Różne szaty "Nowego Dziennika"
W
pierwszym numerze "Nowego Dziennika" daremnie szukalibyśmy
charakterystycznego czerwonego tytułu pisma. Wydana
27 lutego 1971 roku gazeta nie miała nawet polskiej
czcionki. Ale kosztowała tylko 15 centów.
W ciągu swojej 35-letniej historii szata graficzna gazety zmieniała się trzykrotnie. Można powiedzieć, że gazeta rosła i rozwijała się razem z Czytelnikami.
Początki "Nowego Dziennika" były niezwykle trudne, o czym zaświadczają zarówno coraz mniej liczni żyjący świadkowie, jak i Wiesława Piątkowska-Stepaniak w swojej obszernej monografii poświęconej jedynej wówczas polskojęzycznej gazecie wychodzącej w Nowym Jorku. Gazeta przez wiele lat balansowała na granicy przetrwania. Codzienne wydanie miało tylko 12 stron, z czego tylko jedną przeznaczano na skąpo wówczas napływające wiadomości z Polski. Dział sportowy pojawił się dopiero po pół roku i przez pierwsze 26 lat znajdował się w środku gazety. Dziennik, który założono na gruzach upadłego "Nowego Świata", wychodził przez pięć dni w tygodniu i - co było ewenementem - nie ukazywał się w poniedziałki. Wydanie to pojawiło się dopiero w połowie lat 90.
W tamtych czasach kolumny gazety składano ręcznie, wyklejając je z wydrukowanych na paskach szpaltach. Dopiero po sfotografowaniu makiety w drukarni sporządzano blachy, które szły na maszynę offsetową. Taki system produkcji determinował także wygląd gazety. Z tamtych czasów w redakcyjnym żargonie pozostała jeszcze nazwa "lepiarnia", dla działu zajmującego się składem gazety. Dziś gazety się już nie klei ani lepi, tylko tworzy na komputerze, ale "lepiarnia" pozostała do dziś.
Jeszcze przez wiele miesięcy po powstaniu gazety polskie znaki diakrytyczne dorysowywano ręcznie. Albo nie dostawiano ich wcale - gdy tekst był składany w pośpiechu, szedł bez polskiej czcionki. Zdarzało się też, że szpalty miały różną szerokość.
LOGO NA DZIEŃ NIEPODLEGŁOŚCI
Układ graficzny gazety, który ukształtował się w ciągu pierwszych dwóch lat istnienia gazety, niewiele się zmienił przez kolejne dwie dekady. Na pierwszej stronie umieszczano z reguły 6-9 depesz. Ze zdjęć korzystano dość skąpo. Stałe działy w środku gazety oznaczane były czarnym paskiem.
W 1976 roku pojawiło się po raz pierwszy charakterystyczne logo dziennika - odtąd znak firmowy naszej gazety. Wcześniej tytuł "Nowy Dziennik" wyglądał zupełnie inaczej - krój czcionki był wąski i szeryfowy. Używano też wersalika, czyli samych dużych liter. Obok czarnej czcionki i czerwonej pojawiał się także kolor niebieski.
Po raz pierwszy nowe logo pojawiło się w wydaniu na Dzień Niepodległości 1976 roku. I tak już zostało na kolejnych 30 lat. "Nowemu Dziennikowi" niemal zawsze towarzyszył dodatek kulturalny - do 1981 roku "Tydzień Polski", potem "Przegląd Polski". Z czasem, gdy pismo okrzepło i ustabilizowało się finansowo, możliwości wydawnicze gazety znacznie ograniczały z kolei moce przerobowe drukarni, która przez długie lata nie mogła drukować więcej niż 48 stron w weekendy. Powodowało to, że przy większych świętach gazeta dosłownie "dusiła" się od ogłoszeń.
ŻYLETKĄ I WOSKIEM
Przez długie lata gazetę wyklejano z nawoskowanych pasków produkowanych na systemie Compugraphic. Nowoczesny na początku lat 80., z czasem - jak wszystkie systemy komputerowe - starzał się w zawrotnym tempie. Był zresztą czasochłonny, bo wymagał przepisania tekstu ponownie, zapamiętania na coraz bardziej staroświeckich dyskietkach, a następnie przepuszczenia naświetlonego znajdującego się w kasetach papieru fotograficznego przez chemikalia. Stanisław Kusiński i Jerzy Gieruszczak, którzy pracowali w tym czasie w "lepiarni", właśnie obecność odczynników chemicznych wspominają jako najpoważniejszą dolegliwość. Dopiero z takich nawoskowanych pasków wyklejano szpalty i kolumny. Większość poprawek korektorskich nanoszono już na przepisanych przez maszynistki paskach. Stąd osoby pracujące w tym dziale musiały obok znajomości reguł polskiej gramatyki i ortografii posiadać niemal zegarmistrzowskie umiejętności manualne. Poprawki nanoszono bowiem poprzez wycinanie liter żyletką. Trzeba je było potem wkleić w taki sposób, aby na wydruku nie widać było interwencji korektora. "Wycinanie literek było bardzo czasochłonne" - wspomina Maria Hałupka, która przepracowała kilka miesięcy w dziale korekty, pod kierownictwem Ewy Nagiel. Compugraphic miał już ładną polską czcionkę, ale też i poważną wadę: nie dzielił i przenosił wyrazów. Stąd na szpaltach powstawało sporo wolnej przestrzeni - tzw. jezior - jak je nazywał przez długie lata założyciel "Nowego Dziennika" i jego redaktor naczelny Bolesław Wierzbiański.
