PRENUMERATA
"PRZEGLĄDU POLSKIEGO"
W WERSJI PDF:

 

 

Przeglad Polski (18 lutego 2000 r.)


ANDRZEJ POMIAN

Tragedie Polski
XX wieku (dokończenie)

Z kolei omówię teraz relację Kazimierza Iranka-Osmeckiego o odprawach w Komendzie Głównej Armii Krajowej, poprzedzających wybuch powstania warszawskiego. Francuski dziennikarz parający się z historią Jean Francois Steiner, zbierając materiały do książki Varsovie 44. L'insurrection, wydanej w Paryżu w roku 1975, przeprowadził wywiady z 48 osobami, w tym długi wywiad z Irankiem1), który rozmieścił następnie we fragmentach po rozmaitych rozdziałach. Iranek zatrzymał jednakże oryginał wywiadu i obecnie jego syn umieścił całość w Powołaniu i przeznaczeniu. Tekst robi wstrząsające wrażenie. Jest to chyba najbardziej dramatyczny dokument z całej historii naszych powstań. Świadomość konieczności wystąpienia zbrojnego w Warszawie ściera się tu z potrzebą jak największej ostrożności, jeśli idzie o moment wybuchu i z podświadomym przeczuciem katastrofy.

Wedle pierwotnych planów AK Warszawa nie miała być terenem walki. W marcu 1944 roku Komenda Główna AK chciała stolicę ogłosić miastem otwartym i prowadzić rokowania w tej sprawie z Niemcami za pośrednictwem Watykanu i Szwajcarii. Nic z tego nie wyszło. Z Warszawy wysyłano jednak broń na prowincję, gdzie się toczyły walki w ramach planu "Burza".

W końcu maja 1944 roku wylądował w kraju na spadochronie Leopold Okulicki, który z tą chwilą został generałem. W Komendzie Głównej mianowano go już 3 czerwca szefem operacji i pierwszym zastępcą szefa sztabu na miejsce płk. dypl. Janusza Bokszczanina, który powrócił na stanowisko szefa Wydziału Broni Szybkich w Oddziale III Operacyjnym, a następnie został przesunięty do drugiego, ściśle zakonspirowanego rzutu AK. Iranek, który był już wtedy szefem Oddziału AK Informacyjno-Wywiadowczego, prowadził z Okulickim długie rozmowy w czerwcu i lipcu 1944 r.

Okulicki znał dobrze Rosjan. Aresztowany przez nich w styczniu roku 1941 we Lwowie, siedział w więzieniu sowieckim na Łubiance, a następnie w Lefortowie i był często przesłuchiwany. Wypuszczony na wolność na mocy układu lipcowego z 1941 r. w armii Andersa objął stanowisko szefa sztabu, po czym dowódcy dywizji, nim postanowił udać się do kraju. Głównego najniebezpieczniejszego wroga Polski widział w Rosji, jak mówił o Związku Sowieckim. Uważał, że Armia Krajowa powinna oszczędzać siły, aby móc wydać Rosji możliwie jak największy bój końcowy. Zdawał sobie sprawę, że byłby to bój beznadziejny, ale obstawał przy swoim zdaniu. Jak młody Piłsudski był widać zwolennikiem dziewiętnastowiecznej teorii powstania permanentnego; przekonania, że każde pokolenie polskie ma obowiązek walczyć o niepodległość bez względu na przewagę wroga, aż w końcu kiedyś odniesie zwycięstwo.

Inaczej niż większość emigracji polskiej w Londynie, Iranek wyczuwał doskonale konieczność walki zbrojnej z Niemcami do końca. "Trzeba było żyć dzień po dniu, godzina po godzinie przez tych pięć lat w cieniu Pawiaka - napisał - trzeba było w ciągu tych miesięcy widzieć, jak znikają przyjaciele jeden za drugim, odczuć za każdym razem skurcz serca w piersi; trzeba było codziennie słyszeć odgłosy salw tak, że się już przestawało je słyszeć (...), trzeba było milcząc asystować na rogu ulicy w smutny zimowy dzień lub świetlisty poranek przy egzekucji (...), by zrozumieć, że Warszawa nie mogła się nie bić". Zgadzał się z Okulickim, że Rosja jest głównym wrogiem Polski, obawiał się jednak z nią wojny. Wiedział, że potrafiła spenetrować nasze podziemie. Na Okulickim duże wrażenie zrobiła depesza Sosnkowskiego, którą Naczelny Wódz "upoważniał (...) do opanowania jakiegoś miasta lub rejonu przed nadejściem Armii Czerwonej". Twierdził, że zamiar walki w Warszawie "nie jest sprzeczny z rozkazami z Londynu".

