Wybrane artykuły Nowego Dziennika
Koniec epoki
Stwierdzenie, że słaby dolar i integracja Polski w Unii Europejskiej zasadniczo wpłynęły na życie Polonii w USA, byłoby truizmem. Jednak tempo procesów ekonomicznych i demograficznych okazało się zaskakująco szybkie.
Dzisiejszy Greenpoint, Ridgewood, Borough Park, Maspeth, Wallington czy chicagowski Belmont różnią się znacznie od tego, co można było zobaczyć w polskich dzielnicach na przełomie tysiącleci. Ubyło Polaków, zniknęło wiele biznesów, a te, które pozostały, musiały przestawić obsługę nowo przybyłych na starszą, bardziej okrzepłą emigrację. Kiedy pięć lat temu niżej podpisany analizował potencjalne skutki integracji europejskiej na życie Polaków w USA (artykuł "Koniec epoki", "Nowy Dziennik", 24 maja 2003 r.), wielu konsekwencji nie sposób było przewidzieć. Owszem, pisaliśmy o perspektywie spadku emigracji z Polski do USA, potencjalnych kłopotach importerów polskiej żywności czy możliwości studiowania na europejskich uczelniach. Wówczas jednak dolar w przeliczeniu na złote był wart prawie dwa razy więcej niż obecnie, a przecież skala spadku wartości amerykańskiej waluty stanowiła szok także dla ekspertów. Tak gwałtownych zmian nie oczekiwał chyba nikt.
SKUTEK 1: SPADEK IMIGRACJI
Splot czynników Đ kryzysu finansowego i kłopotów gospodarczych Ameryki
oraz związanego z tym spadku wartości dolara, a także integracji i związanego
z tym otwarcia rynków pracy w Europie Zachodniej Đ sprawił, że Polacy
mieszkający w USA musieli w szybkim tempie pogodzić się z gwałtownym zmniejszeniem
się emigracji zarobkowej znad Wisły oraz ze spadkiem siły nabywczej ich
waluty wobec polskiego złotego. W Polsce (zapewne przedwcześnie) media
odtrąbiły już nawet koniec epoki dolara. Jeśli przejrzymy polonijne "Yellow
Pages" sprzed kilku lat, przekonamy się, że to napływ nowych imigrantów
napędzał koniunkturę wielu polonijnych biznesów Đ agencji (nie tylko podróży),
deli i sklepów spożywczych, restauracji, a także mediów. Gdy okazało się,
że Wielka Brytania czy Irlandia jest dużo atrakcyjniejszym miejscem na
saksy, nagle zabrakło potencjalnych klientów."Przyjeżdża dużo mniej ludzi
Đ mówi Teresa Semczyk, współwłaścicielka greenpoinckiej agencji Polish
Home Service. Đ Odwiedzają nas w zasadzie tylko stali, starzy klienci.
Dawniej docierali do nas imigranci niemal prosto z samolotu. Od kilku
tygodni nikt taki się tu nie pojawił".
Przyjezdnych z Polski jest coraz mniej, ponieważ po integracji z UE gwałtownie
zmniejszyły się rozmiary nielegalnej czy półlegalnej emigracji zarobkowej.
Opierała się ona między innymi na dziesięcioletnich wizach z prawem wielokrotnego
przekraczania granicy, wbijanych przez Amerykanów do polskich paszportów
od lat 90. Ponieważ na granicy wystawiano na ich podstawie sześciomiesięczne
wizy, wiele osób wykorzystywało "turystyczny" pobyt w USA do pracy na
czarno. Wystarczyło wyjechać ze Stanów tuż przed upływem ważności wizy,
aby powrócić po kilku miesiącach przerwy i znów podjąć zatrudnienie. Dziś
tego rodzaju "wahadłowa" imigracja przestała się już opłacać Đ cena przelotu,
słabość dolara i wysokie koszty utrzymania sprawiają, że z pracy w USA
nie odłoży się wiele więcej pieniędzy niż w Polsce. Do tego dochodzi dodatkowy
czynnik ryzyka, jakim jest praca na czarno, podczas gdy w większości krajów
europejskich można zatrudnić się bez większego problemu absolutnie legalnie.
Do Polski lub do Europy wróciło także wielu nielegalnych imigrantów, zniechęconych
brakiem perspektyw na legalizację. Ile lat można przecież liczyć na amnestię?
