PRENUMERATA
"PRZEGL¡DU POLSKIEGO"
W WERSJI PDF:

 

 

Przeglad Polski (03 marca 2000)


JOANNA ROSTROPOWICZ-CLARK

Broszka Bereniki
i sumienie Ballmeyera

tylko glos sie inaczej odbija o sciany...
[Anna Frajlich, Metamorfozy]

W Przygodach Robinsona, najnowszej, pisanej miedzy pobytami w kilku paryskich szpitalach ksiazce Kazimierza Brandysa, sa dwie urocze dziewczyny. Ilona przyjechala do Paryza z malego miasteczka kolo Opola i za posrednictwem siostr z Zakladu wietego Kazimierza znalazla sie u panstwa Brandysow w charakterze pomocy domowej, opiekunki chorych i wreszcie ich jakby przybranej corki, tyle bowiem w tym stosunku wzajemnej czulej troski. Urodzona w Izraelu Berenika pojawia sie najpierw jako autorka listu, w ktorym przedstawia sie jako wnuczka autora, corka corki prawdziwej, choc zupelnie jej ojcu nieznanej.

Dowiadujemy sie o tej romantycznej historii dopiero na stronie 81, w samym srodku Przygod Robinsona. "Pierwszy list podpisany imieniem Berenika nadszedl mniej wiecej pol roku przed moja choroba. Pisany po angielsku. Donosila mi, ze jestem ojcem jej matki. Wiadomosc pochodzila jakoby od jej grandmother, ktora przekazala ja swej corce, czyli matce Bereniki, a z kolei Berenice jej matka. Utrzymywano to w sekrecie, poniewaz zyl jeszcze czlowiek, ktory byl mezem grandmother i uchodzil za ojca jej corki. Berenika zawiadamiala mnie, ze znalazla moj adres w amerykanskim wydaniu Miesiecy. Proszac mnie o odpowiedz, podala swoj adres w Jerozolimie. Konczyla wlasnie studia filozoficzne na tamtejszym uniwersytecie. Miala dwadziescia trzy lata.
Na list nie odpisalem. Liczylem sie z mozliwoscia mistyfikacji. Niewykluczone, ze jakas narwana dziewczyna dowiedziala sie o mojej przygodzie z Iza B. w czasie powstania warszawskiego. Ale co moglo nia kierowac przy pisaniu listu? Nie mialem na to odpowiedzi".

Oczywiscie, czytelnik takze liczy sie tu z mozliwoscia "mistyfikacji", a nawet jest na te mozliwosc przez samego autora przygotowany opisami towarzyszacych jego chorobie halucynacji, nadzwyczaj realistycznych, pobudzonych morfina przywidzen i majakow w stanie uspionej przez kilka miesiecy swiadomosci. Teskniac bowiem Ð po powrocie do domu, ktory nie jest wszak prawdziwym domem (wyspa Robinsona?) i do zdrowia, ktore jest zaledwie zawieszeniem broni w walce z bateria chorob Ð do cudownego teatru samograjacych widziadel, Kazimierz Brandys zadaje sobie i nam pytania o istote faktu i fikcji zarowno w zyciu, jak i w sztuce. I odpowiada, a raczej broni swojej tezy, ze inaczej niz w poetycznym "zycie jest snem" Ð takze sen jest zyciem.
Podobnie jak sa nim wszelkie swiadome i nieswiadome mistyfikacje, mylne wyobrazenia o sobie i o innych, sfingowane oskarzenia i bezpodstawne zachwyty, a wiec to wszystko, co fabrykuje wlasna lub cudza wyobraznia: fikcje, ktore staja sie faktem.

Moze najbardziej pamietnym przykladem tego motywu urealnionej fikcji jest w tworczosci Kazimierza Brandysa opowiadanie Jak byc kochana. Aktorka, ktora poswiecila cala siebie, swoj wewnetrzny lad moralny i psychiczny, aby uratowac podczas wojny zycie ukochanego mezczyzny, pozwala wypelnic swoje spustoszone wnetrze rola, ktora gra w serialu radiowym i stopniowo nieomal staje sie kims zupelnie do siebie niepodobnym, fikcyjna pania Felicja, lecaca na spotkanie z mieszkajaca we Francji fikcyjna corka. W Romantycznosci, jednym z najbardziej "brandysowskich" opowiadan, umierajacy w Paryzu na gruzlice poeta majaczy o "zdradzie siebie z rzeczywistoscia", ktora jawi mu sie jako gmatwanina spiskow, oblednych decyzji i dzialan, ulomnych milosci i przyjazni i wreszcie nakazu, aby stac sie "Tym Drugim" w imie ratowania "Czterdziestego Czwartego" od zapasci w mesjanistyczne szalenstwo. Majaki zycia odchodza na krotko przed agonia. Zamiast oczekiwanego glosu Boga, umierajacy poeta slyszy na koniec swoj wlasny.