Gdy do Warszawy nadeszły wiadomości, że Rosjanie rozbroili oddziały 27. Dywizji AK z Wołynia po walce z Niemcami, a jej oficerów aresztowali, Iranek doszedł również do przekonania, że dalsza współpraca AK z Armią Czerwoną na polu walki wedle wskazań planu "Burza" - zawiodła. "Jeśli będziemy tę politykę dalej prowadzić - napisał - my wszyscy w ten sposób znikniemy i świat będzie przekonany, że nigdy nie istnieliśmy. Nasza jedyna szansa to rozpocząć walkę, o której wszyscy musieliby wiedzieć. Tę bitwę powinniśmy wydać w Warszawie, stolicy Polski".

Iranek stał się zwolennikiem tego, co trochę później nazwano powstaniem warszawskim. Ale jednocześnie uważał stanowczo, że podejmując decyzję jego wybuchu, trzeba mieć na uwadze położenie na froncie sowiecko-niemieckim. Powstania nie wolno rozpoczynać przedwcześnie, nie może się ono bowiem nie udać, co już zakładał pierwszy dowódca AK - gen. Rowecki w planach powstania co prawda powszechnego, a nie lokalnego. Ale walki o Warszawę ani z Niemcami, ani z Rosjanami nie przewidywał w żadnym wypadku.

Natomiast Okulicki chciał walki w Warszawie za wszelką cenę, choćby nawet miała się nie udać.

Decyzja wydania Niemcom boju o Warszawę w miarę zbliżania się frontu, a następnie w razie próby rozbrojenia warszawskich oddziałów AK przez Sowietów - postawienia im obronnego oporu zbrojnego - zapadła 21 lipca 1944 roku na konferencji trzech generałów AK - Tadeusza Bora-Komorowskiego, dowódcy AK, Pełczyńskiego, szefa sztabu i zastępcy dowódcy oraz Okulickiego, szefa operacji. Szefowie oddziałów Komendy Głównej dowiedzieli się o niej następnego dnia na odprawie u Komorowskiego. W tym miejscu należy sprostować mylne pogłoski, że wpłynęły na to życzenia premiera Mikołajczyka. Mikołajczyk na odjezdnym do Moskwy, 26 lipca, polecił wysłać depeszę do delegata rządu Jan Stanisława Jankowskiego, upoważniającą go do zarządzenia powstania powszechnego. Odstąpił mu swoją prerogatywę. Komenda Główna AK nic o tym wtedy nie wiedziała. Decyzja dotycząca powstania warszawskiego była wyłącznie dziełem krajowym.

Odprawy u dowódcy AK odbywały się od 25 lipca dwa razy dziennie: rano i po południu. Iranek zdołał przeprowadzić swoje zdanie, że decyzja wybuchu walki może zapaść jedynie na podstawie starannej analizy położenia na froncie sowiecko-niemieckim pod Warszawą. Meldował, że na prawym brzegu Wisły "w lasach między Wyszkowem a Jabłonną tj. około 30 kilometrów na północny-zachód od Warszawy" pojawiły się nowe niemieckie jednostki pancerne, a do Żyrardowa (30 km na zachód od Warszawy) zasygnalizowano przybycie "części dywizji spadochronowej "Hermann Göring", jednej z najlepszych jednostek armii niemieckiej". Niebawem uzupełnił te wiadomości stwierdzeniem, że na północny-wschód od Warszawy "sygnalizowana jest obecność wyborowych jednostek dywizji pancernych SS "Wiking" i "Totenkopf". Dorzucił, że "na południu patrole Armii Czerwonej przekroczyły już Wisłę i prowadziły rozpoznanie na zachodnim brzegu rzeki". Doniósł wreszcie, że Berlin zapowiedział wysłanie do Warszawy w najbliższym czasie kilku tysięcy wagonów amunicji i sprzętu. Świadczyło to, że Niemcy zamierzają bronić miasta do upadłego. Wszystkich tych informacji nie zakomunikował jednego dnia. Zebrałem je tutaj razem dla pełności obrazu.

