ANDRZEJ JÓZEF DĄBROWSKI
Zajęcia z Andrzejem Wajdą
TAK,
JAK NIKT PRZEDTEM
Sztuka zaczyna się wtedy, kiedy coś pokażecie tak, jak nikt inny tego nie pokazał. Musicie w tym czymś zobaczyć coś, czego inni nie widzą - tak nauczał Andrzej Wajda na wydziale reżyserii w warszawskiej Państwowej Wyższej Szkole Teatralnej w roku akademickim 1975/76. Wyjmował przy tym z kieszeni pudełko zapałek, mówiąc - oto przedmiot, który znają wszyscy. Zwykły przedmiot codziennego użytku. Trzeba zobaczyć w nim coś niezwykłego i pokazać to "coś" także w sposób niezwykły. Tak, jak nikt przedtem.
*
Ta sentencja, wypowiedziana na jednym ze wstępnych wykładów była u niego kwintesencją sztuki reżyserskiej, a może i sztuki w ogóle. To, co mówił na dalszych wykładach, było jej uzupełnianiem i rozmalowywaniem. Rozmalowywaniem właśnie, bowiem mistrz Wajda myśli obrazami. Najpierw w jego wyobraźni powstają szkice, które potem przemieniają się w nasączone barwami obrazy. Zrazu jest cały obraz, potem przechodzi się do detalu. Detale bywają równie fascynujące, jak cała reszta.
*
- Żeby być artystą, trzeba mieć nie tylko talent, ale i lubić sam proces tworzenia, niezależnie od tego, czy zakończy się on sukcesem - dopowiadał. Sukces jest zawsze wypadkową kilku czynników, tworzenie zaś jest właściwym żywiołem artysty. W przypadku reżysera tworzeniem jest budowanie miejsca akcji, w czym pomaga mu scenograf, i budowaniem samej akcji, w czym pomagają mu aktorzy. Budować trzeba nie poprzez aktorów, a z pomocą aktorów, podkreślał z naciskiem, przyznając, że oczekuje od nich współodpowiedzialności nie tylko za graną postać, ale i za całość filmu czy spektaklu.
*
Oczywiście, zanim się przystąpi do realizacji, trzeba wiedzieć, co chce się powiedzieć i po co. Nie znaczy to jednak, że w chwili rozpoczęcia zdjęć czy prób na scenie, wie się już wszystko. Próby są nie tylko po to, aby wprowadzić w życie z góry ustalone zamierzenia reżysera, ale także po to, by wspólnie znaleźć najbardziej optymalny i zarazem najbardziej oryginalny wariant sytuacji, by wspólnie wynajdywać w postaciach to, co w nich niezwykłe. Oczywiście nigdy nie należy tracić z oczu zamierzonego celu, ale trzeba być gotowym na to, że czasem trafia się do innego portu, niż się zamierzało. Ważny jest ostateczny kształt dzieła i jego przesłanie.
*
Reżyser musi umieć zainspirować wyobraźnię współpracowników, przede wszystkim scenografa i aktorów. W filmie także operatora. Trzeba rozmawiać z nimi tak długo - tłumaczył nam Wajda - aż ich wyobraźnia będzie nadawać na wspólnych falach z naszą wyobraźnią. Oczywiście nie do wszystkich pasuje ten sam klucz, zatem reżyser powinien nieustannie szukać kluczy do nowych partnerów i dbać, aby nie zardzewiały klucze do dawniejszych współpracowników, ponieważ nigdy nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki. Musi dobrze znać aktorów, wyczuwać drzemiące w nich możliwości i w odpowiedniej chwili pobudzić je. Dlatego wiedzy o aktorach nigdy dość - powtarzał nam wielokrotnie. Trzeba widzieć ich na ekranie, scenie, estradzie, w życiu prywatnym, w knajpie i na łonie natury. Nie tylko widzieć wprost, ale i podglądać. A przede wszystkim trzeba ich lubić, zwłaszcza tych, których się zatrudnia. Aktor, który czuje, że jest lubiany, da z siebie wszystko, w przeciwieństwie do aktora, który czuje się na cenzurowanym.
