BEATA DOROSZ
Jan Lechon i jego goscie
Przypadajaca w ubieglym roku setna rocznica urodzin Jana
Lechonia byla okazja do ponownego zainteresowania czytajacej
publicznosci osoba i tworczoscia poety. Zwyczajowo rocznicowe
okolicznosci sa okazja np. do podsumowania stanu badan albo
do rewizji dotychczasowych pogladow. W przypadku Lechonia
sady o jego tworczosci pozostaja od lat ustalone Ð staje
sie klasykiem, jednak nie skostnialym, pokrytym dostojna
patyna czasu, ale stale zywym w swiadomosci czytelniczej.
Potwierdzily sie przewidywania Antoniego Slonimskiego z
Alfabetu wspomnien: 'Lechon wytrzymal probe czasu. [...]
Nie reklamowany przez telewizje, radio, ani przez krytykow,
jest jako poeta poszukiwany, potrzebny, czytany. Mam gleboka
pewnosc, ze splyna, juz potepiane kiedys przez Zeromskiego,
snobizmu awangardowe, Przybosiowe przepisy na kuchnie poetycka
i pseudonaukowe kokieterie, ale zostanie poeta Jan Lechon,
kontynuator najlepszych tradycji naszej poetyki i tworca,
ktory wiersz polski wzbogacil'.
Ciagle zywe zainteresowanie postacia Lechonia nie wynika
wiec z potrzeby przewartosciowania jego poezji, zmierza
natomiast bardziej w kierunku analizy osobowosci tworcy,
szczegolowego poznania kolejnych etapow jego biografii,
dociekania wewnetrznych i zewnetrznych okolicznosci samobojczej
smierci.
Nowe spojrzenie na niektore elementy biografii Lechonia
mozliwe jest dzieki roznym dokumentom z archiwum poety w
Polskim Instytucie Naukowym w Nowym Jorku, do ktorych powraca
sie teraz po latach zapomnienia.
Jednym z takich odkryc, stanowiacym w istotny przyczynek
do poznania osobowosci poety, jest Ksiega gosci, ktora Lechon
prowadzil przez blisko cwierc wieku, poczynajac od wczesnego
okresu swego pobytu w Paryzu.
Trudno dzis jednoznacznie stwierdzic, co spowodowalo, ze
w kwietniu 1930 zawile drogi zaprowadzily go nad Sekwane,
skoro wczesniej poeta tkwil mocno w samym centrum zycia
literacko-artystycznego i politycznego, a przede wszystkim
towarzyskiego Warszawy.
'Kiedys wyznal mi Lechon, ze ostateczna decyzja wyjazdu
na stale za granice nastapila po nieprzespanej nocy, podczas
ktorej wyliczal osoby w calej Warszawie, z ktorymi jest
na ÇtyÈ. Gdy doszedl do trzystu nazwisk, postanowil porzucic
Warszawe' Ð pisal Jaroslaw Iwaszkiewicz w Ksiazce moich
wspomnien. Niecodzienne kulisy swego wyjazdu z Warszawy
wspominal tez sam poeta: 'Najwazniejsze zdarzenia naszego
zycia, zycie i smierc, zaleza nieraz od pozornie blahych
wypadkow, od decyzji, nad ktorymi sie nawet nie zastanawiamy.
W r. 1930 znudzony dwudziestoma laty przegadanymi w kawiarni
Ð naraz ni stad, ni zowad powiedzialem na polpietrze w ÇZiemianskiejÈ,
ze jade do Paryza. Nieoczekiwanie wzieto to na serio i tak
mnie zaczeto o ten wyjazd dopytywac, ze zdecydowalem, iz
musze chocby na pare miesiecy pojechac. Poszedlem wiec do
pana Augusta [Zaleskiego, ministra spraw zagranicznych Ð
przyp. B. D.], z ktorym przy tej okazji zjadlem doskonale
sniadanie w tete-a-tete u Kronenberga, po czym sakramentalny
Çpan SzumlakowskiÈ wszystko pomyslnie zalatwil. Pojechalem,
zostalem 10 lat, przejechalem do Brazylii i od dwunastu
lat mieszkam w Nowym Jorku. I tak oto na wiatr rzucona w
ÇZiemianskiejÈ blaga sprawila, ze nie zginalem w Polsce,
ze zyje dotad. Amen' [Dziennik, 25 kwietnia 1953].
