Relacja z dolnego Manhattanu

Siódmy krag

Piotr Milewski

Z wielkiego rumowiska, które do wtorku nosilo nazwe swiatowego Centrum Handlu wciaz bucha dym. W nocy ze srody na czwartek w ruine zamienil sie kolejny budynek: 54-pietrowy wiezowiec polozony na pólnoc od haldy gruzu. Liczba uszkodzonych gmachów idzie w setki. Gasnie nadzieja na dotarcie do przysypanych ludzi. Eksperci mówia, ze 90 procent zywych wydobywa sie w podobnych sytuacjach przez pierwsze 24 godziny po katastrofie.

Prezydent Bush stwierdzil, ze atak na Ameryke byl aktem wojny. W Nowym Jorku slowa te nie stanowia politycznej abstrakcji. Miasto zyje realiami wojny. W srode okolo 10 wieczorem rozpoczela sie ewakuacja najwyzszego obecnie nowojorskiego gmachu, slynnego Empire State Building oraz Penn Station – glównej stacji kolejowej, która polaczona jest strukturalnie z kolejnym znanym w calym swiecie obiektem – Madison Square Garden. Nie wiadomo dlaczego ewakuowano z tych budynków ludzi.

Zaczynamy powoli przyzwyczajac sie do stalego zagrozenia, do tego, ze w znanym nam, uporzadkowanym swiecie, którego rytualów, obyczajów i rytmu zycia nie zmienila nawet II wojna swiatowa, nagle -nic nie jest pewne.

Zakazana strefa, czyli ogrodzone policyjnymi barierkami downtown – w tym miedzy innymi East i West Village. Po surrealistycznie pustych ulicach przemykal od czasu do czasu pojedynczy sluzbowy samochód. Wszystkie sklepy zakratowane. W spozywczych puste pólki. Na kazdym rogu patrol, a przechodniów jak na lekarstwo. Dym i pyl utrudniaja oddychanie. Wokól zakazanej strefy, niekończace sie szeregi furgonetek do przewozenia gruzu, koparek, mechanicznych kilofów i ciezarówek chlodni. To wlasnie ich widok nie pozwala chocby na chwile zapomniec o tym, ze pod martwymi szczatkami chluby Nowego Jorku spoczywaja tysiace martwych ludzi. Ze przerazajaca wyrwa w panoramie Manhattanu to tylko symbol tragedii. Ze oddychamy smiercia.

Juz dwie przecznice na poludnie od Houston widac pierwsze zniszczenia. Odciagniete z epicentrum kataklizmu wraki samochodów. Tysiace kartek papieru. Trudno oprzec sie wrazeniu, ze idac w strone dystryktu finansowego, przekraczamy kolejne kregi piekla. Rosnie temperatura. Dym gestnieje. Coraz wiecej zlomów tynku, poskrecanych stalowych pretów i szyn, niezidentyfikowanych smieci i przejmujacych szczatków prywatnosci. Najbardziej przygnebiajace wrazenie robia buty. Niektóre pokryte gruba warstwa pylu, rozerwane. Inne absurdalnie czyste, stojace na podeszwach jakby wlasciciele sami je zdjeli i zostawili, na chwile, przed progiem domu. Siódmy krag: wysoka na 30 metrów piramida elementów konstrukcyjnych szczerzaca metalowe kly, okladziny blizniaczych wiezowców. W glebi przeswituja plomienie przywodzace na mysl koszmarne wizje Boscha.

Wre praca. Strazacy konsekwentnie, metr po metrze wgryzaja sie w rumowisko. Tna metal, odwalaja bryly betonu, oczyszczaja teren dla ratowników z psami. "Tam jeszcze sa zywi ludzie" – mówi roztrzesiony Albaşńczyk, w brudnych porwanych spodniach, ze strzepami sznurowadel zwisajacych z pokancerowanych butów. Zglosil sie do pomocy na ochotnika, bo "czul, ze musi" – "Ale ja juz nie moge. Przez trzy godziny wynosilem zwloki. Korpusy, cale ciala, kończyny, pogniecione, zmasakrowane. Ludzie nie wytrzymuja. Zaluje, ze przyszedlem. Te obrazy beda mnie dreczyc do końca zycia".

