Czas po apokalipsie

Marcin Fabjanski

Na przysypanej bialym pylem ulicy Chambers, piec przecznic od kupy gruzu, jaka zostala z World Trade Center, Paul Weisenfend otworzyl w sobote rano sklep zelazny. – Wiem, ze nie sprzedam ani srubki. Ale ktos musi zaczac prowadzic tu normalne zycie – mowi.

Paul Weisenfend pomylil sie. Choc Chambers Street jest w czesci strefy zakazanej, zamknietej nawet dla dziennikarzy (przemycilem sie z fotoreporterka przez posterunek wojskowy w grupie ratownikow). Od dziewiatej rano do piatej po poludniu jego sklep odwiedzilo trzech klientow.

Kiedy tam bylismy, wpadl do srodka czwarty – spocony ratownik na rowerze. Sciagnal z ust maske ochronna, poprosil o metalowy lancuch, zalozyl maske i pognal dalej. Paul Weisenfend nie wzial od niego pieniedzy. – Od ratownika? Nigdy – powiedzial.

Trzeba zaplacic pensje

Dzinsy, niebieska koszulka z krotkim rekawkiem, kask na glowie. 40 lat. Paul Weisenfend zamiata miotla chodnik przed swoim sklepem na Chambers Street 154. Od rana zdazyl juz wraz z jednym ze swoich pracownikow odkurzyc podloge, polki i lade.

– Bylem w sklepie w trakcie ataku. Zaczalem uciekac dopiero, kiedy uderzyl drugi samolot. Po poludniu wrocilem, zeby pomoc ratowac ludzi – opowiada.

W srode rano otworzyl sklep. Ale tylko po to, zeby ratownikom pracujacym przy odgruzowywaniu porozdawac szpadle, rekawice i gogle. Ostatni szpadel zostawil dla siebie i tez ruszyl w rumowisko. Spedzil na nim trzy dni. Za porzadkowanie sklepu zabral sie dopiero w sobote.

– Nie moglem go dluzej zostawic. Chcialem dac znak ludziom, ktorzy tu mieszkaja i pracuja, zeby wrocili do normalnego zycia – mowi.

Paul Weisenfend otworzyl swoj sklep piec lat temu. Tribeca, dzielnica w ktorej jestesmy, zmienila sie juz wtedy z obszaru przemyslowego w mekke artystow i biznesmenow – pelna galerii, sklepow z antykami i drogich restauracji. Jego sklep zupelnie tutaj nie pasowal. Ale na brak klientow nie narzekal.

– Nawet biznesmen potrzebuje czasem srubokret – powiada. – Mieszkanie kosztowalo tutaj ponad milion dolarow. Ale bogaci ludzie wyprowadza sie stad teraz. Nie zniosa huku robot budowlanych i pylu w powietrzu. Ta dzielnica stanie sie znowu robotnicza. Ale ja tu zostane, chociaz mam male dziecko.

Na razie ekskluzywne sklepy ze sztuka i drogie restauracje na Chambers Street przykrywa gruba warstwa popiolu. Tylko pod numerem 154, u Paula Weisenfenda dumnie pali sie czerwony neon: "Tribeca Hardware".

– Dla takiej malej firmy jak moja tydzien przestoju to wielki cios. Z czegos musze zaplacic pensje pracownikom, bo odejda do innych firm [w USA wyplata jest co dwa tygodnie – przyp. autora] Ale wierze w Giulianiego. Dzieki niemu czuje sie bezpieczniej. Od poniedzialku wszystko bedzie tu pootwierane.

Dzieki telewizyjnym wystapieniom burmistrza Paul Weisenfend wie, gdzie isc po pomoc w razie naglego wypadku i gdzie zadzwonic po porade biznesowa. Nie boi sie, ze ktos – korzystajac z zamieszania – obrabuje jego sklep. Miasto i rozne instytucje uruchomily kilkadziesiat specjalnych infolinii, dzieki ktorym mozna uzyskac wszelkie informacje, m.in.: o zaginionych osobach, miejscach skladania darow dla ofiar, schroniskach i szpitalach. Sa tez linie z porada psychologiczna, prawna, gospodarcza, linia S.O.S. i telefon, pod ktorym mozna zostawic informacje dla FBI.

