami, by stawic czolo zyciu,
ktoremu ani utrwalone mitologie, ani poczucie narodowej
czy plemiennej solidarnosci nie daja juz zrozumialego ladu,
zyciu pozbawionemu miejsca identyfikacji w jakiejs calosci,
co nas przekracza?'. |