Mistrz nie ukrywał, że oczekuje od aktorów pomysłów nie tylko dotyczących ich roli, ale całych scen czy wręcz fragmenów filmu lub przedstawienia. - Niekiedy mówię im, że nie wiem, co z danym fantem zrobić, albo że nie mam na tę postać żadnego pomysłu. Zazwyczaj wtedy aktor zaczyna intensywnie o tym myśleć i przynosi jedno, dwa, a bywa że i kilka rozwiązań. Przyjmuję to, które odpowiada mi najbardziej. Nieraz są to rozwiązania niebywale odkrywcze, które mnie z kolei inspirują. Bywa, że zmieniają całe moje wyobrażenie o postaci czy scenie. Ja się wtedy czuję wzbogacony, a aktor nabiera przekonania, że to on współtworzy film czy spektakl. I oto właśnie chodzi. Im więcej zaangażowanych umysłów w proces powstawania dzieła, tym lepiej i dla reżysera, i dla dzieła.
*
- "Właściwa obsada to połowa sukcesu" - twierdził. Dlatego bardzo rozważnie trzeba dobierać aktorów. Rozpatrzeć wszystkie "za" i "przeciw". Wiedzieć, co grozi ze strony danego artysty. Wielkie osobowości mogą zdominować film czy spektakl, zaś aktorzy czekający wyłącznie na rozkazy reżysera mogą nie stworzyć postaci.
Gwiazdy będą starały się "ukraść" dzieło dla siebie, debiutanci - zaistnieć za wszelką cenę. Trzeba szukać w aktorze cech takich, jakie są w danej postaci albo przynajmniej współbrzmiących z nią, nie da się bowiem zagrać wszystkiego tylko za pomocą rzemiosła, choćby i najdoskonalszego. Oczywiście nie chodzi tu bynajmniej o to, by aktor grał samego siebie czy wyłącznie na bazie własnych cech, bo nie ma w tym niczego twórczego. Aktor z lirycznym wnętrzem, lirycznie grający liryczną postać, może dać efekt masła maślanego.
"Właściwa obsada" w ustach Wajdy oznacza - jak się już rzekło - aktorów z wyobraźnią, umiejących zapłodnić wyobraźnię reżysera.
Korzystanie mistrza z pomysłów innych przeszło już do legendy w środowisku teatralnym i filmowym. Andrzej Łapicki wspominał, że kiedy Wajda kręcił film Piłat i inni, miał zwyczaj gawędzić z aktorami wieczorem przy piwie. Pewnego razu zapytał Łapickiego, w jaki sposób Judasz powienien wydać Chrystusa. Łapicki posunął mu wtedy taki oto obraz - Judasz idzie do automatu, wrzuca monetę i telefonuje do Żydów poszukujących Chrystusa, mówiąc im, że wieczorem znajdą go tu i tu. Gdy odkłada słuchawkę, z automatu wysypują się srebrniki. Scena ta znalazła się w filmie.
Reżyser Kuba Morgenstern zaklinał się, że to on wymyślił płonące kieliszki w Popiele i diamencie. Mistrz temu nie zaprzeczył.
*
Uczył nas także samokrytycyzmu. - Zadaj sobie najpierw pytanie, czy to, co chcesz zrobić, ty właśnie zrobisz najlepiej. Czy dana sztuka lub scenariusz jest właśnie dla ciebie. Czy jej styl jest zgodny z twoim stylem. Szukaj takich sztuk i takich scenariuszy, które ty chciałbyś napisać, gdybyś był pisarzem. Powinieneś się utożsamiać z tym, co robisz na planie filmowym czy na scenie.
Przestrzegał także nas wszystkich przed kalkulowaniem, czy nasza praca spodoba się widzom. Widzowie zazwyczaj chcą tego, co już widzieli, twoim natomiast zadaniem jest pokazać im coś, czego jeszcze dotychczas nie widzieli. Nie zapomnij jednak przedtem zapytać siebie, czy sam poszedłbyś na spektakl lub film, który chcesz zrobić.
Mistrz nie pytał, co chcemy reżyserować. Nie interesował się nami. Miałem wrażenie, że nie rozróżnia nas, mimo iż było na całym wydziale bodaj tylko czternastu słuchaczy. Bywało, że nie rozpoznawał nas na ulicy ani na uczelnianych korytarzach. Indeksy podpisywał automatycznie. W tej sytuacji nie było mowy o skonsultowaniu z nim tego czy innego pomysłu, nie było mowy o polemikach interpretacyjnych, mimo iż były to studia podyplomowe II stopnia i większość słuchaczy miała już jakieś przemyślenia, a nierzadko i dorobek artystyczny. Kiedy - cudem ocalały z wypadku samochodowego - znalazłem się wraz z Kazimierzem Wiśniakiem w Lanckoronie u Wojciecha Pszoniaka (który odebrał nas ze szpitala), przebywający tam mistrz z trudem mnie sobie przypomniał. Nie przeszkodziło to jednak w wypiciu tego i owego za cudowne ocalenie. Mistrz fundował.
