TERESA SIEDLAR-KOŁYSZKO
Dubno
i reszta świata
Dobrze się stało, że swą ostatnią podróż po Ukrainie zaczęłam od Wołynia. Byłam już na Wołyniu kilkakrotnie, ale wciąż odkrywam coś nowego i czegoś nowego się dowiaduję. Zaczęłam od gościnnych progów rówieńskiej parafii, przywieziona ze Lwowa przez wspaniałego kierowcę w habicie - śliczną, miłą i dzielną siostrę Mateuszę. Na plebanii czekał z dobrym słowem niezwykły proboszcz parafii rówieńskiej i kostopolskiej ksiądz Władysław Czajka, a ciepłym uśmiechem i pysznym obiadem przyjęła niezmordowana siostra Fabiana. Właśnie w czasie tego obiadu usłyszałam najnowszą, a jakże charakterystyczną dla wciąż zsowietyzowanej społeczności anegdotę.
Na plebanii w Równem codziennie kupuje się 6 dużych bochenków chleba, żeby nakarmić ubogich raz po raz pukających do drzwi. Jednego razu dosyć natarczywie dopominali się o strawę mężczyźni wyglądający na obiboków i włóczęgów. Ksiądz Władysław miał akurat dużo roboty, czekały cegły do poukładania, więc zaproponował: "A może przeniesiecie mi cegły, chętnie zapłacę". Jeden z mężczyzn spojrzał na księdza spode łba i z nieukrywaną dezaprobatą wykrztusił: Ja nie raboczyj, ja bonż. Ponieważ jednak ani ksiądz, ani ja do "bonżów" nie należymy, zaraz w pierwszym dniu wyznaczyliśmy sobie, dokąd dzięki życzliwości księdza pojadę. Wybór padł na Janową Dolinę, Ołykę, Krzemieniec i Dubno.
Pierwszy raz przejeżdżałam przez Dubno dobrych parę lat temu, kiedy jeszcze kościół był nieczynny, a w jego mocno zniszczonych murach znajdowała się szkoła sportowa. Zajrzałam wówczas do zamku Lubomirskich, gdzie serdecznie powitał mnie i moich towarzyszy historyk i wielki miłośnik swego miasta (niestety nie pamiętam jego nazwiska). Opowiadając z dumą o Dubnie wręczył mi niewielki druczek, na którym na gazetowym papierze widniała twierdza i zapowiedź konferencji pod hasłem "Dubno i świat", co rozczuliło mnie bardzo. W konferencji niestety nie uczestniczyłam, ale że maleńkie wołyńskie Dubno miało swój udział w dziejach - jeśli nie świata, to na pewno Europy, i to w najnowszej jej historii - dowiedziałam się w czasie spaceru po mieście. Prezes Związku Polaków dr Roman Kowalski, wskazując na parterowy, okolony dzikim winem domek, powiedział: "W tym domu mieszkał as lotnictwa polskiego w Wielkiej Brytanii, bohater bitwy o Anglię pułkownik Stanisław Skalski".
Przechadzkę po starym Dubnie zakończyliśmy na ławeczce pod kościołem niedawno oddanym wiernym, a więc pustym jeszcze i ubogim. Usiedliśmy tu z doktorem Kowalskim, by porozmawiać o Dubnie i jego mieszkańcach.
- Pan jest dubnianinem?
- Nie, jestem dubieńczykiem, bo tak się o nas, urodzonych w Dubnie mówi. Pani pytała, co jest niezwykłego w naszym mieście, że nawet zorganizowano konferencję "Dubno i świat". Otóż, przede wszystkim 900. rocznica pierwszej wiadomości o Dubnie, bo pierwsza wzmianka o naszym grodzie pochodzi z 1100 roku. Prawo magdeburskie otrzymało nasze miasto w XVII wieku, w roku 1646 bodajże. W każdym razie jest to mieścina licząca się u nas na Wołyniu. I historyczna, o czym świadczy wiele zabytków. Najważniejszym spośród nich jest dubieńska twierdza, założona przez księcia Ostrogskiego. Potem drogą spadków i koligacji była ona w posiadaniu Lubomirskich, a pod koniec XIX wieku przeszła na rzecz skarbu państwa, rosyjskiego naturalnie. We wnętrzu twierdzy znajduje się pałac budowany przez samego Merliniego. Niestety, Dubno było wiele razy niszczone podczas kolejnych wojen, które przewalały się przez nasze strony. Zamek dubieński w czasie pierwszej wojny światowej został poważnie zniszczony. Ale już w 1920 roku uznano za słuszne odbudowanie tego zabytku i w okresie międzywojennym mieściło się w nim starostwo. W pałacu ocalało do dziś kilka pięknych sal z płaskorzeźbami i stiukami. W sieni zachowały się orły z czasów napoleońskich.
