|
Wspolnota ludzi i wiezowcow
Marcin Fabjanski
Mieszkam
w Nowym Jorku od dwudziestu miesiecy, ale dopiero
gdy na to miasto napadli terrorysci, poczulem sie
nowojorczykiem. Poczulem sie nim przedzierajac sie
6. Aleja w dol Manhattanu kilka chwil po tym, jak
zawalila sie druga wieza World Trade Center.
Przedzieralem sie tedy wczesniej setki razy. Przez
tlum Latynosow pchajacych ciezkie wozki z klocami
tkanin, obok swiezo pachnacych biznesmanow i ludzi
mediow, nad zebrzacymi bezdomnymi. Moglem sie im wszystkim
bezkarnie przygladac, bo nigdy nie odwzajemniali spojrzen.
Patrzyli w przestrzen albo na plyty chodnika. Czasami
zderzalem sie z kims ramieniem, ale nawet wtedy nie
patrzylismy na siebie. Od czasu do czasu slyszalem
tylko za plecami przeklenstwo pod swoim adresem, ale
rzadko.
Kiedy walil sie najwiekszy wiezowiec Manhattanu,
bylo zupelnie inaczej. Ludzie szukali nawzajem swoich
spojrzen, jakby chcieli potwierdzic, ze inni tez widza
to, co oni. Niektorzy chwytali sie nawet za rece.
Podchodzili do siebie i zaczynali rozmawiac.
Pozniej, kiedy dotarlo do nich co sie stalo, skupieni
w grupkach wokol samochodow z rozkreconym na caly
regulator radiem szukali w oczach innych potwierdzenia,
ze nie sa jedynymi ofiarami ataku terrorystow. Szukali
tez pewnie zlosci. Ale o nia w pierwszych godzinach
po ataku nie bylo latwo. Zdumienie bylo silniejsze
i trwalo dlugo.
Patrzac wtedy w oczy nowojorczykow po raz pierwszy
poczulem sie jednym z nich. Przez tych kilka godzin
po ataku na World Trade Center latwo bylo odroznic
mieszkanca miasta od turysty. Turysta patrzyl na chmure
dymu jak na ciekawostke, niezwykle i monumentalne
zjawisko, jak na sztuczne ognie z okazji Dnia Niepodleglosci.
Albo sie jej po prostu bal. Nowojorczyka widok sinej
chmury bolal. Bolal i mnie.
Miasto wspolistnienia
Tez na poczatku nie uwierzylem w ten atak, chociaz
widzialem go w telewizji. Rozmawialem z ludzmi, robilem
zdjecia, notowalem ale czulem sie, jakbym gral
dziennikarza w jakims filmie, a nie byl nim w rzeczywistosci.
Wokol byla panika. Poszukiwanie bliskich przez telefon.
Pisk opon i wycie syren karetek. Bieglem do redakcji,
zeby napisac relacje (taksowki juz nie jezdzily) i
wtedy uswiadomilem sobie, ze kiedy opadnie chmura,
w krajobrazie Manhattanu nie bedzie juz dwoch najwyzszych
wiez. Poczulem sie z nich okradziony.
Dzien po ataku gazety napisaly, ze World Trade Center
byl symbolem Nowego Jorku. To nieprawda. Ten budynek
nie byl zadnym symbolem. Byl Nowym Jorkiem. Jego rdzeniem.
Tak jak wszystkie najwieksze wiezowce Manhattanu.
Teraz zostala z niego kupa gruzu, ktora media nazwaly
punktem zero.
Bez wielkich wiezowcow nie istnieje wyobrazenie Nowego
Jorku. Bez nich nie mozna tez wyobrazic sobie siebie
jako nowojorczyka. Gdyby terrorystom udalo sie zmiesc
z powierzchni ziemi wszystkie wiezowce Manhattanu,
nie byloby juz Nowego Jorku, nawet jesli cztery pozostale
dzielnice Bronx, Brooklyn, Queens i Staten
Island zostalyby nietkniete. Nie byloby tez
nowojorczykow, chociaz technicznie rzecz biorac, prawie
szesc milionow z nich uszloby z zyciem. Zostaliby
tylko mieszkancy malych drewnianych domkow, jakich
pelno w calej Ameryce. Najwyzsze wiezowce Manhattanu
sa czescia jazni nowojorczyka. Dlatego upadek jednego
z nich tak bardzo zabolal.
