O skutkach zamachow na WTC

Klaus Bachmann

Dzien po zamachach na WTC i Pentagon, najpowazniejsza belgijska gazeta "de Standaard" drukowala na pierwszej stronie tytul: "Nigdy juz nie bedzie bezpiecznie!", ktory dobrze oddawal atmosfere pierwszych dni po zamachach, kiedy nikt jeszcze nie wiedzial, czy znienacka nie nastapi nastepny atak.

Komentarz ten wykracza daleko poza to, co sie stalo 11 wrzesnia 2001 w Nowym Jorku i w Waszyngtonie. Odtad mnoza sie rozwazania komentatorow, politykow i intelektualistow o tym, ze po 11 wrzesnia "swiat bedzie inny" i ze "nic nie bedzie juz tak jak przedtem". Jednoczesnie trwaja dramatyczne wysilki, aby nas przekonac, ze jednak moze byc jak dawniej.

Ten scenariusz wyglada tak: stojace na czele miedzynarodowej koalicji antyterrorystycznej Stany Zjednoczone izoluja kraje popierajace zamachowcow, aresztuja lub "eliminuja" sprawcow zamachow, konfiskuja majatek ich mocodawcow i postawia ich przed sadem. Byla zbrodnia, bedzie kara, beda wyciagane konsekwencje, aby takie zamachy juz nigdy sie nie powtorzyly. W koncu nawet WTC zostanie odbudowany. Bedzie tak, jakby nic sie nie stalo. Ludzie znow beda mogli czuc sie bezpiecznie i beda obdarzac politykow zaufaniem. Moze tak bedzie. Ale to bedzie zludzenie.

Napiecie miedzy demokracja i bezpieczenstwem, miedzy bezpieczenstwem publicznym i praworzadnoscia, miedzy poczuciem bezpieczenstwa i otwartoscia spoleczenstwa jest tak stare, jak demokracja. Nie ma calkowitego bezpieczenstwa, nie bylo go nawet w krajach totalitarnych, ale mozna oczywiscie zwiekszyc bezpieczenstwo, ograniczajac demokracje i wolnosci obywatelskie, tak samo, jak zwiekszenie wolnosci obywatelskich czesto prowadzi do zmniejszenia bezpieczenstwa. Wieksze uprawnienia dla policji przy takim samym nasileniu kontroli sila rzeczy zwieksza prawdopodobienstwo naduzyc wladzy przez policjantow. Zmniejszenie kompetencji lub wieksza kontrola ograniczaja naduzycia – ale zwiekszaja tez prawdopodobienstwa naruszen prawa

Dochodzi jeszcze inna regula rzadzaca naszymi spoleczenstwami: ludzie raczej sa sklonni wyciagac wnioski z przeszlosci niz antycypowac prawdopodobne wydarzenia. Polityka wiec przewaznie tylko reaguje. Znacznie latwiej jest politykowi zdobyc poparcie i srodki, aby zapobiec powtorce jakiegos wydarzenia, niz aby go wykluczyc, zanim mialo ono miejsce. Dlatego zamachy w Nowym Jorku sa wymarzona okazja dla wszystkich politykow i lobbystow, ktorzy chcieliby przesunac wahadlo w spoleczenstwach Zachodu bardziej w kierunku bezpieczenstwa. Wywiady, policje, eksperci od bezpieczenstwa dostana teraz wszystko, o czym jeszcze pare lat temu nawet nie osmieliliby sie marzyc: wiecej ludzi, wiecej srodkow, wiecej kompetencji, surowsze prawa i mniej kontroli. Do momentu, kiedy pamiec o WTC nieco zblednie i pierwsze przypadki naduzyc ze strony wywiadu i policji cofna to wahadlo w kierunku punktu wyjscia. Na razie jednak wyborcy i parlamentarzysci chetnie daja im to, czego sie domagaja w zamian za zludzenie, ze uda sie w ten sposob zapobiec powtorce zamachow na WTC i przywrocic spoleczenstwu poczucie bezpieczenstwa i zaufania.