Nasze Dubno opisał bardzo pięknie francuski średniowieczny podróżnik i budowniczy Bauplaine. Zresztą bryła twierdzy od strony miasta, bastiony z wieżyczkami są założeniami właśnie francuskich architektów. Słynęło też Dubno ze swoich świątyń. W 1630 roku założony został przez panią Czarniecką klasztor Karmelitanek Bosych. Piękne barokowe arkady zachowały się do dziś. Kościół jednonawowy jest przy wjeździe od strony Łucka. Mamy też sławną Bramę Łucką, pozostałość murów obronnych. Sławną dlatego, że w niej znajdowała się nasza dubieńska loża masońska. Jest w Dubnie zabytkowy barokowy zespół klasztoru Bernardynów, niestety znajduje się w nim wytwórnia bodajże rękawiczek, a kościół oddano jeszcze za czasów carskich cerkwi prawosławnej. Przepiękne świeczniki mosiężne z tego kościoła, fundacji księcia Ostrogskiego, znajdują się dziś w dubieńskim muzeum, a wszystkie freski u bernardynów - podobno wspaniałe - zostały barbarzyńsko zamalowane. W podziemiach tego kościoła znajdowały się groby wybitniejszych przedstawicieli szlachty wołyńskiej.
- Powiedzmy też, Panie Doktorze, o kościele, przed którym siedzimy, a który w opłakanym stanie niedawno oddany został wiernym.
- To jest kościół stosunkowo nowy (oczywiście mierząc starożytnością Dubna), powstał w 1820 roku. Za czasów komunizmu grupka wiernych - pamiętam, były to przede wszystkim panie Wróblewska, Górska i Zakrzewska - starała się jakoś utrzymać kościół, dbała o niego. Niestety, mimo tych starań został w 1959 roku zabrany, całe wyposażenie zniszczone. Najgorsze, że w naszej świątyni zgromadzone było wyposażenie z okolicznych, kolejno zabieranych kościołów. Co uznano za interesujące - zabrano do muzeum miejskiego, resztę zniszczono. Wspaniałe organy, które jak wieść niesie kosztowały podobno 50 tys. przedwojennych złotych, wywieziono bodaj do liceum muzycznego w Równem, a w kościele urządzono "pałac sportu". Z naszego dawnego kościoła ocalał tylko krzyż, który uroczyście wnieśliśmy do jako tako odnowionej świątyni.
Wróćmy jeszcze do samego miasta. W Dubnie zmarł w domu doktora Lenerta założyciel liceum krzemienieckiego Tadeusz Czacki, tutaj została odprawiona msza święta żałobna po jego śmierci. Uroczystości pogrzebowe odbyły się w naszym kościele Ojców Bernardynów. Czacki swój dwór oddał na potrzeby szkoły ludowej. To był taki klasyczny polski dwór z gankiem i kolumnami, przetrwał wiele lat. Potem na terenach należących do dworu zbudowano gimnazjum, które nosiło imię księdza Konarskiego. Gimnazjum to miało przed wojną w swoim gronie nauczycielskim wielu wybitnych pedagogów i uczonych.
- To była jedyna szkoła?
- Jeszcze mieliśmy szkołę średnią handlową, a siostry utrzymywały u siebie szkołę przysposobienia rzemieślniczego dla sierot i ubogich dziewcząt.
- Czy stacjonowało tu przed wojną polskie wojsko, a jeśli tak, to może jako historyk z zamiłowania będzie Pan wiedział, jaki rodzaj broni?
- Ułanów Jazłowieckich mieliśmy! Tak! Sławny Pułk Ułanów Jazłowieckich stacjonował właśnie w naszym Dubnie. I był też chyba (ale mogę się mylić) 49. Pułk Piechoty Korpusu Ochrony Pogranicza.
Koszary polskie ocalały. Właściwie całe miasteczko wojskowe, bo za czasów sowieckich wojsko też stacjonowało właśnie w tych koszarach.