Polscy kontraktorzy budowlani przyznają, że miejsce Polaków w ich brygadach
coraz częściej zajmują Latynosi, również zatrudniani na czarno. "Zostało
mi tylko dwóch fachowców znad Wisły Đ hydraulik i specjalista od kładzenia
kafelków, którym i tak musiałbym zapłacić wyższe stawki Đ mówi zastrzegający
sobie anonimowość właściciel firmy budowlanej z New Jersey. Đ Cała reszta
to Meksykanie, pracujący za pieniądze, na które Polacy nigdy by się nie
zgodzili". A jeśli decydujemy się na pozostanie w USA, chcemy zarabiać
więcej. "Tani dolar wymusił wzrost wymagań płacowych moich podopiecznych"
Đ mówi Zena Krupinski, prowadząca agencję pośrednictwa pracy White Glove
w polskim Wallington w NJ. Jej firma zatrudnia "elity" Đ wyszukuje osoby
do specjalistycznej opieki nad osobami starszymi. "O ile niedawno całodobowa
opiekunka do osoby starszej chciała zarabiać 800 dolarów tygodniowo, dziś
chce 1100-1300 dolarów" Đ mówi Krupinski.
SKUTEK 2: DROŻEJ W SKLEPACH
Cienko przędą importerzy polskiej żywności, którzy na gwałt szukają nowych rynków i próbują utrzymać ceny na jak najniższym poziomie. W polskich dzielnicach zamyka się coraz więcej polonijnych biznesów. Popyt na polskie towary spadł nie tylko z powodu zmniejszającej się imigracji. Słaby dolar spowodował, że stały się one zbyt drogie dla przeciętnego Polonusa, zmuszonego, podobnie jak większość Amerykanów, do zaciskania pasa.
Załamanie imigracji przełożyło się na spadek liczby potencjalnych konsumentów znających już polskie towary, jak i wyższe w przeliczeniu na dolary ceny polskich produktów. "Sprzedaż polskich produktów spada" Đ przyznaje Marcin Rybak, właściciel trzech sklepów spożywczych Piast w północnym New Jersey. Na Wschodnim Wybrzeżu i w Chicago z rynku wypadają nie tylko małe polonijne sklepiki, ale także duże salony z polskim meblami.
Hurtownicy sprowadzający towary z Polski uciekają się do różnych sposobów, aby utrzymać się na konkurencyjnym rynku żywności. Niemal wszyscy obniżają marże. Szukają też innych rynków zbytu. "Ponieważ tradycyjna baza konsumentów kurczy się, próbujemy wyjść poza etniczny rynek, kierując ofertę do Amerykanów Đ mówi Andrzej Jurkiewicz z firmy R&B European Distributions, którego firma ma w USA wyłączność na sprzedaż takich marek, jak Łowicz, Tarczyn czy Krakus. R&B European zaczęła więc testować wciąż rosnący rynek emigracji rosyjskiej. Innym sposobem jest negocjowanie większych upustów u producentów, którym przecież zależy na utrzymaniu się na trudnym amerykańskim rynku. Tu jednak coraz bliżej jest granicy kosztów produkcji.
Słaby dolar wymusi także wzrost cen sprowadzanego z Polski alkoholu. "Tylko od stycznia cena piwa podskoczyła o 30-40 proc., a będzie jeszcze drożej" Đ narzeka Jerry Myssura, właściciel Myssura Trading, który właśnie podjął decyzję o zaprzestaniu importu piwa Tyskiego z powodu braku zainteresowania coraz droższym trunkiem. Wciąż jednak dużo lepiej wygląda sytuacja na rynku mocniejszych alkoholi. Polska wódka najwyraźniej znalazła także amatorów nie tylko na etnicznym rynku. Importerzy najbardziej obawiają się spadku poziomu życia Amerykanów, związanego ze zwolnieniem gospodarki. Polskie produkty żywnościowe, choć często smaczniejsze i jakościowo lepsze od amerykańskich, są wciąż przez wielu konsumentów traktowane jak towary luksusowe, z których najszybciej rezygnuje się, gdy przychodzi czas, aby zacisnąć pasa.
SKUTEK 3: PACZKI ZAMIAST DOLARÓW
Wszyscy jednak nie wyjechali i nie wyjadą, a ponieważ wolny rynek nie
znosi pustki, Polacy w USA szybko dopasowali się do zmieniającej się rzeczywistości.
Spadająca wartość amerykańskiej waluty dosłownie przewróciła handel transatlantycki
do góry nogami. Bo to Ameryka nagle zrobiła się tania, a Polska droga.