Do wczesnego rozpoczęcia walki parł najpierw Okulicki, a następnie jak najgwałtowniej płk dypl. Jan Rzepecki, szef Biura Informacji i Propagandy Komendy Głównej. Jak się później okazało - oceniał on w związku z zapowiedzianą wizytą premiera Mikołajczyka w Moskwie, że powstanie w Warszawie "mogłoby stanowić dobrą kartę" w rozmowach ze Stalinem.

Iranek stale zalecał ostrożność. Jeszcze mocniej domagał się jej Bokszczanin, który ostrzegał, że Armia Czerwona nie pomoże AK, że pozostawi ją w sytuacji sam na sam z Niemcami, jeśli walka w Warszawie rozpocznie się nie w porę. Ostrzeżeń tych, jak się miało okazać - proroczych - nikt inny z Komendy Głównej nie brał na serio, zapewne, jak myślę, na podstawie doświadczeń w walkach na wschód od Wisły.

Tymczasem nadeszły nowe wiadomości. Armia Czerwona sforsowała Wisłę na południe od stolicy i usadowiła się na przyczółku w rejonie Magnuszewa, odległego od lewobrzeżnej części miasta o jakieś 50 kilometrów. Jej patrole zapuszczały się głęboko na zachód. Nad południowym łukiem Wisły dowództwo niemieckiej 4. Armii Pancernej porozumiewało się ze swoimi jednostkami depeszami nie szyfrowymi, co świadczyło o jej bardzo trudnym położeniu. Wreszcie 30 sierpnia Armia Czerwona zajęła Wołomin i Radzymin, już na wschodnim przedpolu Warszawy.

Sytuacja dojrzewała do decyzji. Okulicki był ciągle zdania, że "należy zająć miasto i utrzymać je aż do nadejścia Armii Czerwonej, jeśli nie nadejdzie - umrzeć". Iranek przeżywał rozterkę między chęcią walki a nakazami ostrożności. Bór, mimo nacisków Okulickiego i Rzepeckiego, nie podejmował jeszcze decyzji.

Na odprawie porannej 31 lipca Iranek określił położenie na froncie podwarszawskim jako niejasne. Postępy lewego skrzydła wojsk sowieckich marszałka Rokossowskiego "były szybkie", natomiast prawe skrzydło, "opóźnione było zdobywaniem Brześcia nad Bugiem". Jak widać - wywiad AK nie znał dokładnie składu wojsk Rokossowskiego. Nie mógł ich zresztą znać. Z prawego skrzydła I Frontu Białoruskiego w natarciu na Brześć uczestniczyła tylko jedna dywizja - 28, natomiast z lewego - dwie: 61 i 70. Iranek przewidywał możliwość przeciwnatarcia niemieckiego na wysunięte jednostki lewego skrzydła Rokossowskiego. "Należy przewidywać - oceniał - zwycięstwo Niemców przez jakieś trzy do czterech dni, jakich potrzebują dwie armie Sacharowa na odrobienie swego opóźnienia". W rzeczywistości gen. Gieorgij Zacharow (nie Sacharow) dowodził II Frontem Białoruskim i z uderzeniem na Warszawę nie miał nic wspólnego. "Rosjanie - oceniał dalej Iranek - mogliby wtedy wznowić marsz do przodu i otoczyć Pragę, zresztą bardzo słabo bronioną". Iranek zakończył sprawozdanie wnioskiem, że "natarcie sowieckie na Warszawę nie rozpocznie się przed upływem czterech do pięciu dni", wobec czego wydanie już teraz rozkazu powstania byłoby całkowicie bezzasadne. Do wniosku tego przychylił się i dowódca AK.