W wydanej wkrotce po wojnie powiesci Samson tytulowy bohater Jakub Gold konsekwentnie i z rosnaca odwaga broni swojej swiadomosci przed skazeniem najpierw podla, a potem coraz potworniej zbrodnicza rzeczywistoscia. Nie kwestionujac swojej przynaleznosci do spolecznosci przesladowanych i skazanych na zaglade, ani nie usiluje sie zamaskowac, zatrzec zewnetrznych i wewnetrznych znamion swojej zydowskosci, ani tez nie ulega narzucanej mu od lat szkolnych, a podczas okupacji przypieczetowanej wyrokiem zaglady, roli ofiary. Nie pozwala Ð inaczej niz wiekszosc postaci w tworczosci Brandysa Ð aby fikcja, morderczy falsz zdegenerowanej rzeczywistosci, znieksztalcila jego prostolinijne poczucie tozsamosci, "niepodobnej do wszystkich innych ludzi, do nikogo i niczego na swiecie". Jakub przez cale swoje tragicznie krotkie zycie pozostaje soba i ginie tak, jak nieraz mu sie snilo w dziecinstwie: w triumfalnym akcie walki. Ginie "nie za to, ze byl Zydem", ale w nagrode i za kare za to, ze nie "zdradzil siebie z rzeczywistoscia".

Kiedy na pytanie Teresy Toranskiej (w ksiazce Oni), czy zaluje swego udzialu w nieslawnym siedmioleciu socrealizmu, Kazimierz Brandys odpowiedzial, ze nie zaluje, poniewaz byla to dla niego jako pisarza cenna lekcja, jestesmy sklonni nie tylko mu wierzyc, ale przyznac (mimo zastrzezen, czy takie lekcje warte sa ich ceny) racje. Nie ulega bowiem watpliwosci, ze owczesny osobisty i kolektywny akt "zdrady z rzeczywistoscia" ogromnie wzbogacil tematyczna palete autora Matki Krolow, Nierzeczywistosci i Ronda, dostarczajac mu wielu wariacji motywu zmagan z pokusami i groza iluzji. W Rondzie, ostatniej i najbardziej brawurowej z beletrystycznych ksiazek Brandysa, czytamy w jednym z koncowych akapitow: "Moment, w ktorym nieprawdopodobienstwo przeksztalca sie w rzeczywistosc, jest trudno uchwytny".

Nieprawdopodobnym faktem i nieomal smiertelna przygoda w Przygodach Robinsona jest blad lekarski Ð spartaczona przez znakomitego paryskiego chirurga operacja. Zamiast wyciac niezlosliwy polip w jelicie grubym, dr Mérignac, ktorego poniosl "impet zawodowy", "zaczal krajac i zszywac", usunal niepotrzebnie sledzione, a wiec literalnie przepatroszyl i pokaleczyl wszystkie bebechy biednego polskiego pisarza, nieswiadom ani fizycznych, ani tym bardziej poetycznych konsekwencji tego ataku rzezniczej pasji. "Nie dzialal w zlej wierze", pisze Brandys z jakze czytelna dla wielbicieli jego prozy ironia, "tylko stracil glowe".

Cudem odratowany przez bardziej akuratnych medykow, chory zapadl w wielotygodniowy sen i pozbawiony wladzy myslenia, wlacznie z wladza mowy i ruchu, stal sie bezwolnym uczestnikiem surrealnego spektaklu alternatywnej swiadomosci. Wiemy, ze wizje senne bywaly i bywaja inspiracja dla wielu artystow Ð Henry James, na jeden z setek przykladow, mial zawsze na nocnym stoliku notesik z olowkiem Ð w Przygodach Robinsona dzieje sie jednak cos innego niz albo bezposrednie opowiadanie snow przez powiesciowych protagonistow, albo czerpanie z tresci i formy snow pomyslow do wlasnych kreacji. Otoz Kazimierz Brandys, nie wyobrazajac sobie (moim zdaniem) zycia bez pisania, siega do owych sennych majakow po tworzywo do jeszcze jednej, moze juz ostatniej, ksiazki Ð tworzywo bogatsze, barwniejsze niz coraz bardziej skape codzienne zdarzenia i refleksje, jakimi do niedawna wypelnial tomiki Miesiecy. Nie chce przeciez nudzic czytelnikow opisami wylacznie dolegliwosci i szpitalnych realiow (a mialby w tym swietnych rywali w najnowszej literaturze polskiej), postanawia wiec splesc realia czasu choroby z nierealiami: nie uciec w fikcje, skoro nigdy w takie ucieczki nie wierzyl, ale raz jeszcze ulec jej pokusom, chocby w podziece za to, ze zajela miejsce, na ktore czyhala nicosc. Postanawia opisac nieprzytomnosc Ð i piszac, szukac jej zaszyfrowanych zwiazkow z aktualna i przeszla historia zycia.