Nad Wisłę płynie struga towarów zza oceanu Đ od markowej odzieży i iPhone'ów,
poprzez kosiarki do trawy i samochody, po ciężki sprzęt budowlany. Niemal
każdy Polonus odwiedzający rodzinę w Starym Kraju zalewany jest prośbami
o przywóz markowej odzieży, aparatów fotograficznych, kamer cyfrowych,
iPhone'ów, iPodów i innych gadżetów.
Dysproporcja cen dotyczy nie tylko zwykłych towarów konsumpcyjnych. Według
oficjalnych danych Wydziału Promocji Handlu i Inwestycji Konsulatu Generalnego
RP w Nowym Jorku jedną z głównych pozycji na liście towarów importowanych
z USA stał się nawet węgiel i brykiety, choć w Polsce akurat tego surowca
jest pod dostatkiem. "Polskie firmy coraz częściej otwierają swoje filie
w USA bądź interesują się wejściem na tutejszy rynek kapitałowy" Đ mówi
Paweł Pytlarczyk, pełniący obowiązki kierownika nowojorskiej placówki
handlowej. Z Polski do USA wysyła się wciąż meble i żywność, ze Stanów
Zjednoczonych nad Wisłę trafiają masowo samochody, najczęściej używane.
Dobrze znany w polonijnym światku paczkowy i prywatny eksport z USA do
Polski wymyka się jednak oficjalnym statystykom. Wartość wysyłanych przedmiotów
jest często zaniżana, bo od paczki do 45 euro/70 dolarów nie trzeba płacić
cła. Polskie władze celne nie są w stanie otworzyć każdego pudełka, aby
zweryfikować deklaracje. Wiele towarów, zwłaszcza produktów elektronicznych,
wjeżdża też do USA w bagażu osób podróżujących przez Atlantyk.
Na portalach aukcyjnych Allegro i eBay pojawiły się setki ofert towarów
sprowadzanych z USA. Z płatnością nie ma problemu, bo Polacy od lat mają
karty kredytowe, funkcjonują też takie serwisy płatnicze, jak PayPal.
Często jest to zupełnie prywatna inicjatywa, wymagająca jedynie kooperacji
dwóch ludzi po obu stronach oceanu. Ale sprowadzany sprzęt wcale nie musi
mieścić się w kartonowym pudełku. "W ostatnich miesiącach pojawiły się
zamówienia na przewóz ciężkiego sprzętu budowlanego. Tego wcześniej nie
było" Đ mówi Ludwik Wnękowicz, właściciel firmy Doma Export, który niedawno
wysłał do Polski cały kontener butów.
"Mój znajomy w Polsce sprowadził przez rodzinę w USA wózek dla dziecka,
który kosztował w Ameryce 220 dolarów Đ opowiada jeden z pośredników działających
na Allegro, zastrzegający sobie anonimowość. Wzbudził on duże zainteresowanie.
Okazało się, że w Polsce podobne modele idą za równowartość 400 dol. Wysyłka
jednego wózka kosztuje około 40 dolarów. Po odliczeniu innych drobnych
kosztów własnych zysk wynosi około 140 dolarów od sztuki".
To dlatego biznes paczkowy kwitnie. "W ubiegłym roku, w porównaniu z rokiem
2006, liczba przesyłanych paczek wzrosła nam trzykrotnie Đ mówi Grażyna
Bułka, szefowa firmy Polamer na wschodnią część Stanów Zjednoczonych.
Đ W I kwartale br. odnotowaliśmy podobny trend w porównaniu z analogicznym
okresem 2007 roku".
Firmy spedycyjne z Nowego Jorku i Chicago odmawiają podawania dokładniejszych
liczb dotyczących wysyłanych przesyłek, ale interes kwitnie do tego stopnia,
że prywatny eksport z USA do Polski zaczęły hamować ograniczone możliwości
przewozowe. Mówiąc wprost Đ brak jest wolnych kontenerów na statkach kursujących
między Gdynią i Bremenhawen a portami w USA. Trzy największe polonijne
firmy spedycyjne Đ Polonez, Doma Export i Polamer Đ przyznają, że na wolne
miejsce np. na samochód trzeba dziś czekać co najmniej 2-3 tygodnie. W
praktyce nawet o dwa tygodnie dłużej.
