Wybrane artykuły Nowego Dziennika
O jednym płucu z płonącej wieży
Nie myślałem o śmierci...
...
i wtedy, w krótkofalówce jednego z nich usłyszałem: "Another one hit the
second tower, repeat, another one hit the second tower". Wiedziałem już,
że to nie przelewki... że naprawdę trzeba uciekać...
Gdy ma się w sobie tylko jedno płuco, a za sobą walkę z dwoma nowotworami, codzienne chodzenie do pracy musi być wyzwaniem. Pani Ewa wiedziała, że jej mąż w takim stanie już dawno powinien przejść na zasłużoną emeryturę. W końcu w Stanach byli już przeszło trzydzieści lat, czyli mają za sobą trzydzieści lat ciężkiej pracy. Wychowali i wykształcili dzieci. Osiągnęli spokój i naprawdę nie trzeba już było walczyć o więcej. Cieszyła się więc małymi sprawami. Potrafiła to robić, bo wiedziała, że z uporem męża Zdzisława i tak nie wygra. A tego dnia? Tego dnia była piękna pogoda. "Przynajmniej Zdzisław będzie miał ładny spacer"...
*
Đ Dojechałem do pracy, jak co dzień, o ósmej. Pewnie mógłbym przychodzić
trochę później, ale zawsze wolałem zjechać ze swojego 74. piętra na 43.
i zjeść śniadanie w restauracji należącej do Port Authority. Robili bardzo
dobre jedzenie. Zresztą robią do tej pory. To była... to jest świetna
firma. Mnie to już jednak nie dotyczy. Ja swoje odpracowałem.
Pan Zdzisław był pracownikiem Port Authority, instytucji nowojorskiej
zajmującej się prawie całą infrastrukturą transportową w mieście i jego
okolicach. Zajmował się w szczególności mostami. Brał udział w pracach
konstruktorskich największych budowli użytkowych Nowego Jorku. Wieże World
Trade Center należały do PA. To była chluba tej instytucji. Chluba i główna
siedziba do czasu sprzedania jej Larry'emu Silversteinowi. Człowiekowi,
którego media okrzyknęły później Đ nie do końca słusznie Đ największym
pechowcem świata. Pan Zdzisław bardzo lubił spędzać czas w restauracji
umieszczonej 31 pięter pod swoim działem. Zwykł umawiać się tam z kolegami,
którzy podzielali jego pasję do brydża. Stworzyli kącik brydżowy.
Tego dnia wziął lekkie śniadanie i kawę. Nie patrzył na zewnątrz. Przywykł
już do tego widoku... Đ Nagle całym budynkiem zatrzęsło. Czułem, jakby
wieża przechyliła się o 75 stopni. W restauracji zapanował chaos. Ze stołów
pospadały talerze. Budynek cofnął się i znowu przechylił, tym razem o
80 stopni. Ludzie zaczęli krzyczeć "trzęsienie ziemi, trzęsienie
ziemi" i w panice uciekali w kierunku klatki schodowej.
*
W mieszkaniu na Brooklynie dzwoni telefon. Đ Oglądasz telewizję? Widzisz
co się dzieje? Đ pytała zdenerwowana córka pani Ewy. Đ Dzwonił do ciebie
już tata? Czy tata dał już znać? Đ powtarzała. W domu były trzy telewizory,
ale ani jeden włączony.
Đ Gdy córka wyjaśniła mi o co chodzi, od razu włączyłam wszystkie naraz.
To był straszny widok. Chodziłam od jednego do drugiego i sprawdzałam,
czy w trzecim dzieje się to samo. To wyglądało jak jakiś film. Ale to
nie był film. Tam był mój mąż.
*
Ze stołu spadł również talerz pana Zdzisława. Czuł, że się dzisiaj nie
naje. To była w tym momencie główna myśl, która przeszła mu przez głowę.
Wiedział, że nie ma co panikować. Đ Trzęsienie ziemi w Nowym Jorku? Przecież
to jakaś bzdura.