*
Podczas wykładu Wajda był skoncentrowany na sobie, na toku własnej narracji, czasem klarownej, czasem nadmiernie dygresyjnej. Wydawało się niekiedy, że jesteśmy świadkami jego rozmów z samym sobą, przeplatanych oglądaniem nowej obrączki ze szlaczkiem w niebieskim kolorze i zaczesywaniem włosów do góry, jak przed wywiadem dla telewizji lub pozowaniem do zdjęć. Niemniej jego wykłady-opowiadania miały kunsztowną formę. Wciągały tak, że nie czuło się upływającego czasu. Słuchało się ich, jak kolejnych rozdziałów pasjonującej powieści przygodowej. Miały punkt kulminacyjny, były inkrustowane anegdotkami, zaprawione dowcipem. Dowcipne były też odpowiedzi na nasze pytania. Nie dawał nam się do niczego przyszpilić, jak to młodzi, niepokorni, mają w zwyczaju. Złośliwi twierdzili, że to nie wykłady, a występy, podczas których mistrz daje upust swoim ciągotkom aktorskim. Nie powiem, było coś na rzeczy. Zwłaszcza kiedy się pamiętało jego rolę Męża ( z zawodu reżysera) w spektaklu telewizyjnym zrealizowanym na podstawie Pogardy Alberta Moravii.
*
Z tych jego opowiadań czy - jak chcą złośliwcy - występów można było jednak wiele wyłuskać dla siebie. Wajda nie był teoretykiem teatru ani filmu. Zajęcia z nami traktował jak przygodę. Nie uczył nas zasad reżyserii w ogóle ani też podstaw zawodu. Nie analizował żadnej sztuki ani scenariusza. Nie odwoływał się do wielkich poprzedników ani do dokonań sławnych rówieśników. Nie żądał, abyśmy to, co powie, traktowali jak wyrocznię. Nie sugerował, że jego spojrzenie na sztukę reżyserii jest lepsze od spojrzenia kolegów czy innych wykładowców. W owych opowiadaniach relacjonował nam, jak kiedyś robił to i tamto i jak pracuje dziś. Wystawiał wówczas w Warszawie Sprawę Dantona w Teatrze Powszechnym i Gdy rozum śpi w Teatrze Na Woli. Uważny słuchacz mógł z tych opowiadań wynotować informacje, które układały się bez trudu w reżyserskie ABC. Nigdy, rzecz jasna, nie skończone, jako że nie sposób w tej dziedzinie powiedzieć wszystkiego do końca. Nie sposób, a nawet - nie trzeba. Sztuka nie znosi zarówno kropek nad "i", jak i ostatnich rozdziałów.
*
Wajda jest dzisiaj honorowany na świecie nagrodami za całokształt pracy dla filmu. Nie od rzeczy będzie zatem przypomnieć, że film jest tylko połową jego twórczości, jeśli nie liczyć uprawianego sporadycznie malarstwa i scenografii. Drugą połową, nie mniej ważną, jest teatr, gdzie powiedział on rzeczy równie istotne, jak w filmie, w formach równie niezwykłych. Nie sposób tu opisać nawet w telegraficznym skrócie teatru Wajdy, przypomnę zatem te jego przedstawienia (zrealizowane w Starym Teatrze w Krakowie), które przeszły do historii teatru: Biesy (1971), Noc listopadowa (1974), Nastasja Filipowna (1977), Z biegiem lat, z biegiem dni (1978), Zbrodnia i kara (1984). Bezpośrednio po stanie wojennym sztandarową wypowiedzią tej sceny, jak i całego środowiska teatralnego była jego Antygona z Teresą Budzisz-Krzyżanowską w roli głównej. Na spektakl ten przyjeżdżali z całej Polski członkowie podziemnej "Solidarności". Ostatnimi premierami Wajdy (także w Starym Teatrze) są Klątwa i Słomkowy kapelusz. |