|
www.najmici.org
Sylwester polskich najmitow
Mieczyslaw Rudek
Mieszkajac w Nowym Jorku nie ma problemu z wyborem
ekskluzywnych balow sylwestrowych. organizowanych
praktycznie wszedzie i przez wszystkich, wlacznie
z polskimi instytucjami i restauracjami. W tym roku
chcialem zabawic sie oryginalnie i dobrze, ale w polonijnym
gronie. W ten sposob wybor padl na polskich najmitow,
czyli nieformalny klub towarzyski zalozony przez malzenstwo
Piotra i Iwone Szymanskich z Los Angeles.
Klub
w swoim zalozeniu mial istniec tylko w Internecie,
ale to bylo 11 lat temu. Z biegiem czasu klub, liczacy
kilkunastu przyjaciol, rozrosl sie do ponad dwustu
osob socjalizujacych sie za posrednictwem nowej formy
komunikacji: e-maili i strony klubowej w Internecie,
na ktorej publikuja spostrzezenia i informacje o swoich
osiagnieciach. Jednak nic tak naprawde nie zastapi
kontaktow osobistych i prawdziwej rozmowy, dlatego
najmici rozpoczeli organizowanie zlotow i spotkan.
Ich niezwyklosc polega na tym, ze zawsze odbywaja
sie na lonie natury i w ciekawych miejscach.
Zachwycilem sie idea sylwestra 2000 w Gorach Czekoladowych
na poludniu Kalifornii, ktory mial sie odbyc w starej
kopalni zlota. Wsiedlismy wiec w samolot na JFK i
za 6 godzin wyladowalismy w Los Angels, gdzie czekal
na nas na lotnisku Lucek i zawiozl do Szymanskich.
Nareszcie po dwoch latach emailowania widzimy
zywych ludzi, mozna ich dotknac i pogadac z nimi.
Rano
pakujemy ciezarowke i jedziemy 5 godzin do kopalni
na pustynie skalista w Gorach Czekoladowych. Musimy
tam byc dzien wczesniej, aby zbudowac stoly i zalozyc
dekoracje przed przybyciem gosci. Pierwsi zaczeli
zjezdzac juz od rana dzien przed sylwestrem. Na miejsce
przybywamy dosc pozno i rozpoczynamy biesiade z tymi,
ktorzy dotarli przed nami, czyli piecioosobowa rodzina
i pustelnikiem Krzysiem. Siedzimy w srodku dziury
po kopalni zlota. Napawamy oczy niebem z taka liczba
gwiazd, jakiej do tej pory jeszcze nie widzialem.
Po
pustynnym sloncu noc jest tak zimna, ze przed wejsciem
do spiworow trzeba wlozyc cieple portki i gruby sweter.
Nikomu nie spieszno do pracy, nie ma budzikow, a przeciez
prawie wszyscy nastepnego dnia sa na nogach tuz po
szostej rano. Spozywamy drobne sniadanko. Kowbojska
kawa z ognia pozwala nam sie dokladnie obudzic i nabrac
sil przed calym dniem pracy w pustynnym sloncu. Pierwszy
raz w zyciu stroilem choinke ustawiona na pustyni,
wsrod skal; zakladalismy swiatelka i dekoracje w temperaturze
31 stopni Celsjusza to doprawdy niezwykle przezycie.
Na szczescie pustynia jest tak wymyslona, ze znalezienie
sie w cieniu skaly powoduje natychmiastowe rozgladanie
sie za jakims swetrem.
Podczas
prac dekoracyjnych, ktore glownie polegaja na wspinaniu
sie po skalach i zakladaniu lin, na ktorych dopiero
mozna zalozyc balony, swiatelka i wstegi bibuly wprowadzajacej
w szarosc pustyni mnostwo kolorow, witamy bez przerwy
nowych gosci przybywajacych ze wszystkich stron Ameryki.
Ci, ktorzy mieszkaja blisko, przyjezdzaja ostatni,
wlasciwie tuz przed zmrokiem, wszak znaja pustynie
i byli tu juz wczesniej, wiec niestraszne im bezdroza
i przestrzen.