Solidarnosc – to pierwsze slowo, które przychodzi na mysl, kiedy patrzy sie na mieszkaƒców Nowego Jorku. Klótliwi, zlosliwi i cyniczni z natury nowojorczycy ucichli, spowaznieli i sa dla siebie uprzejmi, wrecz mili. "Wyczerpala ci sie karta? Nie zdazysz jej nabic, bo juz jedzie pociag. Prosze, masz zeton” – dlugowlosy mezczyzna podaje srebrny krazek. Nie chce nawet slyszec o zwrocie pieniedzy. W metrze i na ulicach panuje przejmujaca, niesamowita cisza. Nie slychac glosnych smiechów, trajkotania przekupniów. W szpitalach i centrach ewakuacyjnych kolejki chetnych do oddania krwi. "Pracuje w butiku na Orchard Street. Na dolnym Manhattanie wszystko dzis zamkniete, wiec przyszedlem tutaj" – mówi 24-letni Brendan. Pod pozornym spokojem wciaz czai sie groza. Zaczelo sie liczenie ofiar. Niemal kazdy nowojorczyk zna kogos, kto byl w epicentrum kataklizmu. Wczoraj mielismy jeszcze nadzieje, ze bliscy czy znajomi wróca do domów. Dzis nadzieja ta zaczyna sie rozwiewac.

Wiekszosc mieszkańców Nowego Jorku nie odczuwa - jak okreslil to prezydent Bush – "cichego, nieugietego gniewu", lecz wscieklosc i chec zemsty. Charakterystyczny jest pod tym wzgledem komentarz "New York Post" zatytulowany: "Zwyczajnie zabic tych sukinsynów". Publicysta "NY Post" Steve Dunleavy wzywa prezydenta do odwolania dekretu nr 12333, który podpisal Gerald Ford w roku 1976 i który zakazuje agencjom federalnym organizowania zamachów politycznych. "Rzad powinien przeszkolic zabójców, wyznaczyc po kilka milionów dolarów za glowy Osamy bin-Ladena i innych szefów organizacji terrorystycznych oraz zrównac z ziemia miasta, gdzie bandyci znajduja schronienie" -napisal Dunleavy.

Tylko 43 procent Amerykanów uwaza, ze George Bush stanal na wysokosci zadania. Przemówienia nie sa jednak jego mocna strona i tak na prawde nie jest wazne, co powiedzial i powie, ale co zrobi. Amerykanie to naród dosc niecierpliwy. W srode prezydent negocjowal z przedstawicielami Kongresu brzmienie tak zwanej rezolucji stanowczosci, czyli uchwaly, która autoryzowac bedzie odwet militarny. Nad metodami ewentualnego kontruderzenia obradowala równiez Rada Bezpieczeństwa Narodowego. Bush ucieszyl sie z decyzji NATO o wdrozeniu w zycie artykulu piatego statutu organizacji. Jednoczesnie przez caly dzień pracownicy Biura Prasowego Bialego Domu starali sie zatrzec wrazenie, ze w obliczu niebezpieczeństwa prezydent schronil sie pod skrzydla armii. Zarzut zbytniego zwlekania z powrotem do rezydencji postawilo mu wielu kongresmanów, w tym równiez republikańskich. Zdaniem prawodawców swiat mial wrazenie, ze przywódca USA stracil glowe. Rzecznik prezydenta zapewnil dziennikarzy, ze istnialo "realne i wiarygodne” zagrozenie atakiem nie tylko Bialego Domu, ale równiez Air Force One – stad zwloka. Nie chcial wyjasnic charakteru zagrozenia, powolujac sie na wzgledy bezpieczeƒstwa. We wtorek Secret Service, czyli odpowiednik polskiego BOR-u, zapewnial, ze ani Bialy Dom, ani prezydencki samolot nie sa zagrozone atakiem.

Bush stoi przed wyzwaniem, przed jakim nie stanal jeszcze zaden prezydent USA. Wystarczy przypomniec, ze w Pearl Harbor zginelo okolo 2200 marynarzy. Liczba ofiar zamachu na World Trade Center przekroczyc moze 20 tysiecy. Historia oceni George’a Busha przez pryzmat reakcji na wydarzenia 11 wrzesnia 2001 roku. Zapewnienia, ze rzad kontroluje sytuacje, nie wystarcza. Ludzie pytaja, czy kontrolowal ja równiez, gdy porwane pasazerskie samoloty uderzaly w gmachy wypelnione ludzmi i wówczas, gdy terrorysci planowali zamach? Co robila przez ostatnie lata CIA i inne agencje wywiadowcze? Dlaczego po uderzeniu pierwszego samolotu nie zdolano zmobilizowac obrony powietrznej i powstrzymac drugiego? Gdzie podziewali sie kontrolerzy lotów? Dlaczego uzbrojeni terrorysci przeszli przez punkty kontrolne na lotniskach? Czemu nikt nie sledzil trajektorii porwanych maszyn? Na jakiej podstawie architekci World Trade Center gwarantowali, ze specjalne rozwiazania konstrukcyjne zabezpieczaja strukture budynków nawet w przypadku uderzenia samolotu? Na zadne z tych pytaƒ nikt nie potrafi udzielic w tej chwili satysfakcjonujacej odpowiedzi. Pierwszy szok powoli ustepuje miejsca rozgoryczeniu, poczuciu zawodu i zalu. Nowojorczycy czuja sie oszukani.