Na pozor wiec ksiazka "pisala sie sama", bez okreslonego do konca planu, wymagajac jedynie codziennego wysilku w zmaganiu sie literata-Dawida z Goliatem choroby. Czujemy jednak Ð i Brandys tu i owdzie to przyznaje Ð ze autor chce bawic i siebie, i czytelnika, ze lezy mu na sercu jego prestiz artysty, ocena potomnosci, nie moze wiec nie ukladac i nie konstruowac, nie przebierac w materii snu i materii zycia na jawie. Co oznacza scena jego samobojstwa w Oborach, w szczegolnie uporczywym majaku? Czy jest jakis zwiazek pomiedzy rozmowa z Pilsudskim we snie i osoba sasiada w domu przy ulicy Francoisa Mirona, generala Archambeauda, "sedziwego ksenofoba" zakochanego w konsjerzce pani Domingo? O generale Archambeaudzie, pani Domingo i innych sasiadach bedzie jeszcze wiele ciekawych historii w Przygodach Robinsona, a niejedna z sennych wizji odezwie sie echem faktu Ð osoby lub rzeczy. Kiedy Berenika, zywa i piekna, pojawi sie wreszcie w drzwiach mieszkania panstwa Brandysow, bedzie miala w klapie rozowego zakietu broszke w ksztalcie ptaka-jaszczurki, taka sama, jak modne warszawianki w jednej z powtarzajacych sie halucynacji. Chwilami wierzac snom, nie jestesmy pewni, czemu wierzyc a czemu nie wierzyc we fragmentach z zycia Ð co autor mogl a czego nie mogl zmyslic. Konczac ksiazke, Brandys mowi nam, jak zrodzil sie jej pomysl, jak w trakcie pisania "przyszla (mu) z pomoca rzeczywistosc majaca wszelkie cechy zmyslenia". I wreszcie, na ostatnich stronach, wyznaje: "Czynilem rozpaczliwe wysilki, aby sie ratowac. Zaczalem wymyslac sceny i okolicznosci, ktore nie istnialy. Chcac nadac mojej ksiazce charakter powiesci, tworzylem ficyjne watki. Co wrazliwszy czytelnik z pewnoscia wyczul moment, w ktorym moje zycie i sny zastapila sztuczna historyjka Ð w ktorym tonac wykonywalem kurczowe ruchy beletrysty". Dowiadujemy sie wiec, ze autor zmyslil przyjazd Bereniki do Paryza, jej "waskie skronie" i "nieskazitelny owal twarzy" Ð i przyjazn obu dziewczyn, wyjazd Ilony z wizyta do Bereniki w Jerozolimie. "Pragnalem wrocic do fikcji, ale fikcja i nieprawda to sa dwie rozne sprawy".

Zapewne. Ale jakiez to piekne zdanie! "Czy Brandys w koncu ma corke, czy jej nie ma?" Ð zapytal mnie jeden z przyjaciol po przeczytaniu Przygod Robinsona. Moglby miec, moze ma, niechaj sie biedza nad tym biografowie. Fikcyjna Berenika nie jest ze snu, ale i nie wydaje mi sie, jak sugeruje autor, tworem wylacznie beletrystycznej fantazji "sedziwego weterana powiesci". Raczej lub przede wszystkim jest poetyckim ucielesnieniem marzenia o niebezpotomnym odejsciu z zycia. Wszak Berenika nie tylko jest potomkiem z krwi, ale takze poczatkujaca pisarka, autorka debiutanckiego zbioru opowiadan pt. Sny. I jeszcze jedno marzenie: Zydowka Berenika serdecznie zaprzyjaznia sie z rowiesnica Polka, przybrana wnuczka Ilona. W pieknym przedstawieniu tej przyjazni w Przygodach Robinsona nie ma nic z "kurczowych ruchow beletrysty", "podszycia sie pod rzeczywistosc, pod prawde". Oby rzeczywistosc, jak to przeciez od wiekow bywa w jej zwiazkach ze sztuka, podszyla sie pod to najprawdziwsze, moze juz ostatnie, pragnienie starego pisarza.

