Polacy pracujacy w World Trade Center

Dziekuja Bogu za ocalenie

Bozena Chojnacka

Wtorkowa tragedia na dolnym Manhattanie poruszyla wszystkich niezwykle gleboko. Trudno pogodzic sie z tym, co sie stalo.

Przedstawicielowi "Nowego Dziennika" udalo sie dotrzec do kilku osob, ktore bezposrednio otarly sie o smierc i cudem przezyly. Swiatynie wsrod gruzow Wedlug relacji naszych rozmowcow w "blizniakach" pracowalo duzo Polakow. Mowil o tym reporterowi gazety ksiadz Andrzej z kosciola Matki Boskiej Zwycieskiej, znajdujacego sie w bliskim sasiedztwie wiezowcow, na rogu Pine Street i William Street.

"Widywalem wielu rodakow na nabozenstwach w kosciele. Podczas wtorkowego wybuchu wielu ludzi znalazlo schronienie w naszym kosciele. Podmuch spowodowany wybuchem rowniez zatrzasl swiatynia, ale podziemna kaplica byla miejscem bezpiecznym. Nie dochodzil tu dlawiacy dym. Dla wielu byl to jedyny ratunek. Czulismy sie jak w bunkrze. Ludzie mogli sie umyc, zatelefonowac do bliskich. Zewszad padaly pytania: czy zyje moja zona, a co jest z siostra, co z matka? Ksieza, pracuje nas siedmiu w tej parafii, sluchalismy spowiedzi, rozdawalismy komunie, umierajacym udzielalismy ostatniego namaszczenia. Ciezko ranni prosili o spowiedz i rozgrzeszenie. Nie wiem, czy ci ludzie przezyli, byli uderzeni kawalkami elementow z konstrukcji budynku. O 12 w poludnie odprawilismy msze swieta.Potem ludzie uciekli na most. To, co widzialem, nie moze pomiescic sie w ludzkiej glowie. Co za religia, ktora pozwala zabic tyle niewinnych ludzi? Bylem przez lata na misjach, widzialem zamachy w Afryce, odczuwalem zagrozenie, ale tamte wspomnienia sa niczym wobec tego, co dzialo sie na Manhattanie. Rozmiaru tej tragedii nie da sie pomiescic w ludzkim umysle" – ocenial zdlawionym glosem ksiadz Andrzej.

Podczas srodowej wieczornej rozmowy opowiadal, ze od wczoraj nie maja swiatla, ze dziala tylko jeden telefon. Spod gruzow wyciagane sa kolejne ofiary, nie ma jednak wsrod nich zywych. Ksieza , jako jedyni w tej okolicy, nie zostali ewakuowani. "Dokad mamy pojsc. Plebania nasza miesci sie nad kosciolem. Niepotrzebnie tylko ktos wczoraj zawolal straz i zostaly wywalone drzwi od swiatyni" – powiedzial polski duchowny z Manhattanu.

Uciekalam z 82. pietra "blizniaka" Leokadia Glogowska z Bay Ridge od osmiu lat pracowala w World Trade Center na 82. pietrze w budynku nr 1, nazywanym "jedynka", w New York Metropolitan Transportation Council. Od marca otrzymala stanowisko kierownicze. O wtorkowych wydarzeniach mogla mowic dopiero nastepnego dnia. Chciala wszystko z siebie wyrzucic.

Mowi, ze ocalenie zawdziecza Bogu. Jeden z kierownikow dzialu, tuz po uderzeniu samolotu w budynek, zarzadzil natychmiastowa ewakuacje. Tylko 13 minut trwalo schodzenie z 82. na 44. pietro. Potem ruch byl spowolniony, bo dolaczalo coraz wiecej ludzi. Nikt nie byl swiadomy tragedii. Slyszala komentarze, ze jakis samolot zawadzil o budynek. Gromiono zly pilotaz i nieodpowiedzialnosc. Ktos pytal, na ktorym pietrze to sie stalo, bo jego syn pracowal na 104. Schodzono w porzadku, bez paniki, nikt nikogo nie poganial ani nie popychal. "Czulismy sie jak w bunkrze. Ludzie byli wobec siebie zyczliwi, pomagali sobie wzajemnie, czestowali guma. Duszacy dym utrudnial oddychanie – wspomina pani Leokadia niedawne przezycia. – Modlilam sie przez caly czas, gdy schodzilismy ze schodow; prosilam Boga o bezpieczne dotarcie na parter budynku.