Jakież więc było zdumienie Iranka, gdy spóźniwszy się na popołudniową odprawę, którą uważał za czczą formalność, zastał tylko Bora, gotowego do wyjścia, i usłyszał od niego: "Odprawa się skończyła. Wydałem rozkaz rozpoczęcia walki". Ten rozkaz wydał w obecności Pełczyńskiego i Okulickiego. Był też obecny specjalnie wezwany Delegat Rządu Jankowski, który zaproponował rozkaz. "Dlaczego" - zapytał Iranek. Gdyż Monter (dowódca Okręgu Warszawskiego AK płk Antoni Chruściel) "przyniósł informację, że czołgi sowieckie zajęły właśnie Okuniew, Radość i Miłosną i zrobiły wyłom w niemieckim przyczółku na Pradze. Jeśli nie zaczniemy natychmiast, możemy się spóźnić". "Popełnił pan błąd (...). Informacje Montera są niedokładne (...). Przyczółek praski nie został przełamany (...). Niemcy przygotowują się do rozpoczęcia przeciwnatarcia (...). Trzeba przekazać odwołanie rozkazu".

Przybył także opóźniony płk dypl. Józef Szostak, od 27 lipca - szef operacji (po Okulickim, który przeszedł do drugiego zakonspirowanego rzutu (i szef Oddziału III Operacyjnego. "Jak to - powiedział - wydał pan rozkaz bez porozumienia się z Irankiem (...) ani ze mną? Ależ to szaleństwo! Damy się wszyscy zmasakrować! Trzeba natychmiast odwołać ten rozkaz". "Za późno, nie możemy już nic poradzić" - odpowiedział Bór, wstał i wyszedł. Po jego odejściu zjawił się płk dypl. Kazimierz Pluta-Czachowski, szef Oddziału Łączności Operacyjnej: "A propos - powiedział - przeciwnatarcie niemieckie właśnie się rozpoczęło".

Na tym kończy się relacja Iranka. On sam zmieniał często zdanie. W czasie powstania dowiadywał się, czy informacje Montera miały realne podstawy. Doszedł do przekonania, że nie. Po wyjściu z niewoli niemieckiej powiedział więc synowi: "Decyzję powstania powzięto przez pomyłkę". Dominowało wtedy u niego przeświadczenie, że tragedia powstania wynikła z błędnego momentu podjęcia walki. Później skłaniał się do oceny, że "największe szanse opanowania Warszawy dałoby rozpoczęcie walki 25 lipca, w momencie największego rozprężenia władz niemieckich i panicznej ucieczki z miasta. Ale wtedy Niemcy, jak sądził, mogliby się uciec do totalnego spalenia Warszawy, w której nie byłoby już ośrodków oporu. W końcu jednak doszedł do przekonania, że mimo wszystko wybór daty 1 sierpnia był najlepszy. Gdyby bowiem, jak wcześniej myślał, wybuch walk odłożono o pięć dni lub dłużej, Niemcy mogliby przerzucić swoje dywizje pancerne spod Pragi na lewy brzeg Wisły, uderzyć nimi na przyczółek magnuszewski i udaremnić oskrzydlenie sowieckie Warszawy od południa, co było przecież jednym z warunków "rozpoczęcia walki Warszawy".

Jeszcze za życia płk. Iranka wyszło na jaw, o czym mówiłem do kraju przez Radio Wolna Europa, że Stalin już 2 sierpnia kazał zakończyć natarcie na Warszawę i zatrzymać całą ofensywę Armii Czerwonej ku Rzeszy na linii Wisły, robiąc wyjątek tylko dla działań na uchwyconych już przyczółkach na zachodnim brzegu rzeki, które polecił rozbudować i umocnić dla potrzeb przyszłych operacji. Jego decyzja nie miała więc nic wspólnego z położeniem na froncie. Jak dziś już wiemy ze źródeł rosyjskich - przeciwuderzenie niemieckie na wysunięte sowieckie jednostki pancerne w Radzyminie, Wołominie i Okuniewie rozpoczęło się nie 31 lipca pod wieczór, jak twierdził Pluta-Czachowski, lecz dopiero 3 sierpnia o godzinie 11 przed południem siłami 168 pojazdów pancernych. Niemcy odrzucili wojska sowieckie o kilkanaście kilometrów na południe, niszcząc im 58 pojazdów kosztem 109 własnych, czyli 65% sił pancernych rzuconych do przeciwnatarcia. Ogólna przewaga sowiecka była tak miażdżąca, że dwaj marszałkowie sowieccy: Gieorgij Żukow, zastępca Stalina na stanowisku głównodowodzącego i szef wszystkich operacji sowieckich na ziemiach polskich oraz Konstanty Rokossowski, dowódca I Frontu Białoruskiego pod Warszawą, wystąpili 8 sierpnia z planem nowej operacji, której celem miało być zajęcie Warszawy. Operacja ta miałaby się rozpocząć 25 sierpnia.2) Stalin nie zatwierdził tego planu. Przekonawszy się, że powstanie w Warszawie wywołała niepodległościowa Armia Krajowa, pozostawił Niemcom wolną rękę do rozprawienia się z powstańcami. Nigdy ich nie uznał za kombatantów, choć 31 sierpnia uczyniły to Wielka Brytania i Stany Zjednoczone, na co w końcu zgodzili się i Niemcy.