- A jak jest dzisiaj, ilu Polaków ocalało po tym wszystkim, co się tutaj działo? Komu Pan prezesuje?
- Mamy Towarzystwo Kultury Polskiej. Zrzesza ono na terenie byłego powiatu dubieńskiego zaledwie 100 osób. A że starsze pokolenie odchodzi, jest nas właściwie znikoma garstka w stosunku do ogólnej liczby mieszkańców. Myślę, że w ogóle Polaków jest trochę więcej, ale przyszli ci, którzy są jakoś zainteresowani naszą działalnością kulturalną, sprawami polskimi. Nie jest łatwo, bo asymilacja poprzez małżeństwa postępuje, a młodzież nie garnie się do kościoła, który przecież oddano nam całkiem niedawno.
- Co wobec tego usiłujecie robić?
- Powiedziałbym, że jak na nasze możliwości robimy sporo. Przede wszystkim prowadzimy szkółkę języka polskiego, mamy na kontrakcie nauczycielkę z Polski, tutaj mieszka. Ma czterdziestu uczniaków. Jak przychodzi św. Mikołaj, Wielkanoc czy Boże Narodzenie, zawsze jest piękne przedstawienie w kościele, mimo naszych skromnych możliwości.
Dzieci się chętnie uczą. Czytają, mamy trochę książek. Wyjeżdżają na konkursy. Ostatnio były na konkursie poezji Słowackiego w Krzemieńcu, zdobyły czwarte miejsce, przy tak maleńkiej społeczności wypadły nie najgorzej. Bardzo ważne, że dzięki Wspólnocie Polskiej otrzymujemy parę miejsc na kolonie letnie dla dzieci w Polsce. To nas niezmiernie cieszy, bo dzieci wracają Polską zauroczone, i to jest dla nich motywacja do uczenia się języka polskiego i utrzymywania się przy polskości. Z Dubna to ta Polska wydaje się tak odległa, tak nieosiągalna, legendarna, a jeśli one jadą tam, "dotykają" Polski, spotykają się z rówieśnikami, jest to radość nie do opisania i ufam, że to w przyszłości zaowocuje. Do naszej szkółki chodzą też dzieci (kilkoro) ukraińskie. Jeden chłopiec pojechał w minionym roku do Rymanowa Zdroju na kolonie i po powrocie nie szedł się bawić z rówieśnikami, kopać piłkę itd., ale do polskiej szkółki, żeby tylko znów jechać do Polski. Z dziećmi przygotowujemy także różne rocznice, wieczory poezji - przede wszystkim naturalnie związane ze Słowackim, bo to przecież ziemia Juliusza, jego Ikwa i u nas płynie.
- Czy w tej Ikwie są jeszcze ryby?
- Są, są. Ale w latach sześćdziesiątych tak niefortunnie się stało, że ta nasza literacka rzeka na terenie Dubna została uregulowana. I dopiero dalej w kierunku Młynowa Ikwa zachowała się taka, jak dawniej. Koryto, szuwary, nenufary, ptactwo wodne, wszystko jak dawniej.
- Niewielu Polaków jest dziś w Dubnie, ci, którzy ocaleli, zapewne wiele przeżyli.
- Ja urodziłem się już po wojnie, więc najgorszego nie przeżyłem. Ale moja mama pochodzi z wioski pod Dubnem. W czasie zamieszek z banderowcami musiała się ukrywać, uciekała do Dubna, bo w mieście stały w czasie wojny jednostki niemieckie i węgierskie, było spokojniej, Polaków nie mordowano. Tyle że były wywózki na roboty przymusowe do Niemiec, więc też lekko nie było.
Rodowód mojej mamy sięga aż pod Kijów. W czasie ustalania przedwojennej granicy wg traktatu ryskiego dziadek mój Turowski przechodził granicę, uciekał ze Związku Sowieckiego do Polski. Uważał, że jego miejsce jest w kraju i stąd myśmy się tutaj znaleźli. Jego rodzinę, która tam została, wywieziono do Kazachstanu i ślad po wszystkich zaginął. Szukaliśmy tych śladów, ale na próżno.
