Wybrane artykuły Nowego Dziennika

Niezwykle zycie Jerzego Blagowidowa

Hippocrene, czyli zemsta muz

Zbigniew Basara

"Ameryka to kraj dla biznesmenow" - uslyszal Jerzy Blagowidow od polskiego marynarza, ktory pomogl mu w przyjezdzie do Nowego Jorku. "Wzialem sobie te slowa do serca" - mowi pol wieku pozniej zalozyciel i dyrektor Hippocrene Books, jedynego amerykanskiego domu wydawniczego specjalizujacego sie w ksiazkach o polskiej tematyce.

"To byl jeden z tych ludzi, ktorzy najbardziej zawazyli na moim zyciu" - wspomina swojego imigracyjnego sponsora Blagowidow, szczuply mezczyzna o szlachetnych rysach twarzy. Siedzimy w jego gabinecie na 16. pietrze budynku przy Madison Avenue i 32 Ulicy, w ktorym Hippocrene Books ma swoje biura od 1971 roku, czyli od samego poczatku istnienia firmy. Mimo swoich 79 lat i ograniczenia swobody ruchow po przebytym wylewie moj rozmowca obdarzony jest klarownoscia umyslu i przyjazna energia, ktorej moglby mu pozazdroscic niejeden znacznie mlodszy czlowiek. Na scianach wisza ryciny z pierwszymi mapami swiata, w biblioteczce widac grzbiety kilkudziesieciu ksiazek, w tym pieciu autorstwa Blagowidowa. W ciagu 32 lat Hippocrene wydalo ponad 600 tytulow o lacznym nakladzie prawie 2 milionow egzemplarzy. Oficyna wywalczyla sobie wyjatkowa pozycje na amerykanskim rynku - domu wydawniczego specjalizujacego sie w slownikach, przewodnikach, ksiazkach kucharskich i innych dotyczacych Polski, a takze etnicznych tradycji - od Slowacji po Sri Lanke. Ten niespotykany profil stanowi wierne odbicie osobowosci zalozyciela wydawnictwa i jego zyciowych kolei.

Prawoslawny w Czestochowie

Jerzy Blagowidow urodzil sie 5 grudnia 1923 roku w Czestochowie jako jeden z dwoch synow rosyjskich emigrantow. Jego matka byla corka oficera carskiej armii, ktory po wybuchu rewolucji pazdziernikowej postanowil zostac w Polsce. Ojciec - wojskowym lekarzem, ktory podczas wojny polsko-radzieckiej zdezerterowal z armii. Dla rodzicow Blagowidowa bolszewicy byli wcieleniem zla w historii. Wiedzieli, ze powrot do Zwiazku Radzieckiego oznaczalby - w najlepszym przypadku - zsylke na Sybir i dlatego uciekali przed sowiecka armia wielokrotnie. Dom Blagowidowa przypominal typowe zycie "bialych" Rosjan. Rodzice rozmawiali z dziecmi po rosyjsku, po obiedzie babcia czytala na glos opowiadania Czechowa, ktory jest do dzisiaj jednym z ulubionych pisarzy nowojorskiego wydawcy - tuz obok Boleslawa Prusa. Maly Jerzy i jego brat mieli przykazane, zeby z polskimi goscmi rozmawiac po polsku. "Matka opowiadala mi, jak w wieku dwoch lat mowilem cos z przejeciem ich znajomemu i uzylem rosyjskiego 'korowa' zamiast 'krowa' - wspomina. - Natychmiast sie jednak poprawilem i rodzice uznali, ze bede mial talent do jezykow". Przepowiednia sie sprawdzila. Blagowidow wlada swobodnie 7 jezykami, w tym francuskim, niemieckim i wloskim. Bez akcentu mowi jednak tylko po polsku. Mimo ze na jego szkolnych swiadectwach widnialo "wyznanie: prawoslawny", nigdy nie odczul dyskryminacji ze strony "prawdziwych" Polakow. "Moze dlatego, ze bylem zdolnym uczniem i dawalem sciagi" - smieje sie. Kiedy w 1944 roku Armia Czerwona zaczela zblizac sie do Czestochowy, rodzice Blagowidowa przekupili niemieckiego kapitana i razem z wycofujacymi sie zolnierzami uciekli do Niemiec. Przez kolejny rok Jerzy szukal dla siebie miejsca w Europie, w ktorej zycie wypadlo z torow. W Bremie dokonywal sekcji zwlok w prosektorium. "Auslandischer Arzt" - mowiono na niego, chociaz cala jego wiedza pochodzila z pomagania ojcu w jego gabinecie w Czestochowie. W 1945 roku na kilka miesiecy wrocil do Krakowa, gdzie z obawy przed NKWD wyrobil sobie dowod na panienskie nazwisko matki - Plomieniewski. Doswiadczenia te nauczyly go, ze wladanie obcym jezykiem, zmiana tozsamosci moze nie tylko zapewnic akceptacje, ale zadecydowac o przetrwaniu. W koncu wrocil do Niemiec, kupil na czarnym rynku amerykanski mundur i dzieki takiemu przebraniu przedostal sie do Antwerpii, gdzie zaczal uczeszczac do Wyzszej Szkoly Handlowej Jezuitow. Mogl zostac w Belgii, ale dwojaka natura Blagowidowa - biznesmena i artysty - dala o sobie znac. "Dusilem sie w Antwerpii - mowi. - Belgowie od malego dziecka nie rozmawiaja o niczym innym jak o pieniadzach".