Te dwa, tak rozne, cytaty maja wszakze wspolny punkt wyjscia:
niebywale wprost zanurzenie Lechonia w zywiol zycia towarzyskiego
lat dwudziestych. Tak widzieli go przyjaciele i znajomi
z tego okresu i ten element jego biografii podkreslali szczegolnie,
wspominajac poete po latach. Antoni Slonimski w Alfabecie
wspomnien przyznawal, ze 'tylko Leszek mogl swymi czarami
towarzyskimi osiagnac tak lakome stanowisko dyplomatyczne,
nie posiadajac zadnych ku temu kwalifikacji. Jak Proustowski
Swann byl juz wtedy ulubiencem salonow warszawskich. Bywalem
z nim czasem w Belwederze, u Zaleskich, potem na herbatkach
u pani Sikorskiej, ale Lechon bywal wszedzie i stale w sferach
rzadowych i dyplomatycznych, urzadzal tez slynne wielkie
przyjecia u siebie na Przyrynku. [...] Na przyjeciach spotykali
sie pisarze obu pokolen, arystokraci i sfery rzadowe'.
Przyjecia, o ktorych mowa, zwyczajowo odbywajace sie z
okazji imienin poety przeszly do legendy towarzysko-literackiej
tamtego okresu i byly wspominane przez wielu ich uczestnikow.
Zdzislaw Czermanski zwierzal sie przy tej okazji: 'Do dzis
dnia nie przestaje imponowac mi ten mlodociany Lechon tym,
ze umial tak oczarowac soba ludzi (i to nieraz luminarzy
sztuki i nauki), ze wyprawa do jego domu na przedmiesciu
Warszawy wydawala im sie warta fatygi ('O Leszku', Wiadomosci,
Londyn 1956, nr 31).
Tradycji tej poeta nie zaniedbal i w latach pozniejszych
Ð w czasie wojennego uchodzstwa w Rio de Janeiro, gdzie
do grona starych przyjaciol dolaczyli nowi znajomi z brazylijskiej
Polonii oraz w okresie powojennej emigracji w Nowym Jorku,
gdzie obchodzone hucznie i tlumnie jego imieniny staly sie
kolejnym ogniwem integrujacym polskie srodowisko.
Szkoda, ze w okresie warszawskich przyjec Lechon nie prowadzil
jeszcze swojej Ksiegi gosci. Pewne jest jednak, ze galeria
odwiedzajacych go postaci byla niebanalna: 'Trzydziesci
piec lat mego zycia uplynelo w nurcie waznych wypadkow,
znalem wszystkich prawie ludzi, ktorzy w tym czasie byli
czyms w Polsce, a pozniej w Paryzu (Dziennik, 27 pazdziernika
1949 r.). Zaspokajalo to zapewne w pelni jego 'nienasycony
glod snobizmu', ktory przypisywal mu m. in. Slonimski.
Moze decyzja o prowadzeniu Ksiegi gosci podyktowana byla
tak|ze wzgledami snobistycznymi? Ten element salonowej kultury
obyczajowej mogl sie wydac Lechoniowi interesujacy i wart
nasladowania Ð na pamiatke, dla zabawy, ale rowniez dla
udowodnienia sobie i swiatu, ze jego salon jest nieprzecietny
i bywaja w nim nieprzecietni goscie.
Istotnie, na kartach Ksiegi gosci, zalozonej przez poete
Ð jak sie wydaje Ð dopiero w czasach paryskich, w pelnej
krasie prezentuja sie postacie z polskiego i francuskiego
swiata literackoÐartystycznego i politycznoÐdyplomatycznego.
'Lubil gromadzic u siebie artystow, pisarzy, politykow,
a dobieral ich tak, by z zetkniecia ich rodzila sie samoczynnie
iskra zawsze ozywionej, nieraz blyskotliwej dyskusji. [...]
Cieszyl sie poziomem i jakoscia slownej szermierki, cieszyl
sie, gdy w zapale walki zapasnicy zrzucali lub przynajmniej
odchylali maske, pozwalajac mu dostrzec i zanotowac jakis
ciekawy szczegol psychologiczny, cieszyl sie, ze dzieje
sie to u niego i z jego inicjatywy. Czul sie widzem i rezyserem.
Wzbogacal zapas, do ktorego bedzie mogl siegac, gdy jak
Proust uda sie na poszukiwanie straconego czasu' (Kajetan
Morawski, 'Podzwonne', Wiadomosci, Londyn 1956, nr 31).