Ocaleliśmy w Dubnie, bo nie skorzystaliśmy z repatriacji, dziadkowi żal było domku rodzinnego niedługo przed wojną postawionego, nie chciał się nigdzie ruszać, ale cóż, widać z perspektywy czasu, że to nie miało sensu... Nie miało sensu, bo babcia zginęła potem w tutejszym więzieniu, już po wojnie. Na szczęście później ustały prześladowania, życie trochę się zmieniło, rodzice otrzymali wykształcenie. Ojciec był lekarzem, tu, w Dubnie leczył ludzi przez całe życie, mama uczyła w szkole średniej, jest historykiem. To po niej mam zamiłowania historyczne, ale bardzo się peszę, jak zapominam jakichś dat na przykład. Z zawodu jestem lekarzem internistą, jak mój ojciec. Mam już prawie 25 lat stażu. Niestety, trudno dziś być lekarzem, bo ze względu na powszechną nędzę ludzie nie mają się za co leczyć. A my, lekarze prawie nie otrzymujemy pensji. Ta pensja jest gdzieś tam w buchalterii liczona i od czasu do czasu płacą, ale bardzo rzadko i są to takie nędzne sumy, że na życie nie starcza.
- Czy widzi Pan jakieś światełko nadziei w tych ciemnościach?
- Nie, na razie światełka nie widać. Może gdzieś w większych ośrodkach, w stolicy może jest inaczej, ale u nas, gdzie wszystko stoi, gdzie nie ma przemysłu... Nie, nie tylko nie ma światełka, ale jest właściwie całkiem beznadziejnie.
- Zmieńmy temat na milszy. Czy jeździ Pan do Polski?
- Tak! Czasami tak. Mam w Polsce dość daleką rodzinę, ale mam. Jeżdżę także i po to, by sobie porozmawiać po polsku. Bo tutaj właściwie na co dzień nie mam po temu okazji. Grono osób, z którymi mogę się porozumiewać po polsku, jest bardzo ograniczone, tak że muszę rozmawiać po ukraińsku lub po rosyjsku. Na szczęście dużo czytałem i czytam nadal. Może dzięki temu tak dobrze zachowałem polską mowę, według pani bezbłędną.
W swoim czasie podróże do Polski były łatwiejsze, nasza kondycja finansowa była lepsza, człowiek mógł sobie pozwolić na taką wyprawę nie korzystając z pomocy obcych. Zdążyłem więc dobrze zwiedzić Polskę. Przede wszystkim Kraków i Warszawę. W Zakopanem też byłem. Teraz te podróże są prawie niemożliwe, a znów czuć się w roli ubogiego krewnego będąc przecież lekarzem, to nie w moim charakterze, bo cokolwiek by mówić, zachowałem dumę narodową i taka sytuacja mi nie odpowiada. Więc już lepiej w swoim domu rodzinnym siedzieć. Odpocząć w ogródku, gdzieś tam kwiatek zakwitnie, jabłuszko się zarumieni, zażółcą morele i też dobrze jest, bo przecież ja w końcu jestem u siebie.
- Gdzie Pan lubi pójść czy pojechać, jeśli Pan ma chwilę wolnego czasu, co Pan tu w okolicach jako dubieńczyk lubi najbardziej?
- Z odleglejszych miejsc - Ławra Poczajowska i Krzemieniec; to w jedną stronę. W drugą przede wszystkim Łuck z katedrą i zamkiem Lubarta. Między Dubnem a Łuckiem są Podhajce, wieś rodzinna Zapolskiej. No i przecież Antoni Malczewski, autor powieści poetyckiej Maria, też tu niedaleko się rodził, w Kniahini był majątek Malczewskich. A, Młynów! Młynów Chodkiewiczów przecież też niedaleko stąd. Pozostała oficyna pałacu Chodkiewiczów i tam ocalała bardzo piękna Ikwa - wierzby płaczące się nad nią pochylają.
Józef Ignacy Kraszewski w książce Wspomnienia Polesia, Wołynia i Litwy bardzo pięknie o naszym Dubnie i jego tak ciekawych okolicach dużo napisał, polecam tę książkę, warto ją przeczytać dla pogłębienia swojej historycznej i narodowej świadomości...
------------------------------------------------------
Czytelnikom, którzy chcieliby się skontaktować z bohaterem reportażu,
podaję adres:
Dr Roman Kowalski
Dubno
ul. Mendelejewa 2a
obw. Równe
Ukraina 265100
telefon 4-1416 |