Nie bylby Brandys soba, gdyby i w tej ksiazce nie poruszyl spraw zawsze go nurtujacych. Powiesc krotka, wiec autor pisze o nich zwiezle, oszczedza sily na to, co dla najwazniejsze. Na przyklad Ð o kwestii tak zwanej tozsamosci. "O mojej tozsamosci rozstrzygnal jezyk. Mysle i pisze po polsku, ani jednego zdania nie napisalem w obcym jezyku. Nie moglbym tez inaczej okreslic mojego samopoczucia". Jego czytelnicy pospiesza tu dodac, ze wszystko, co Kazimierz Brandys napisal, dotyczy Polski i polskosci, ze podmiotem jego utworow zebranych jest dusza Polaka (i Polki), a przede wszystkim polskiego inteligenta. Ale jak wielu Polakow pochodzenia zydowskiego, tak jak oszkalowany tuz przed wojna jego ojciec, Brandys nie chcial Ð a nieraz i nie mogl Ð wyprzec sie swego pochodzenia ani go zatrzec. W Polsce ani przed wojna, ani po wojnie, nie mowiac juz o latach okupacji, pisze Brandys, nie mowilo sie "Polak pochodzenia zydowskiego", tylko zawsze "Zyd". "Nikomu jednak nie przyszloby do glowy nazwac profesora Stanislawa Lorentza Niemcem czy Polakiem pochodzenia niemieckiego. Aby zanalizowac przyczyny tych zroznicowan, trzeba by napisac gruby tom". Wreszcie w cala te pogmatwana historie uderzy kataklizm zaglady. "Przemilczac swoje zydowskie pochodzenie po eksterminacji Zydow europejskich jest czyms innym niz zatajac je przed. Ukrywajac je po Zagladzie, jak odium, przyznaje sie posrednio racje ludozercom".

Trudno sie z tym zdaniem w calej pelni nie zgodzic. Budzi natomiast watpliwosci (moje przynajmniej) wskazywanie na pochodzenie zydowskie ludzi, ktorzy sami zdecydowali sie tego faktu, byc moze nie uznajac jego "faktycznosci", nie ujawniac. Bo takze po zagladzie wolnosc wyboru w tej kwestii stala sie prawem okupionym smiercia milionow ludzi tego prawa pozbawionych. Nie powinno sie takze negowac, po czterdziestu z gora latach despotycznej polityki paszportowej, wolnosci wyboru miejsca czy kraju zamieszkania obywateli polskich (nikt nie mial za zle Hemingwayowi, ze chcial mieszkac na Kubie!). A jednak Kazimierz Brandys stara sie sobie i nam uzasadnic decyzje zamieszkania we Francji i niektore z jego tu argumentow moga budzic watpliwosci. Czyniac w tej sprawie rachunek sumienia, cytuje swoj list do znajomej (domyslamy sie w niej Ewy Kuryluk), w ktorym skarzy sie na aktualna sytuacje w kraju.

"Najbardziej niepokoi dziura w zyciu kulturalnym, wessanie spraw i ludzi przez polityke...". I dalej, piszac, ze adresatem jego tworczosci sa polscy inteligenci, stwierdza: "... podobno ludzi tego rodzaju, czyli inteligencji w moim rozumieniu, prawie juz tam nie ma". Poniewaz w liscie tym autor wspomina Kuznice, sztandarowe pismo powojennych pogromcow najlepszych tradycji polskiej kultury i inteligencji, z ktorym byl blisko zwiazany, trudno nam sie nie dziwic zrzedzeniom na obecne "wessanie przez polityke" albo na wspomniany gdzie indziej "zaduch literackiego magla, to intelektualno-artystyczne piekielko, gdzie moga prosperowac tylko fajni kumple". Chcialoby sie powiedziec: sa fikcje pamieci i fikcje zapomnienia. Wszyscy je sobie tworzymy, lecz choc beletrystow wielu, malo ktory wirtuozeria mysli, czuloscia sluchu i mistrzostwem stylu rowna sie autorowi Sobie i Panstwu, Wariacji pocztowych, Nierzeczywistosci, Przygod Robinsona... Nie ma wspolczesnego pisarza, ktory tak wiernie, z nie gasnaca pasja, od ponad pol wieku tworzy pamietnik swego miejsca i czasu.