Przywolywanie przez przyjaciol slynnego dziela Prousta,
mialo sluzyc naszkicowaniu sylwetki poety, najblizszemu
prawdy. Z biegiem lat jednak w odczuciu samego Lechonia
owo poczucie 'straconego czasu' stalo sie gorzkim rzeczywistym
doznaniem. Przyznajac z jednej strony, ze 'Ludzie, towarzystwo
Ð to nie moje zycie. Ale to niezbedny dla mnie narkotyk'
(Dziennik, 28 pazdziernika 1951), jednoczesnie stwierdzal:
'Z tych niezliczonych nocy przewloczonych, z tych flirtow
bardzo niespozytych z Talia i Melpomena Ð mialbym tylko
pare stronic do mojego Le Temps retrouve. Zylem naprawde
przewaznie nie tym, czym chcialem' (Dziennik, 3 marca 1950),
w innym miejscu zas ocenial: 'Zmarnowane lata mego zycia
zwalam teraz na swiatowosci. [...] Ze zgroza mysle, ilem
lat przegadal z tymi salonowymi durniami' (Dziennik, 2 pazdziernika
1953). Gdzie indziej zas gorzko konstatowal: 'Wlasciwie
nikt jeszcze nie napisal nic naprawde o demoralizacji, jaka
szerzy salon Ð nie jakis tam specjalny salon, ale kazdy
salon (Dziennik, 2 grudnia 1955).
Zaskakujace, ze sady te wyglaszal czlowiek, o ktorym mowiono,
ze 'gorowal i blyszczal w kazdym otoczeniu Ð nawet najbardziej
mu obcym, w kazdej okazji Ð a nawet bez niej. Gdziekolwiek
sie pojawil, utwierdzal sie jego prymat, rosl krag przyjaciol
i wielbicieli. Rozciagal sie od obibokow i szlifibrukow
do potentatow i dygnitarzy, od masonow do ultramontanow,
od powag wiedzy do najbardziej niepowaznych gwiazd sceny'
(Juliusz Sakowski, Dawne i nowe lata).
Otwierajac kolejne strony Ksiegi gosci Lechonia, wkraczamy
jednak w ten jednoczesnie fascynujacy i demoralizujacy swiat
salonow.
Z kart Ksiegi wylania sie 'plejada gwiazd Ð roznej jednak
wielkosci. Boy, Szymanowski, Rubinstein, Malcuzynski, Landowska,
Lifar, Cocteau czy Valéry Ð juz wtedy powszechnie znani.
Wsrod nich nazwiska, ktore dopiero z biegiem lat nabraly
znaczenia, jak chocby Milosza. Ale sa i tacy, ktorzy zapisali
sie w pamieci tylko nielicznych, a jednak z jakichs wzgledow
byli zyczliwie podejmowani przez poete, ktory podsunal im
swa Ksiege gosci do zlozenia autografu. Warto jednak zaznaczyc,
ze zaszczytu tego dostepowali nie wszyscy goscie i nie przy
kazdej okazji. Gospodarz 'zapraszal' do niej wybranych Ð
wedlug jemu tylko znanego klucza.
Za spotkaniami tymi kryja sie 24 lata biografii Lechonia:
od pazdziernika 1932 do ostatnich niemal tygodni przed smiercia
w czerwcu 1956. Grono przyjaciol-skamandrytow uzupelniaja
wiec m. in. protektorzy kariery dyplomatycznej poety z przedwojennego
Ministerstwa Spraw Zagranicznych, politycy obozu pilsudczykowskiego,
z ktorym sie Lechon emocjonalnie i ideologicznie identyfikowal
oraz jego opiekunowie i mecenasi, ulatwiajacy mu pokonanie
trudnosci dnia codziennego.
Karty Ksiegi gosci wyraznie okreslaja rozne etapy zycia
poety. Okres paryski to wspanialy czas, kiedy Lechon-dyplomata
snobowal sie na kontakty z francuska elita artystyczna i
intelektualna. Trwajacy blisko rok epizod brazylijski Ð
to czas 'przejsciowy', na ktorym nie odcisnely znaczacego
sladu nowe znajomosci, Lechon zas otoczony byl przede wszystkim
starymi przyjaciolmi. Okres nowojorski natomiast ukazuje
zamkniecie sie poety w srodowisku niemal wylacznie polskim
(spotykamy zaledwie kilka amerykanskich nazwisk) Ð jakby
emigracyjne zycie towarzyskie mialo sens o tyle, o ile odtwarza
dawne przedwojenne wspomnienia, pozwala pokonac nostalgie
za minionym czasem i utraconym krajem oraz zywic wspolna
temu srodowisku nadzieje na powrot do ojczyzny.
W ten sposob na karty Ksiegi gosci wkracza historia Ð historia
wybitnych dokonan artystycznych (np. paryskie wystawienie
Harnasiow Szymanowskiego), historia wydarzen politycznych
(wybuch II wojny swiatowej, wojenna tulaczka, powojenna
emigracja), historia waznych faktow z biografii poety.