Wraz
z nadejsciem zmroku Piotr wlacza agregat i iluminacja
rozswietla amfiteatr kopalni zlotym swiatlem. Wszyscy,
po zlozeniu darow najmickich, typu kabanosy, ogorki
kiszone, serniki i torty sylwestrowe, rozpoczynaja
rozmowy. Wiekszosc obecnych zna sie z imienia, ale
niektorzy nie sa jeszcze najmitami. Na przyklad nasi
przyjaciele z New Jersey, ktorzy wracali wlasnie z
wakacji w Meksyku, a kiedy dowiedzieli sie, dokad
jedziemy na bal sylwestrowy, natychmiast dolaczyli
do nas.
Do
tanca przygrywa muzyka dobrana przez mlodych, ale
musze przyznac z pelnym szacunkiem, ze dla "dziadkow"
tez zagrali, miedzy innymi puscili dwa razy moj ulubiony
Led Zepplin. Nie mamy generalnie zadnych problemow
organizacyjnych poza parkietem, ktory non stop "psuje"
sie unoszaca sie chmura kurzu dostaje sie absolutnie
wszedzie. Sa tacy, ktorzy spedzali juz sylwestra w
tym miejscu i twierdza, ze dzisiaj jest cudownie,
bo nie ma wiatru, ale ja im i tak nie wierze. Byc
moze sernik z pustynnym pylem smakuje lepiej, ale
na pewno nie kiszone ogorki czy kabanos z musztarda.
Praktycznie
nie bylo balowicza, ktory by nie wstapil po drodze
do lombardu lub sklepiku z akcesoriami i nie nabyl
na party dla fantazji kilku blyszczacych drobiazgow.
Jak zwykle najlepiej wypadly dzieci, ktore poprzebieraly
sie w byle co, ale wygladaly niezwykle kolorowo i
atrakcyjnie.
Jak wygladalby sylwestrowy bal bez szampana? Naturalnie
zle! Okazalo sie, ze wiekszosc gosci ma w samochodach
lodowki, a w nich zamrozony plyn z babelkami. Po wystrzeleniu
korkow wszyscy padli sobie w ramiona, a serdecznosciom
i buziakom nie bylo konca. Serce mi roslo, kiedy widzialem
tylu polonusow szczerze zyczacych sobie wszystkiego
najlepszego, a przeciez czesto widzieli sie po raz
pierwszy w zyciu.
Po
polnocy powoli szeregi balowiczow zaczely sie przerzedzac,
ale nikt nie wyjechal do domu. Dopiero o swicie, po
wytrzepaniu wszedobylskiego pylu z uszu, spiworow,
aparatow fotograficznych i innych czesci garderoby
rozpoczely sie pozegnania z kajetami w reku, do ktorych
wpisywano oczywiscie emailowe adresy. Jedni przysla
sobie zdjecia, drudzy po prostu odwiedza sie wszak
dowiedzieli sie, ze wielu rodakow mieszka blisko siebie.
Dla mnie najzabawniejsze i najwspanialsze zarazem
bylo przezycie spotkania z obcymi rodakami, ktorzy
majac olbrzymia fantazje mimo calej swojej informatycznej
rzeczywistosci urywaja sie na sylwestrowa "sale
balowa" na pustynie. Przekonali mnie, abym czasem
kupil jednak bilet z Nowego Jorku do Los Angeles i
dowiedzial sie, co nowego slychac w swiecie suchych
roslinek i pustynnych krajobrazow Kalifornii. Ci,
ktorzy nie mogli dojechac lub wybrali bardziej cywilizowane
miejsca rozrywki, beda mogli obejrzec fotoreportaze
i sprawozdania na stronie internetowej www.najmici.org.
Nastepna impreza to zlot najmitow w Dolinie Smierci
i Dzien Dziekczynienia na pustyni w Meksyku.
Zdjecia: Mieczyslaw Rudek
|