Prosowiecka komunistyczna Armia Ludowa była w Warszawie siłą tak znikomą, że nie mogłaby się nigdy pokusić o samodzielne uderzenie na Niemców. Mogłaby tylko dla celów politycznych upozorować powstanie dopiero w chwili wkraczania Armii Czerwonej do miasta. Wobec decyzji Berlina, aby bronić Warszawy do końca, stałaby się ona terenem sowiecko-niemieckich walk ulicznych i uległaby bardzo poważnemu zniszczeniu, jak wszystkie inne większe miasta, o które toczyły się boje: Poznań, Gdańsk, Wrocław, Szczecin. Bez wystąpienia Armii Krajowej w Warszawie Związek Sowiecki uchodziłby za jedynego "wyzwoliciela" Polski, a komuniści uzyskaliby tytuł polityczny i moralny do uchwycenia władzy i sprawowaliby ją wedle poleceń Moskwy, aż do wcielenia Polski do Związku Sowieckiego.

Wiemy dziś z oficjalnego źródła sowieckiego z czasów Gorbaczowa, że 31 lipca 1944 "wojska I Frontu Białoruskiego przedarły się do przedmieścia Warszawy - Pragi".3) A więc meldunek Montera miał realne podstawy.

Wcześniejsze wystąpienie AK w ramach planu "Burza": na Wołyniu, w Wilnie, we Lwowie, na Lubelszczyźnie - przeszły bez echa. Zachód nie chciał nawet o nich wiedzieć dla spokoju swego nieczystego sumienia. Powstanie warszawskie osiągnęło rozgłos światowy.Armia Krajowa, spełniając historyczny obowiązek obrony niepodległości i wolności dowiodła, że Polska tego właśnie chce i że przeciwstawia się temu Związek Sowiecki ze względów imperialistycznych. Z powodu powstania warszawskiego Moskwa nie wcieliła Polski do Związku Sowieckiego, z czym się przedtem nosiła, lecz pozostawiła jej sąsiadom państwową i pozorną suwerenność.4)

Tak czy inaczej, na przełomie lipca i sierpnia 1944 roku Warszawa stała w obliczu nieuniknionej katastrofy. Dlatego los jej był najprawdziwszą tragedią.

Kazimierz Iranek-Osmecki wierzył, jak pisze jego syn, w przeznaczenie. Przeznaczenie nie pozwoliło mu jednak dożyć upragnionej chwili, kiedy Polska odzyskała znów niepodległość. A sprawa niepodległości stanowiła przecież treść jego całego życia. o

Przypisy:

1) Jean-Francois Steiner, Varsovie 44. L'insurrection, Flammarion, Paris 1975. Przytaczając fragmenty wywiadów, Steiner nie wymienia nazwisk swych rozmówców. Wedle notatki, którą otrzymałem od Iranka w 1976 roku, występuje on jako świadek nr 6.
2) S.J. Ławrienow (przewodniczący kolektywu autorskiego), Russkij Archiw: Wielikaja Otieczestwiennaja 14-3 (1). SSSR i Polsza 1941-1945. K istorii wojennogo sojuza. Dokumienty i matieriały, Moskwa 1994, str. 215, 218-219.
3) O.A. Rżeszewskij (red. naczelny), Wielikaja Otieczestwiennaja. Sobytija. Ludi. Dokumienty. Kratkij istoriczeskij sprawocznik, Polizdat, Moskwa 1990, str. 220.
4) Jerzy Kumaniecki (wydawca), Stosunki Rzeczypospolitej Polskiej z państwem radzieckim 1918-1943. Wybór dokumentów, PWN Warszawa 1991, str. 239 n., przypis "e" na str. 242.