Znalazl sie tu wiec slad roku 1939, utrwalony w legendzie
literackiej jako wojenna Wigilia skamandrytow, ktora stala
sie w pewnym sensie 'wydarzeniem pokoleniowym', wyznaczajacym
kolejny istotny fakt w zbiorowej biografii tej generacji
Ð i jako takie bywa np. porownywana do wystapienia tej grupy
poetow w kawiarni Pod Picadorem w listopadzie 1918. Tam
poeci witali niepodlegla Polske Ð tu przyszlo im przezywac
poczucie kleski wrzesniowej i smakowac gorycz wygnania,
za tym zas poszla zmiana tonacji i tematyki ich poezji,
oddanej znow na sluzbe wartosci narodowych i patriotycznych.
Nastroje wojennej tulaczki poswiadczyl w Ksiedze gosci
m. in. wpis Kazimierza Wierzynskiego w Rio de Janeiro, opatrzony
dopiskiem (majacym swoista dramatyczna wymowe): 'bez wizy
do USA'.
Historia powojennej emigracji to losy ludzi uwiklanych w
polityke, o czym posrednio dowiadujemy sie sledzac ich biografie
za oceanem. To takze pewien fragmentaryczny obraz dzialalnosci
wielu emigracyjnych srodowisk politycznych i kulturalnych,
z ktorymi na roznych etapach nowojorskiego zycia zwiazany
byl Lechon.
Prywatna historia Lechonia takze w pewnym stopniu znajduje
tu odbicie. Niektore wydarzenia z biografii poety dla niego
samego znaczyly szczegolnie wiele lub tez mialy walor wyjatkowosci,
co poswiadczal sam Lechon, wlasnorecznie dokonujac w Ksiedze
pamiatkowych zapiskow. Jednym z przykladow jest celebrowanie
faktu uhonorowania go w 1952 r. nagroda literacka Zwiazku
Pisarzy Polskich na Obczyznie i odnotowane w Ksiedze gosci
reka Lechonia spotkanie w znanej restauracji Mazurka, bedacej
miejscem czestych spotkan Polonii nowojorskiej, skomentowane
pozniej przez niego takze w Dzienniku 18 sierpnia 1952 r.
Wolno przypuszczac, ze publikacja Ksiegi gosci moze byc
szczegolnie ciekawa dla nowojorskich czytelnikow Ð nie tylko
dlatego, ze niektorzy z nich odnajda tam samych siebie oraz
osoby z najblizszego im otoczenia. Takze dlatego, ze za
posrednictwem tej lektury bedzie sie mogla dokonac projekcja
osobistych wspomnien z dramatycznego okresu wojny i tuz
powojennej emigracji, rzutowana na szeroka panorame srodowiska
artystycznego i politycznego, a przede wszystkim towarzyskiego
Polonii nowojorskiej.
Jak zatem czytac Ksiege gosci? Wydaje sie, ze mozliwe jest
jej odczytanie w kilku plaszczyznach. Moze byc ona dokumentem
obrazujacym dwie epoki: przed- i powojenna oraz ich przelom
w postaci II wojny swiatowej. Mozna potraktowac ja jak barwny
fresk obyczajowy swiata przed- i powojennego, na ktorego
tle rozsnute sa indywidualne losy poszczegolnych postaci.
Jest to tez swiadectwo osobistych przezyc i doswiadczen
poety, bowiem jak sam zanotowal w Dzienniku (25 grudnia
1950 r.): 'Wszystko jest temat Ð zycie kazdego czlowieka,
dziwnosc, a zarazem przypadkowosc i nieuchronnosc roznych
spotkan, od ktorych zawisly nasze losy, nieobliczalnosc
kazdego z naszych rzekomo rozsadnych postepkow, odmiennosc
nasza w roznych fazach naszego zycia i zarazem nasza wsrod
nich niezmiennosc. Myslalem sobie wczoraj, ze o kazdym ze
znajomych, ktorych tymi dniami widzialem, mozna by napisac
pasjonujaca powiesc'. Podziwiac tez wypada Ksiege gosci
jako jedyna w swoim rodzaju kolekcje autografow.
Po co czytac Ksiege gosci? Chyba po to, by miec wrazenie
wspoluczestniczenia w niepowtarzalnym misterium 'swiatowosci'
i wlaczenia sie w fascynujacy korowod gosci poety, nie do
konca dajac wiare jego przekonaniu, 'ze to najgorsza strata
czasu' (Dziennik, 11 wrzesnia 1949), zas szum rozmow salonowych
to 'Niagara banalnosci' (Dziennik, 6 listopada 1951). |