Ponownie przeprowadzil sie do Niemiec, skad latwiej bylo dostac pozwolenie na emigracje do USA.

7 dolarow w kieszeni

16 stycznia 1951 roku przyplynal do Nowego Jorku. "Mialem przy sobie 7 dolarow, wystarczylo akurat na taksowke do mieszkania na Lower East Side, ktore wynajal dla mnie pan Jozef Cieszewski, polski marynarz, ktory dopomogl mi w przyjezdzie". Nastepnego dnia byl juz w urzedzie zatrudnienia. Jego wzrok przykulo ogloszenie banku poszukujacego stazysty znajacego obce jezyki. "Mam dyplom z Antwerpii, mysle, ze sie nadaje" - powiedzial do urzedniczki. "Przykro mi, oni szukaja Anglosasow, ale wiem o dobrze platnej pracy w warsztacie samochodowym" - uslyszal. W koncu dostal posade archiwisty w Binney & Smith, firmie produkujacej kredki woskowe i farbe drukarska. "Nie mialem wtedy jeszcze pojecia, ze wyladuje w branzy wydawniczej" - wspomina. Tego samego dnia co prace zaczal tez studia biznesowe na NYU. "Zarabialem 35 dolarow na tydzien i bylem szczesliwy - wspomina. - Piwo w barze kosztowalo wtedy 15 centow, a nowojorczycy byli bardzo przyjazni". W styczniu 1953 roku w przycerkiewnym klubie poznal Ludmile Dobrzycka, corke imigranta - kapitana carskiej artylerii, z ktora ozenil sie w listopadzie tego samego roku. Przelom w jego karierze nastapil, kiedy w 1955 roku odpowiedzial na ogloszenie prestizowego domu wydawniczego Doubleday & Company, poszukujacego specjalisty od marketingu znajacego sie na statystyce. Przypadl do gustu Lenardowi Shatzkenowi, polskiemu Zydowi, ktory ocenial kandydatow. "Pokazemy Amerykanom, ze Polak moze byc rownie dobry jak oni" - uslyszal od swego przyszlego mentora. W ciagu pierwszych kilku miesiecy wypracowal nowa metode ustalania wysokosci nakladu na podstawie wstepnych zamowien od ksiegarzy, po zastosowaniu ktorej jego firma moglaby podniesc zyski o 300 tys. dolarow rocznie. Kiedy metoda sie sprawdzila, zaczal isc w gore, az w koncu zostal kierownikiem dzialu sprzedazy. Opracowal tez nowa metode przeprowadzania remanentow dla domow towarowych, ktore przed pojawieniem sie sieci Borders i Barnes and Noble byly glownym sprzedawca ksiazek. Po pracy chodzil wciaz na zajecia na NYU, gdzie w 1959 roku obronil doktorat z marketingu, a pozniej przez jakis czas nauczal. W Doubleday & Company stal sie symbolem sukcesu. "Mamy tu takiego imigranta z Polski - mowiono kandydatom do pracy, ktorzy pytali o swoje szanse na awans. - Zarabia teraz 6 razy wiecej, niz kiedy do nas przyszedl". W 1962 roku przeszedl za Shatzkenem do rownie prestizowej oficyny Macmillan Publishing Company, gdzie zreorganizowal system sprzedazy, podwoil zyski i doszedl do stanowiska dyrektora dzialu sprzedazy. Na przyjeciach pisarze pytali go, czym sie zajmuje, a kiedy dowiadywali sie, ze imigrant z akcentem jest jednym z dyrektorow, drazyli dalej: "A kim jest pana zona?". Jego pozycja w Macmillan pozwolila mu na przeforsowanie kilku ksiazek Stefana Korbonskiego. Mimo sukcesow w Macmillan ambicja i pragnienie dalszego rozwoju nie dawaly mu spokoju. Kiedy Funk & Wagnalls, dom wydawniczy bedacy filia Reader's Digest, zaproponowal mu w 1966 roku objecie stanowiska dyrektora, nie zawahal sie ani chwili. "Nie chcialem byc do konca zycia tylko komiwojazerem" - wyjasnia. Dla wlasciciela Funk & Wagnalls jego firma stanowila jednak narzedzie w rozgrywce o stanowisko prezesa rady zarzadu Reader's Digest, a kiedy starania spelzly na niczym, sprzedal biznes razem z pracownikami. Blagowidow poczul, ze niezaleznie od wysokosci uposazenia pracownik najemny jest zawsze niewolnikiem, i przypomnial sobie rade marynarza. Zabral kilku swoich podwladnych i zalozyl Optimum Marketing, firme marketingowa posredniczaca miedzy wydawcami a sprzedawcami ksiazek.