Dzien po ataku znana architektka Marta Rudzka powiedziala
mi, ze widziala wraz z kolegami walace sie wieze z
okna swojej pracowni na 23 Ulicy. Wystraszyla sie
mniej niz inni, bo znala takie widoki z powstania
warszawskiego.
Przypomnialem sobie uczucie z dziecinstwa, kiedy
uczylem sie w szkole o nalotach Niemcow na Warszawe.
Teraz poczulem te sama zlosc. I wtedy uswiadomilem
sobie, jak bardzo identyfikuje sie z Nowym Jorkiem.
Zrozumialem po raz pierwszy w zyciu koncept, na jakim
oparte jest to miasto, a pewnie i cale Stany Zjednoczone.
To, ze nie jest ono luzna grupa ludzi z calego swiata,
ktorzy przyjechali tutaj zarobic pieniadze, tylko
zywa wspolnota. Ze ludzie tu wspolistnieja. Ze traktuja
to miejsce jak nowa ojczyzne.
Od Nowego Jorku mozna bardzo duzo dostac slawe,
poczucie bycia w centrum swiata, pieniadze wieksze
niz gdzie indziej, niezliczone przyjemnosci
ale trzeba w zamian oddac mu czesc samego siebie.
A to oznacza pozbycie sie czesci wlasnej przeszlosci.
Miasto-nauczyciel
Przed atakiem terrorystow inaczej odbieralem Nowy
Jork. Pamietam, jak bolesnie moj przyjazd nie zrobil
na nim zadnego wrazenia. Jaki wydal mi sie zimny i
nieprzystepny. Jak przez dlugie tygodnie szukalem
w nim lapczywie i beznadziejnie przyjaciol, koniecznie
rodowitych nowojorczykow. Przestalem, kiedy uswiadomilem
sobie, ze to Nowy Jork zdecyduje, kiedy i czy w ogole
sie tu z kims zaprzyjaznie.
Nowy Jork jest jak mistrz Zen. Jest lustrem, w ktorym
odbija sie cala moja neuroza, a wszystkie falszywe
wyobrazenia, jakie mam na swoj temat, staja sie puste.
Jesli chcesz sie dowiedziec czegos o sobie
zamieszkaj w tym miescie. Pamietam taka lekcje o sobie.
Przedzieram sie samochodem przez niemilosiernie zakorkowana
Flatbush Avenue na Brooklynie w strone mostu Brooklynskiego.
Swiatla uliczne sa tutaj co kilkadziesiat metrow.
Zawsze czerwone. Stada fordow, buickow, chevroletow
wylewaja sie agresywnie z bocznych uliczek i blokuja
mi droge. Wskaznik paliwa spadl na pomaranczowa kreske,
pod ktora jest napis empty. Gdybym mial w samochodzie
zegar pokazujacy stan mojej wscieklosci, wskaznik
dawno przekroczylby kreske z napisem full. Stacji
benzynowej nie widac.
Mijam czerwonego buicka i nagle otwiera sie przede
mna dwadziescia metrow wolnego pasa. Zielone swiatlo
na skrzyzowaniu zamienia sie wlasnie w zolte. Wciskam
gaz do konca. Przeskocze skrzyzowanie na poczatku
czerwonego. Nagle tuz przed maska pojawia sie samochod.
Wyskoczyl z bocznej uliczki. Wciskam z calej sily
hamulec. Opadam na siedzenie. Przede mna zwalista
sylwetka starego forda. W nim mlody Murzyn. Odwraca
sie w moja strone. Szczerzy biale zeby. "Fuck
you, niger!" wrzeszcze na niego z calej
sily. Przychodzi opamietanie: kiedy wsiadalem do auta,
bylem przyjaznym ludzkosci humanista. Kim jestem teraz?
Rasista?