Jest to kluczowy motyw w obecnej polityce Stanow Zjednoczonych. Zamachy na WTC i Pentagon podcinalyby zaufanie do rzadzacych w kazdym kraju. W USA, gdzie udzial w wyborach jest tradycyjnie szczegolnie niski i gdzie zamachy terrorystyczne z zewnatrz nie mialy dotad miejsca, utrata zaufania moze na dluzsza mete zagrozic stabilnosci demokracji. Aby to zaufanie odzyskac, prezydent Bush musi podejmowac stanowcze, twarde, nieugiete dzialania i poslugiwac sie odpowiednia retoryka. Poparcie dla akcji wojskowej jest obecnie tak wysokie, ze nawet obdarzony nadzwyczajnie wysokim kredytem zaufania prezydent nie moglby tego zignorowac. To samo dotyczy krajow sojuszniczych, gdzie poparcie dla uczestnictwa w akcji wojskowej nigdy po wojnie nie bylo tak wysokie, jak dzis. Szkopul w tym, ze taka akcja bedzie tym skuteczniejsza, im lepiej (i tym dluzej) jest przygotowana. Ale wtedy poparcie dlan i zaufanie do rzadzonych moze juz byc mniejsze niz dzis.

Jest wiec wielce prawdopodobnie, ze Stany Zjednoczone i niektorzy ich sojusznicy przeprowadza w Afganistanie (i byc moze jeszcze gdzies indziej) szybkie, zdecydowane i bardzo widowiskowe akcje, ktore jednak nie dadza wiekszych efektow, ale pozwola utrzymac napiecie w spoleczenstwach, potrzebne dla dalszych, mniej widowiskowych dzialan, i przywrocic wiare w skutecznosc wlasnego panstwa.

Z tego punktu widzenia wielokrotnie krytykowana w Europie i na Bliskim Wschodzie retoryka amerykanskiego prezydenta, jego odniesienia do krucjat, do odwetu, do "eliminacji rzadow popierajacych terrorystow" i do westernow ("bin Laden zywy lub martwy") staja sie bardziej zrozumiale. Szkopul w tym, ze te slowa – bardziej nawet niz jego czyny – moga spowodowac, ze ten swiat po 11 wrzesnia stanie sie co prawda inny, ale bardziej podobny do obrazu swiata, jaki przyswiecal zamachowcom. Ich celem nie bylo jedynie oslabienie Stanow Zjednoczonych

ale i polaryzacja swiata muzulmanskiego. Haslo George'a W. Busha, "kto nie z nami, ten przeciw nam" jest im calkiem na reke. O sukcesie polityki Stanow Zjednoczonych po 11 wrzesnia nie zadecyduje poparcie europejskich sojusznikow, Rosji, Rady Bezpieczenstwa, NATO i UE, lecz przede wszystkim – reakcja w swiecie arabskim. Linie podzialu, ktore kresla amerykanska i europejska polityka w najblizszych miesiacach, zadecyduja o losach swiata na dziesiatki lat. Dlatego warto podkreslic, ze zamachy na WTC nie byly ani "atakiem na nasza cywilizacje", ani wyrazem "zderzenia cywilizacji".

Gotowosc poswiecenia nawet najwiekszej liczby niewinnych ludzi w imie jakiejs ideologii nie jest obca naszej cywilizacji, a zamachowcy nie dzialali w imieniu ani islamu, ani swiata arabskiego, tylko w swoim wlasnym, zabijajac przy tym olbrzymia liczbe muzulmanow, w tym ponad 200 Pakistanczykow. Zamachowcy nie atakowali "zachodniej cywilizacji", lecz podstawy jakiejkolwiek cywilizacji, poniewaz opierajac sie na ich zasadach dzialania i wyznawanych wartosci zadne spoleczenstwo, obojetnie czy chrzescijanskie, czy muzulmanskie, nie moze funkcjonowac, co zreszta dobrze widac w Afganistanie.