Razem z Przygodami Robinsona ukazal sie w 1999 roku w serii "Wspolczesne opowiadania polskie" Wywiad zBallmeyerem. Ambitny, bo podejmujacy wielki temat odpowiedzialnosci za zbrodnie ludobojstwa, Wywiad Ð inaczej niz realistyczne i autorefleksyjne utwory Kazimierza Brandysa Ð skurczyl sie w trybach czasu. Fikcyjny general Ballmeyer, Niemiec, zbrodniarz wojenny odpowiedzialny za brutalna pacyfikacje fikcyjnej wyspy Barnum, wykrecil sie od stryczka w Norymberdze, czy po Norymberdze, udawaniem wariata i pod koniec lat piecdziesiatych, czyli w czasie narracyjnym opowiadania, dozywa swoich zolnierskich lat w skromnej westfalskiej stodole pod opieka wiernego sluzbisty-adiutanta Ð bo jakze inaczej, skoro o Niemcach mowa. Jego osoba, dusza, sumienie, budza ponoc ogromne zainteresowanie na calym swiecie, a wiec dziennikarzy i wszelkich publicystow, ktorych reprezentuje w opowiadaniu stereotypowo nerwicowy Amerykanin pochodzenia zydowskiego Raphael (czytaj: aniol) Daves, tylez zainteresowany owa nazistowska dusza, co swoja rywalizacja z bystrzejszym oden korespondentem New York Timesa Johnsonem, w domysle nie-Zydem. Przewage w rozmowie, a raczej niezbyt udanej probie rozmowy, ma caly czas Ballmeyer, poniewaz : "Jest w wiekszym stopniu soba niz Daves, ktory nie ma zupelnej pewnosci, co za chwile powie i kim sie okaze". Oczywiscie okazuje sie, ze Ballmeyer wyrzutow sumienia nie ma, skoro twierdzi, iz: "Historia i natura zabijaja anonimowo, w ten czy w inny sposob". Zamiast autentycznego zbrodniarza wojennego, jak w Eichmanie w Jerozolimie Hanny Arendt czy Rozmowach z katem Kazimierza Moczarskiego, faktycznie ucielesniajacych "banalnosc zla", mamy w opowiadaniu Brandysa nieciekawa figure i nieciekawy eksponat "typowo niemieckiego" mordercy w mundurze, ktorego usiluje zdekonstruowac nieciekawy i nieautentyczny Ð amerykanscy dziennikarze pochodzenie zydowskiego juz od dawna nie maja kompleksow, jakie Davesowi przypisuje Brandys Ð skryba z nietrafnie zatytulowanego periodyku Scientific Review.

W roku pierwszego wydania Wywiadu z Ballmeyerem (1958), umyslna fikcyjnosc zbrodniarza i miejsca zbrodni mogla miec moc aluzyjna w odniesieniu do innych masowych morderstw, o ktorych wowczas nie wolno bylo pisac. Podobnie w Davesie niejeden z polskich publicystow moglby rozpoznac siebie. Jak wiele owczesnych tekstow wspartych powszechnie czytelnym podtekstem, Wywiad stal sie utworem jednowymiarowym, dobrze napisana, lecz nieco nudna satyra na pewien typ moralistycznego dziennikarstwa. "Brak panu wnioskow, poniewaz operuje pan fikcjami" Ð mowi Ballmeyer do Davesa, a zachwycony ta perla Brandysowskiego stylu czytelnik zaluje, ze autor ulegl w tym wielkim temacie pokusie fikcji, zamiast rozejrzec sie za istniejaca w bliskim i dalszym sasiedztwie prawda. Nie chciejmy jednak zbyt wiele, majac od Kazimierza Brandysa pelna polke ksiazek, ktore zyja i plona Ð i kaza nam pamietac, ze: "Jestesmy winni ironie temu, co wobec nas jest ironiczne".

Kazimierz Brandys, Przygody Robinsona
Iskry, Warszawa 1999, s. 144, cena 10 dol.

Wywiad z Ballmeyerem
Wydawnictwo UMCS, Lublin 1999, s.49, cena 7 dol.

Obie ksiazki sa do nabycia w Ksiegarni Nowego Dziennika.
W przypadku zamowienia z przesylka do ceny prosimy doliczyc 8,25% podatku i 4.40 dol. porto.