W pewnej chwili odwrócił się w kierunku okien i zobaczył spadające kawałki
szkła i metalu. Wtedy jeszcze nie zdawał sobie sprawy z tego, co się stało.
Đ Najpierw poszedłem za wszystkimi na klatkę schodową. Widziałem w jak
zawrotnym tempie młodzi ludzie pokonują te schody: pierwszy schodek i
ostatni, pierwszy i ostatni i tak już na sam dół. A ja po prawej stronie
schodów, stopień po stopniu, trzymałem się kurczowo poręczy i ciężko dyszałem.
Z jednym płucem nie łatwo jest się "ewakuować".
Jednak i wtedy pan Zdzisław nie tracił zimnej krwi. Gdzieś koło 22. piętra
pomyślał nawet, że może to wszystko jest jakąś wielką przesadą. Đ Chciałem
wrócić. Po prostu pojechać z powrotem na moje 74. piętro i przynajmniej
wziąć rzeczy z biurka. Zobaczyć, czy coś ważnego tam przypadkiem nie pospadało
i sprawdzić, czy wszystko w porządku ze znajomymi.
Spostrzegł jednak, że na klatce schodowej jest już sam. Wszyscy go wyprzedzili.
Đ Od dołu zaczęli wchodzić strażacy. Sapali jeszcze bardziej niż ja. Usunąłem
się tak bardzo jak mogłem, żeby mogli swobodnie przejść. I wtedy, w krótkofalówce
jednego z nich usłyszałem: "Another one hit the second tower, repeat,
another one hit the second tower". Wiedziałem już, że to nie przelewki...
że naprawdę trzeba uciekać...
*
Đ Córka płakała mi do słuchawki, że tata na pewno nie da rady Đ wspomina pani Ewa. Đ Mówiła, że przecież on ma jedno płuco. Walczył z rakiem. Jest zbyt słaby, żeby się stamtąd wydostać o własnych siłach. Ale ja, nie wiem czemu, nie denerwowałam się. Czułam, że Zdzisiu sobie poradzi. Nie przechodziło mi to przez głowę, ale czułam w sercu i dawało mi to spokój.
*
W końcu udało mu się zejść do poziomu lobby. Đ Paliły się już światła
awaryjne, a ze zraszaczy zaczęła tryskać woda. Byłem już mokry, ponieważ
na 11. piętrze pękła rura i woda zaczęła cieknąć z niej jak fontanna.
Teraz jednak miałem już istny prysznic.
Pan Zdzisław przypomina sobie jakim szokiem dla niego był widok lobby.
Đ Tam zawsze było tak pięknie. A wtedy? Jakby przeszedł huragan i wszystko
poprzewracał.
Đ Zobaczył mnie policjant i skierował do wyjścia od strony Church Street.
Wyszedłem i zobaczyłem wszystkich znajomych ze swojego działu. Czekali
na mnie. Mówili, że zaczęli się niepokoić w momencie, gdy wyszła nasza
koleżanka w 8. miesiącu ciąży, a mnie wciąż tam nie było.
Przez Church Street poszedł w stronę Broadwayu. Đ Tam jest taki park.
Doszedłem do niego, zatrzymałem się i spojrzałem w górę na wieże. Z mojej,
na wysokości mniej więcej 80. piętra buchały kłęby dymu, z drugiej Đ buchał
żywy ogień. W tym momencie zauważyłem, że wieża nr 2 zaczęła się przechylać.
W górę uniosły się kłęby białego dymu. Na Broadwayu rozległ się pisk.
Wszyscy krzyczeli. Dym zaczął się zbliżać w moją stronę. Wiedziałem, że
już od niego nie ucieknę. Zacząłem się wycofywać, ale po chwili i tak
wyglądałem jak bałwan. Byłem w końcu cały mokry, więc ten biały, dziwny
puch oblepił mnie bez problemu. Zakryłem nos i usta chusteczką i próbowałem
pójść w jakieś bezpieczne miejsce.
Po drodze spotkał policjanta. Spytał go, czy most Brooklyński jest otwarty.