Nowy Jork nauczyl mnie, ze w czystej postaci nie
istnieje ani rasista ani abolicjonista. To sa tylko
konstrukty umyslu idealy, do ktorych trzeba
dazyc, albo wzorce, ktorych nalezy unikac. Podszywanie
sie pod ktoras z tych plakietek jest oszustwem, co
gorsze samooszustwem. Czy dowiedzialbym sie
o tym tak dobitnie, gdybym nie zamieszkal w Nowym
Jorku?
Twardzi ludzie
Kiedy w roku 1993 w Lucernie splonal zabytkowy drewniany
most, mieszkancy miasta plakali na ulicach. W Nowym
Jorku, gdzie zniknela z powierzchni ziemi ogromna
czesc (jednej z najladniejszych i najwazniejszej gospodarczo)
dzielnicy, placza tylko ci, ktorzy stracili bliskich.
Nowojorczycy sa twardsi niz Szwajcarzy. Wiedza, kiedy
jest czas na placz, a kiedy na poswiecenie i dzialanie.
Do pomocy w akcji ratowania osob zawalonych gruzami
zglaszaja sie tysiace nowojorczykow o wiele
wiecej niz wladze miasta moga wykorzystac. Do ulicznych
punktow krwiodawstwa ustawiaja sie kolejki, w ktorych
mozna liczyc zakrety. Jeszcze we wtorek, w dniu zamachu,
okazuje sie, ze krwi jest za duzo. A przeciez na co
dzien wiekszosc jej dawcow nie ma wiele wspolnego
(poza byciem nowojorczykiem) z tymi, ktorzy maja ja
otrzymac. Dzieli ich wszystko przepasc kulturowa,
finansowa i rasowa.
Nowojorczycy mowia ponad stu jezykami i pochodza
ze wszystkich krajow swiata. Najnowsze dane spisu
pokazaly wyraznie w Nowym Jorku mniejszosci
etniczne nie mieszaja sie ze soba. Zyja oddzielnym
zyciem jak wyspy w archipelagu. Te wyspy tocza ze
soba wojny (np. czarny Bronx z biala policja), negocjuja,
handluja, kiwaja sie nawzajem. Puchna i sie kurcza
(wyspa, ktora spuchla ostatnio dzieki naplywowi swiezych
imigrantow jest wyspa rosyjska, z centrum na brooklynskim
Brighton Beach). Ale kiedy archipelag jest atakowany
z zewnatrz, roznice miedzy wyspami nagle staja sie
niewazne.
Twarz Meksykanina
Od 11 wrzesnia patrze na mieszkancow miasta, w ktorym
zyje inaczej niz kiedys. Jestem z nimi teraz w tajnym
porozumieniu. Przezylismy ten sam bol i to doswiadczenie
nas zlaczylo. Pewnie bede wciaz klal na nich w myslach,
przepychajac sie 6 Aleja do pracy. A oni na mnie.
Ale bede klal inaczej. Tak jak sie klnie na przyjaciol
zeby wyrazic swoja zlosc, a nie poroznic sie
na zawsze.
Kilka przecznic od punktu zero jest maly bar, do
ktorego czasami wpadalem na piwo i hamburgera, kiedy
bylem na dolnym Manhattanie. Za barem stal zwykle
stary Meksykanin z siwiejacym wasem i poorana zmarszczkami
twarza. Przyjmowal zamowienia i usmiechal sie grzecznie.
Nawet nie wiem, jak ma na imie, tak jak nie wiem,
jak sie nazywa bar. Nigdy mnie to nie interesowalo.
Moze przyjechal tu z przymierajacej glodem meksykanskiej
wioski. Moze zostawil tam zone i kilkoro dzieci. Moze
jest w tym kraju nielegalnie.
Kilka godzin po zawaleniu sie World Trade Center
przypomniala mi sie jego twarz i odtad pojawia sie
regularnie przed moimi oczyma. Kiedy opadnie dym i
policjanci zwina zolta tasme, ktora odgradza dolny
Manhattan od reszty miasta pojde prosto do
tego baru. Jesli bedzie istnial, zamowie piwo i hamburgera.
Ale najpierw zapytam starego Meksykanina, jak ma na
imie.
|