Hippocrene, czyli zemsta jest slodka

Blagowidow jest zbyt szczerym czlowiekiem, by twierdzic, ze zalozenie Hippocrene Books wynikalo wylacznie z poczucia misji wobec Polonii. Optimum dostawalo od szefow sprzedazy tylko najmniej ciekawe pozycje i wlasciciel firmy zrozumial, ze najlepszym wyjsciem bedzie stworzenie wlasnej oferty i wlasnych klientow. W 1971 roku zalozyl wiec dom wydawniczy. "Ta decyzja wymagala odwagi - mowi. - Moje dwie corki i syn dorastali, trzeba bylo odkladac na czesne i dlatego na kapital zakladowy moglem tylko przeznaczyc 4 tysiace dolarow". Wybor nazwy i symbolu wydawnictwa pokazuje, do jakiego stopnia w Blagowidowie-biznesmenie tkwi artysta wymyslajacy kolejne posuniecie, jak gdyby chodzilo o zwrot akcji w powiesci detektywistycznej. W starogreckiej mitologii Hippocrene to nazwa zrodla, ktore wytrysnelo z Olimpu w miejscu, w ktorym w gore uderzyl Pegaz. Zrodlo to zwiazane jest z mitem, w ktorym muzy mszcza sie na konkurujacych z nimi corkach krola Tessalonik, zamieniajac je w sroki. Ale Pegaz jest tez logo Reader's Digest i jego filii. Innymi slowy najlepsza zemsta sprzedanego w niewole dyrektora jest zalozenie wlasnej firmy.