Đ Nie wiedział, ale gdy zobaczył starego, schorowanego "bałwana",
zaproponował, abym odwiedził posterunek policji. Poszedłem tam i zobaczyłem
młodą policjantkę.
*
Đ Siedziałam, wstawałam, podchodziłam do tych wszystkich telewizorów, odbierałam telefony, ale już nie pamiętam od kogo. Wiem na pewno, że cały czas dzwoniła córka. Zrozpaczona, zapłakana, zrezygnowana. Mówiłam jej: uspokój się, tacie nic nie jest, nie płacz. Zdążymy jeszcze popłakać, jeśli rzeczywiście coś się stało. Ale z każdą minutą traciłam zimną krew. W pewnym sensie zaczęłam się nawet na niego denerwować. Pamiętam jak na początku lat osiemdziesiątych zapomniał do nas zadzwonić, gdy w biurowcu, w którym pracował wcześniej, wybuchła bomba. Zapomniał zadzwonić!!! A jeśli teraz zrobi to samo? Oj, Zdzisiu, zadzwoń, proszę cię, zadzwoń Đ mówiłam do siebie.
*
Đ Ta policjantka kiwnęła na mnie palcem. "To jeszcze nie koniec
przygód?" Đ pomyślałem. Ale ona skierowała mnie po prostu do toalety,
gdzie mogłem się obmyć.
Wtedy zaklął sążniście po angielsku i powiedział, że "te cholery
nie pozwoliły mi nawet śniadania skończyć!". Policjanci poczęstowali
go więc francuskim rogalikiem i kawą. Đ I gdy sobie tak siedziałem i jadłem
moje zaległe śniadanie, pomyślałem, że może trzeba by zadzwonić do domu
i powiedzieć, że wszystko jest w porządku?! W końcu raz już się nie popisałem
i nie dałem znać po tym, jak w biurowcu, w którym pracowałem wcześniej,
wybuchła bomba.
Policjantka podała mu telefon. Wykręcił numer i przeżuwając ostatni kęs
croissanta powiedział: Đ Cześć kochanie, wszystko jest w porządku. Żyję
i zaraz będę wracał do domu.
*
Đ Wtedy rozpłakałam się pierwszy raz. Nerwy puściły. Powiedział to tak spokojnym głosem, że na pewno nic nie mogło mu się stać. Ale przecież fakt, że żyje, jest jakimś cudem. Mógł nie zjechać na śniadanie do restauracji. Mógł wrócić z powrotem. Mógł nie zdążyć zejść po schodach...
*
Đ Mogłem już umrzeć przynajmniej dwa razy w życiu. Rak atakował mnie
ze wszystkich stron. Wycięli mi jedno płuco. Ale ja wiedziałem, ja zawsze
wiedziałem, że będę żył. I wtedy, w wieży WTC ani na chwilę nie opuszczało
mnie to przekonanie. Czułem się silny i spokojny.
Po zjedzeniu śniadania na posterunku policji pan Zdzisław postanowił wrócić
do domu. Przeszedł cały most Brooklyński, dopiero potem udało mu się złapać
jakiś środek lokomocji i spokojnie dojechał do domu.
Đ Nie pracowałem chyba z miesiąc. Port Authority dało mi później przydział
na lotnisko w Newarku. Dostałem kiedyś od kolegi taśmy uspokajające, które
zapisał mu psychiatra. Posłuchałem ich sobie parę razy. Ale nie czułem,
żeby były mi potrzebne. Jedyny wpływ, jaki miały na mnie te wydarzenia,
to taki, że zamiast 40 minut do pracy musiałem jechać później dwie godziny.
Đ Teraz jestem już na emeryturze. Robię to, co lubię robić. Gram w brydża
z przyjaciółmi, staram się żyć spokojnie. Czy ta historia czegoś mnie
nauczyła? Może utwierdziła mnie w przekonaniu, że nigdy nie należy myśleć
o śmierci, że nie należy tracić poczucia humoru, trzeba wierzyć i ufać,
że będzie dobrze. Trzeba iść do przodu Đ mówi 71-letni dziś Zdzisław Żuliński.