Z 44. pietra do dolnego pasazu szlismy ponad godzine. Wiele zawdzieczamy obsludze budynku kierujacej ewakuacja. Lecace papiery i materialy biurowe oraz widok strazniczki obsypanej czyms szarym dawal przeblyski swiadomosci, ze dzieje sie cos bardzo zlego. Moze trzesienie ziemi, moze uderzenie pioruna – probowalam odpowiadac na pytania. Bylam dziwnie spokojna i opanowana. Dodawalam otuchy innym. Na wysokosci 20. pietra musielismy isc pojedynczo, na gore szli strazacy. Byli bardzo mlodzi. Zaden z nich nie ocalal, dotarlo do mnie pozniej.

Po wyjsciu z budynku skierowano nas do przejscia prowadzacego do ksiegarni przy Church Ave. Mialam scisniete gardlo. Szlam szybko w kierunku mostu, gdy sie odwrocilam – zapadala sie druga wieza. Potem, bedac juz na moscie, odwrocilam sie po raz kolejny. Nie bylo juz 'blizniakow', symbolu Manhattanu. Miasto bez tych budynkow jakby przestalo istniec. Na piechote szlam 15 kilometrow. Dopiero o 1:30 maz otrzymal wiadomosc, ze zyje. Wczoraj bylam w kosciele, dziekowalam Bogu za ocalenie.Po tym, co przezylam wydaje mi sie, ze wszystkie przyziemne sprawy nie sa wazne, nie maja znaczenia". Pieklo widziala na wlasne oczy Wioletta Wacnik z Queensu pracowala w niemieckim banku naprzeciwko Twins Tower.

Drugi samolot otarl sie o ten budynek. Z wyzszych pieter po uderzeniu samolotow w pobliskie "blizniaki" wylecialy okna. Plonace wieze World Trade Center widziala z wysokosci Rector Street, gdzie wysiadla z metra. Przerazil ja widok zagrozenia, porazila glupota i bezmyslnosc gapiow, ktorzy nie opuszczali tego miejsca, nikt tez nie usuwal ich stamtad. Nawolywala , zeby uciekali, bo jest niebezpiecznie, ale w odpowiedzi slyszala, ze te budynki sa odporne na ogien. Uciekla w poplochu. Caly dramat przezyla w kosciele Matki Boskiej Zwycieskiej. Tu doszedl ja niesamowity huk zapadajacych sie budynkow. Wybuchla panika, krzyk, placz. Wszyscy lezeli na podlodze. Do kosciola wpadali pokrwawieni, zasypani pylem ranni. Ksieza udzielali pomocy. Przezywala wlasna smierc. Nie wierzyla, ze wyjda z tego. Modlila sie. Z kosciola wyszla dopiero o 12:00 w poludnie. Na zewnatrz bylo ciemno. Nie widac bylo niczego na wyciagniecie reki. Nadludzka sila dotarla do mostu. Byly tam juz setki ludzi.

"Ciagle nie moge jeszcze uwierzyc, ze to pieklo widzialam na wlasne oczy" – mowi wstrzasnieta wciaz kobieta. Nie tylko potega pieniadza Slawomir Zabicki, pracownik amerykanskiej firmy znajdujacej sie przy William Street, byl bezposrednim swiadkiem wtorkowych wydarzen. "W tym calym dramacie jedyna rzecz jest pocieszajaca – zyczliwosc i pomoc ludzka. Nieprawda jest, ze ten kraj opiera sie tylko na potedze pieniadza. Okazuje sie, ze w trudnych chwilach ludzie sa w stanie niesc sobie pomoc".