– W okolicy byl tylko jeden rabunek. Ktos kradl zegarki ze sklepu na Wall Street. Nie musial sie nawet wlamywac, bo sprzedawcy uciekli, kiedy walil sie World Trade Center i zostawili otwarte drzwi Ale policjanci zlapali zlodzieja. Giuliani obiecal, ze zniszczy takich jak on. I wiem, ze to zrobi – mowi Paul Weisenfend. Dobrze, ze jest Giuliani Sobota, godz. 19:00. W ekskluzywnej wloskiej restauracji Capsouto Fieres w polnocnej czesci Tribeki zbieraja sie biznesmeni z tej dzielnicy. Wici rozpuscil wlasciciel restauracji.

– Musimy sobie sami pomoc, a nie tylko liczyc na miasto – powiedzial otwierajac spotkanie.

Przyszlo piecdziesiat osob w wieku od 30 do 60 lat – w garniturach, kostiumach, broszkach, krawatach. Gdyby nie to, ze wciaz przecieraja zalzawione od pylu oczy, wygladaliby na zwyklych, sobotnich klientow tego miejsca. Paul Weisenfend – ktory przyszedl na spotkanie w kasku – wyglada przy nich jak jego sklep przy galerii sztuki. W pol godziny ustalaja, gdzie sie spotykac i na jakiej stronie internetowej szukac informacji o funkcjonowaniu dzielnicy. Na nastepne spotkanie zaprosza specjaliste, ktory opowie im o tym, jak najskuteczniej usuwac pyl.

– Razem mozemy cos zrobic, ale dobrze, ze jest Giuliani – wzdycha trzydziestolatek o kreconych wlosach.

Burmistrz Giulini postanowil w piatek, ze w poniedzialek wieksza czesc dolnego Manhattanu bedzie funkcjonowac normalnie. Wyslal do pracy tysiace pracownikow sluzb miejskich, zeby sprzatali gruz, zakladali nowe przewody elektryczne i rury gazowe. Pracuja 24 godziny na dobe.

– Chcemy, zeby Wall Street pracowalo normalnie – zapowiedzial burmistrz.

Sam budynek gieldy nie zostal uszkodzony, ale zawalenie sie WTC zniszczylo kable telefoniczne. Dlatego wszystkich 140 pracownikow firmy telefonicznej Verizon, ktora za nie odpowiada, ruszylo w teren. Przez weekend mieli polozyc 30 kilometrow nowych kabli. Juz w piatek na dolnym Manhhatanie dzialal telefon 911, pod ktorym wzywa sie jednoczesnie policje, straz pozarna i pogotowie ratunkowe. W weekend nie odpoczywali tez pracownicy metra. W poniedzialek bedzie mozna dojechac na dolny Manhattan niektorymi liniami.

– 150 tys. ludzi stracilo we wtorek miejsca pracy. Apeluje do nich, zeby nie opuszczali Nowego Jorku – powiedzial burmistrz Giuliani. Ale nie ograniczyl sie do slow. Firmom, ktore mialy biura w World Trade Center oferowal 25. budynek, z ktorego usunal urzednikow miejskich.

Ulica przyjemnosci

W sobote strefa zakazana zaczyna sie na Canal Street (kilkanascie ulic nizej, niz dwa dni wczesniej). Policjanci wpuszczaja do niej tylko ratownikow, rezydentow i (jedna ulica) dziennikarzy.

Ciezki sprzet i autobusy ze strazakami i ratownikami-ochotnikami wjezdzaja i wyjezdzaja ze strefy obwodnica po zachodniej czesci wyspy. Ratownicy docieraja na wysokosc Chamber Street, tam sie rejestruja, dostaja przepuski, przechodza przez posterunki wojskowe (wszedzie pelno wozow opancerzonych) i ruszaja na rumowisko. Do soboty usuneli ponad 20 tys. ton gruzu. To, co zostalo z WTC trafia na barki i jest wywozone na najwieksze na swiecie wysypisko smieci Fresh Kills na Staten Island. Zostalo ono zamkniete kilka miesiecy temu – pod naciskiem okolicznych mieszkancow – ale teraz awaryjnie wznowilo dzialalnosc.