Nowy rozdzial

Polaryzacja stosunkow miedzynarodowych i przesuniecie wahadla w demokracjach zachodnich na wiecej bezpieczenstwa nie bylyby byc moze zbyt wygorowana cena za przywrocenie spoleczenstwom wiare w ich instytucje i w ich elity rzadzace – gdyby mialy jakiekolwiek perspektywy sukcesu. Tej perspektywy jednak nie ma. Stany Zjednoczone i ci z ich sojusznikow, ktorzy zdecyduja sie na akcje wojskowe w Afganistanie, moga bombardowac afganskie wioski i nawet calymi batalionami przeczesac gory i doliny tego kraju. Byc moze znajda nawet samego Osame bin Ladena, zastrzela go lub postawia przed amerykanskim sadem – nie ma jednak zadnych przeslanek swiadczacych o tym, ze uda im sie zlikwidowac wszystkie nici pajeczyny, w srodku ktorej siedzi bin Laden. Tym bardziej ze mamy do czynienia raczej z kilkoma pajeczynami. Nie udalo sie to w walce z produkcja i handlem narkotykami, nie udalo sie to w walce z handlem bronia i "zywym towarem", nie ma powodu przypuszczac, ze to sie uda akurat w walce ze swietnie zorganizowanymi sieciami dobrze wyksztalconych i wyposazonych komandosow, w przeciwienstwie do handlarzy narkotykow, gotowych naprawde na wszystko, z poswieceniem wlasnego zycia wlacznie.

Mozliwosci, aby ich infiltrowac lub skorumpowac sa znacznie mniejsze niz w przypadku handlarzy bronia i narkotykami. Ale zamachowcy z kolei do przeprowadzenia skutecznych atakow potrzebuja niewiele. Zamachy na WTC i Pentagon stanowia zupelnie nowy rozdzial w dziejach terroryzmu, nie z powodu bezwzglednosci sprawcow i bezmiaru spustoszenia, lecz z powodu niespotykanej dotad roznicy miedzy zastosowanymi srodkami i efektem koncowym. Terrorysci dysponowali jedynie wiedza publicznie dostepna (o samolotach i procedurach bezpieczenstwa na lotniskach), silna wola, dyscyplina i kilkoma nozami. Podczas gdy specjalisci od bezpieczenstwa i zwalczania terroryzmu opracowali kolejne analizy o zagrozeniach plynacych z ewentualnego zdobycia przez terrorystow tak skomplikowanych, trudnych do zdobycia urzadzen, jak bomby atomowe i bron chemiczna, kilkunastu zdeterminowanych ludzi pokazalo, ze kluczowe dla polityki i gospodarki Stanow Zjednoczonych obiekty mozna zniszczyc za pomoca kilku nozy do ciecia dywanow.

Cokolwiek Stany Zjednoczone i ich sojusznicy zrobia z krajami, ktore wspieraly zamachowcow lub daly im schronienie – nie zmieni to faktu, ze gdzies na swiecie znow moze sie pojawic grupa ludzi wystarczajaco zdeterminowanych, aby taki zamach powtorzyc. Otwarta na swiat, praworzadna demokracja moze sie chronic przed takimi zagrozeniami tylko w jeden sposob: przestajac byc otwarta, praworzadna demokracja.

Byloby to posmiertne zwyciestwo zamachowcow. Jezyk krucjaty towarzyszacy budowaniu koalicji antyterrorystycznej i atmosfera w wielu krajach, gdzie dochodzi do atakow na muzulmanow i ludzi majacych "wyglad arabski" sprzyja zamykaniu sie szeroko pojetego Zachodu przed wplywami arabskimi i islamskimi. Byloby to jednak fatalne na dluzsza mete. W konfrontacji ze swiatem arabskim i z kultura islamska nie da sie ani rozwiazac konfliktu na Bliskim Wschodzie, ani w bylej Jugoslawii, nie wspominajac o krajach europejskich, w ktorych duzy odsetek obywateli to wierzacy muzulmanie i ludzie pochodzenia arabskiego.

Odgradzanie sie daje wieksze poczucie bezpieczenstwa, ale faktycznie mniejsze mozliwosci ochrony przed niebezpieczenstwem. Zamachy w Stanach Zjednoczonych pokazaly, ze najlepszy elektroniczny wywiad niewiele daje, jezeli struktury terrorystyczne sa nieprzemakalne dla infiltracji. Reakcje na zamachy dowodza tez olbrzymiego braku wiedzy na temat islamu. To sie nie poprawi poprzez ograniczenie wiz dla turystow i przedsiebiorcow arabskich, lecz przez zatrudnianie obywateli w sluzbach policyjnych, wywiadowczych i w instytucjach analitycznych, ktorych pochodzenie, wiara i socjalizacja pozwalaja na zdobycie zaufania srodowisk zagrozonych penetracja fundamentalistow.