Ksiazki dla Polonii

Najwazniejsze wiec bylo ustalenie profilu wydawnictwa. Blagowidow chcial zarabiac, ale bardziej niz na produkcji bestsellerow zalezalo mu na wyrazeniu swoich zainteresowan. Praktyczny zmysl podpowiedzial mu, ze w odroznieniu od wloskich imigrantow Amerykanie polskiego pochodzenia kultywuja jezyk ojczysty ich rodzicow. Jako pierwsza pozycje wydal wiec "Doll", anglojezyczne tlumaczenie "Lalki" Boleslawa Prusa, ktora sprzedalo sie w nakladzie 2500 egzemplarzy - przecietnym nakladzie wydawanych przez niego ksiazek. Swojego "etnicznego" profilu nie chcial jednak ograniczac tylko do polskiej spolecznosci. W slad za "Lalka" wydal "Chinese Americans" i "Black Experience in America", kupione na pniu przez amerykanska armie. Polonika zaczal rozszerzac na ksiazki z historii Polski, stosunkow polsko-zydowskich, slowniki, ksiazki kucharskie i przewodniki. Jego praktyczny zmysl widac na przykladzie jednego z najwiekszych bestsellerow Hippocrene - slownika polsko-angielskiego Iwo Cypriana Pogonowskiego. Blagowidow zorientowal sie, ze na rynku nie ma slownikow uwzgledniajacych amerykanska wymowe i powierzyl to zadanie przyjacielowi, inzynierowi z wyksztalcenia. Blagowidow wiedzial, ze trafil w dziesiatke, kiedy pewnej soboty zadzwonila do jego biura Amerykanka z Cleveland w stanie histerii. "Syn sie jutro zeni z Polka i chce jej powiedziec kilka slow w ojczystym jezyku, ratujcie!" - uslyszal w sluchawce. Ksiazke dostarczono. Do dzis sprzedano 100 tys. egzemplarzy slownika. Innym wielkim bestsellerem (sprzedajacym sie tez niezle w Polsce) byla ksiazka kucharska "The Best of Polish Cooking" z 1982 roku, napisana przez Karen West, listonoszke doreczajaca przesylki w polskiej dzielnicy Chicago. Polacy zapraszali ja na wodeczke i poczestunek, dawali przepisy, a ona zlozyla z nich ksiazke. Hippocrene okrzepl jeszcze, kiedy na poczatku lat 80. dolaczyl do Blagowidowa Jacek Galazka, inny polski imigrant, ktory zrobil imponujaca kariere w branzy wydawniczej. Ten byly dyrektor oficyny Scribner and Sons przyniosl ze soba wielu znanych autorow, jak chocby Roberta Strybela, autora ksiazek kucharskich, bardzo popularnego w srodowisku Amerykanow polskiego pochodzenia. Galazka doprowadzil tez do wydania anglojezycznego tlumaczenia Trylogii Sienkiewicza, ktora stala sie wielkim sukcesem dzieki entuzjastycznej recenzji angielskiego historyka Normana Daviesa. Blagowidowowi pomogly tez wydarzenia, ktorych nie mogl przewidziec w momencie zakladania firmy. Kariera Zbigniewa Brzezinskiego, niebywala popularnosc w USA Lecha Walesy oraz wybor Karola Wojtyly na papieza wywolaly zainteresowanie polonikami zarowno wsrod Polish-Americans, jak i Amerykanow. W latach 90. przyszla z kolei moda na szukanie "etnicznych" korzeni i powstala siec ksiegarni Barnes and Noble oraz ksiegarnie internetowe oferujacych setki tysiecy tytulow. "Dzieki temu mamy nabywcow na takie pozycje, jak np. wydany niedawno slownik jezyka Indian z plemienia Nawahow, w ktorym czasownik ma 36 odmian i ktorym mowi raptem 100 tys. osob" - zapala sie moj rozmowca.

Zakopane w Nowym Jorku

Zycie Blagowidowa nie bylo jednak pozbawione dramatow, a nawet tragedii. Ten wielbiciel Czechowa i kina Andrieja Tarkowskiego wydal trzy wlasne powiesci, ale zadna z nich nie znalazla uznania ani u recenzentow, ani u czytelnikow. "To Jerzy Kosinski, a nie Blagowidow jest prawdziwym literackim autorytetem w sprawie piekla II wojny" - napisala autorka omowienia jego powiesci "In Search of Lady Lion Tamer" z 1987 roku. Prawdziwa tragedia byla smierc jego ukochanej corki, ktora wpadla w narkomanie i zmarla na poczatku lat 80. na AIDS. "To byl poczatek epidemii i nie bylo jeszcze skutecznych lekow - wspomina. - Codziennie czuwalismy z zona przy szpitalnym lozku, ale nic nie dalo sie juz zrobic". Kiedy Blagowidowa opadaja te wspomnienia, prosi o zabranie go do "pinetum" - ogrodu ze 150 odmianami sosen, ktore zasadzil przy swojej rezydencji na Jamaice na Queensie. Przypominaja mu o Zakopanem, do ktorego w dziecinstwie jezdzil na kazde wakacje z matka-astmatyczka. "Codziennie witam sie z kazda z nich - mowi na koniec naszego spotkania. - Bo widzi pan, mnie bardzo interesuje roznorodnosc".

Ostatnia modyfikacja: Fri Octl 10 23:06:19 2003