Na Staten Island czekaja na smieci agenci FBI. W gruzie znajduja bizuterie, ubrania, rzeczy osobiste, czesci komputerow. Ale najbardziej interesuja ich dwie czarne skrzynki z samobojczych samolotow. Niektorzy ratownicy wracaja do domu ta sama obwodnica, ktora przyjechali. Inni mniejsza ulica – Greenwich Street. Pierwszych – na granicy strefy zakazanej tlum nowojorczykow zegna transparentami, brawami i okrzykami jak z koncertow rockowych. Drudzy koncza prace w ciszy. Ale za to, zanim jeszcze opuszcza strefe – czekaja na nich inne przyjemnosci. Tuz za posterunkiem wojskowym na Greenwich Street pieciu chiropraktorow porozkladalo laweczki i oferuje darmowy masaz. Przywoluja ratownikow ruchem reki.

– Tylko tak moge pomoc. Znam sie tylko na moim zawodzie. Wiem, ktore nerwy i miesnie trzeba naciskac, zeby przyniesc czlowiekowi ulge i dac mu troche energii. Zwolalem kolegow i oto jestesmy – mowi jeden z masazystow, Philip Nuench z Long Island. Przez ich rece przeszly w sobote setki ratownikow.

– Narzekaja przewaznie na zmeczenie i bol miesni – mowi Philip Nuench. – Sa tez przygnebieni. Do niedzieli ratownicy znalezli pod gruzami 155 cial, 99 zostalo zidentyfikowanych. Wladze miasta prosza bliskich o zglaszanie sie ze szczoteczkami do zebow i innymi osobistymi rzeczami – DNA pomoze w identyfikacji.

Po masazu ratownicy trafiaja do strefy z jedzeniem, slodyczami i napojami. Kilka przecznic dalej, na rogu Greenwich i Harrison Street, czeka na nich bar Yaffa’s. W srodku kilku usmolonych strazakow, jeszcze w kaskach, oblega bar i z minami weteranow flirtuje z paroma mlodymi dziewczynami. Jest tez kilku zolnierzy i paru miejscowych ludzi, ale ci trzymaja sie osobno. Z glosnikow slychac jazz. Wielki telewizor jest wylaczony.

– W telewizorze mowia tylko o akcji ratunkowej, a strazacy chca tu odpoczac. Kazalam go wylaczyc – mowi wlascicielka restauracji Edna Sperduto. – Otworzylismy bar w srode, bo we wtorek nam nie pozwolili. Ciesze sie, ze mozemy sprawic troche przyjemnosci ratownikom.

Jedzenie (z darow okolicznych mieszkancow, bo zaopatrzenie tu nie dociera) i napoje rozdaje za darmo. Za alkohol strazacy placa. Chyba, ze nie maja pieniedzy. Wtedy barmanka stawia drinki. Poteznie zbudowany strazak Adam Davids obejmuje wysoka blondynke:

– Tu jest swietnie. – krzyczy. – A w tej kobiecie zakochalem sie!

Rozowe nozyczki

Do Nowego Jorku zjechaly setki dziennikarzy. Zanim rusza w teren, musza odstac trzy godziny w kolejce przed komenda policji po przepustki do czesci strefy zakazanej. Trzeba wypelnic odpowiedni formularz, pokazac wazna legitymacje i paszport albo amerykanskie prawo jazdy. Potrzebne sa tez dwa zdjecia paszportowe. W sobote rano ci, co ich nie mieli, pobiegli pol kilometra do najblizszego fotografa – malej agencji turystycznej w Chinatown. Zdjecia jednak nie pasowaly rozmiarem do przepustki.

– Kto ma nozyczki? – padlo pytanie.

– Ja mam – powiedziala dziennikarka CBS i z ogromnej torby fotograficznej wyciagnela nieco mniejsza torebke foliowa. W srodku byla wloczka, szydelka i male rozowe nozyczki.

– Co sie tak patrzycie? – powiedziala dziennikarka. – Jak obslugiwalam wybuch w Oklahoma City, zrobilam caly sweter.