W magazynie firmy spedycyjnej Polamer w Elizabeth w New Jersey, zlokalizowanym
przy samym porcie w Newarku, można zobaczyć sterty paczek, quady, motocykle
czy kosiarki. Jest tu nawet kupiony na e-Bayu używany rozpylacz do farby.
Wszystko popłynie do Polski kontenerami, nawet palący benzynę jak smok
nowy lincoln navigator. Podobnie jak kilka innych samochodów, które też
czekają na wolne miejsce na statkach, włącznie z audi S5 za 65 tysięcy
dolarów, które pójdzie w Polsce za co najmniej dwukrotnie wyższą sumę.
"W tym tygodniu wysłaliśmy cztery kontenery Đ dwa z samymi paczkami, jeden
z samochodami i jeden z mieniem przesiedleńczym" Đ mówi szef spedycji
Polameru Adam Szewczyk. Bo do Polski można przesiedlać się raz na 3 lata,
z czego wielu rodaków skwapliwie i regularnie (!) korzysta.
Że interes z przewożeniem samochodów się opłaca, nikogo nie trzeba przekonywać.
"Nowy Nissan Armada kosztuje w USA 36 tysięcy dolarów Đ wylicza Szewczyk
Đ do tego trzeba dodać 2,5 tys. dolarów na transport do Polski i ok. 50
proc. na podatki i cło (22 proc. VAT, 13,6 proc. akcyzy i 10 proc. cła
Đ przyp. TD). Daje to około 56 tys. USD. Tymczasem w Polsce podobny model
można kupić za 95 tys. dolarów". Podobne kalkulacje przeprowadza konkurencja.
"Prawie nowy Lexus w dobrym stanie kosztuje w USA 50 tysięcy dolarów,
w Polsce pójdzie nawet za 300 tysięcy złotych" Đ mówi Wnękowicz. Przebicie
jest takie, że eksportem zajmują się zupełni amatorzy, którzy padają ofiarą
nieuczciwych firm. "Mam podopieczne, starsze już panie, które w ostatnim
roku wysłały do Polski nawet po 5 samochodów" Đ mówi Krupinski.
Polacy jednak wciąż wysyłają dolary do kraju Đ zapewnia w Chicago Andrzej
Dachman, prezes US Money Express, polonijnego potentata na rynku transferów
pieniężnych. Średni przekaz gotówki to wciąż około kilkuset dolarów. Jednak
są to najczęściej pieniądze przeznaczone dla najbliższych członków rodziny
Đ żon, mężów, dzieci czy rodziców. "Obserwujemy spadek zjawiska, które
jeszcze 15 lat temu było powszechne Đ pomocy dla członków odległej rodziny
w Polsce". Dachman przyznaje jednak, że ludzie, którzy przesyłają do Starego
Kraju pieniądze bez względu na kurs, najczęściej pozostawili nad Wisłą
konkretne zobowiązania, takie jak np. obowiązki alimentacyjne, czynsze
czy inne świadczenia. Grupa kapitałowa, do której należy US Money Express,
nie straciłaby jednak nawet na spadku transferów Đ w jej skład wchodzi
bowiem także wspomniana wyżej firma Polamer, zajmująca się przewozem paczek,
samochodów i innych przesyłek do Polski.
SKUTEK 4: PŁACZ, PŁAĆ I LEĆ
O ile opłaca się do Polski coś wysłać, dużo mniej kalkuluje się przelot znad Hudsonu czy jeziora Michigan nad Wisłę. Słaby dolar i wysokie ceny benzyny sprawiają, że ceny biletów lotniczych przebiły sufit. W ubiegłym sezonie letnim do Polski można było najtaniej polecieć z USA za 700-900 dolarów, w tym roku jest to już 1200-1500 dolarów. Dla statystycznej czteroosobowej rodziny tylko cena biletów lotniczych może już zniechęcić do wyprawy przez Atlantyk. Sama Polska też stała się dla Amerykanów polskiego pochodzenia bardzo drogim krajem. Ci, którzy z powodów rodzinnych muszą podróżować do Polski, płaczą, płacą i lecą Đ mówią zgodnie agenci podróży. Reszta coraz częściej wybiera się na wakacje w miejsca odległe od drogiej Europy. "Coraz większym powodzeniem cieszą się wśród Polonii Karaiby i kraje Ameryki Południowej Đ mówi Małgorzata Majcherczyk z agencji Classic Travel. Đ Tam dolar jest wciąż relatywnie silną walutą, a jego siła nabywcza jest dużo większa niż w Europie".