PRIMA APRILIS Z KOMPUTERA
Początek lat 90. przyniósł dwie rewolucyjne zmiany na polonijnym rynku wydawniczym. Pierwszą był napływ nowej fali imigrantów z Polski, a co za tym idzie - wzrost liczby czytelników. Drugą - rewolucja technologiczna, komputeryzacja i idący za tym zalew informacji z Polski. "Nowy Dziennik" okrzepł finansowo i obok serwisu Reutersa mógł zakupić serwisy zdjęciowe innych agencji, w tym PAP, co znacznie wzbogaciło wygląd gazety, która zaczęła się gwałtownie rozrastać. "Utrzymujące się jeszcze w 1992 roku od kilkunastu lat wydanie dzienne 12- lub nawet 16-stronicowe, w 1996 roku zwiększyło się już do 20-24 stron" - pisze w książce "Nowy Dziennik w Nowym Świecie" Wiesława Piątkowska-Stepaniak. Sytuacja gazety ustabilizowała się na tyle, że w 1992 roku redakcja przeniosła się do nowego, własnego budynku na Manhattanie.
To właśnie w latach 90. znacznie powiększyły się dział wiadomości z Polski oraz sportowy; znacznie rozbudowany został dodatek telewizyjny. Pojawiły się też nowe działy: podróże, prawny i poświęcony edukacji. Wreszcie w sierpniu 1999 pojawił się w zupełnie odrębnej szacie graficznej "Weekend" - magazyn "Nowego Dziennika" adresowany do młodszych (duchem) Czytelników, który zastąpił ukazujący się przez sześć lat dodatek z "Z soboty na niedzielę". Na motoryzację Czytelnicy musieli poczekać do kolejnej dekady.
Wraz z przyjściem do "Nowego Dziennika" Adama Wierzbiańskiego w redakcji pojawiły się macintoshe i dziennikarze mogli porzucić stare elektryczne maszyny do pisania. Wpływ nowej generacji komputerów nie od razu był widoczny w wyglądzie gazety. Dziennikarze pracowali już na komputerach, ale ciągle większość gazety powstawała na Compugraphicu.
Z czasem nieśmiało zaczęto wyklejać kolumny z wydruków komputerowych. Różnicę widać było gołym okiem. Czystsza czcionka bez "jezior" pozostawiała także więcej miejsca na zdjęcia. Radykalniejsza komputeryzacja zaczęła się przypadkiem. 31 marca 1994, gdy starzejący się i często psujący Compugraphic po raz kolejny nawalił, w redakcji podjęto w trybie alarmowym decyzję zrobieniu kolejnego numeru z komputera. I tak numer na prima aprilis ukazał się z artykułami pochodzącymi z nowoczesnych wydruków. I nie był to wcale żart na pierwszy kwietnia, podobnie jak zamieszczona tego dnia na czołówce informacja o nowej loterii wizowej.
CZAS NA ZMIANY
Nowoczesne komputery dawały możliwości kompleksowego redagowania całych stron. Proces przechodzenia na ten system przebiegał stopniowo, aż we wrześniu 1996 roku gazeta przeszła po raz pierwszy ze składu ręcznego na komputerowy. "Pamiętam, że pewnego ranka powiedziałem sekretarzowi redakcji Tomaszowi Deptule, że dziś robimy 'jedynkę' w całości na komputerze - wspomina ówczesny szef składu gazety Leszek Sadowski - i ten wpadł w panikę, że nie wyrobimy się na czas. Następnego dnia sam pytał się, czy pierwsza strona powstanie na komputerze".
"Nowy Dziennik" wciąż jednak w tym czasie przypominał graficznie gazetę sprzed kilkunastu lat i nadeszła pora radykalnej zmiany szaty graficznej. Poprzedził ją okres wielomiesięcznych redakcyjnych dyskusji.
Projekt przygotował zespół grafików, kierowany przez Tomasza Tomaszewskiego. Pierwszy numer ukazał się 24 września 1997 roku. Jak na gazetę codzienną nastąpiło kilka rewolucyjnych zmian. Zwiększyła się objętość działu polskiego - bo na brak informacji ze starego kraju dzięki dostępności serwisów agencji prasowych i sieci współpracowników nie można było narzekać. Pojawiła się strona informacyjna z prognozą pogody i stały dział gospodarczy z notowaniami giełdy. Stopniowo zwiększano też miejsce na wiadomości z metropolii nowojorskiej. Sport wylądował na końcu numeru, co zresztą wzbudziło protesty wielu starych Czytelników. Na pierwszej stronie pojawiły się zapowiedzi materiałów, zamieszczanych w środku numeru. Dokładnie w trzy miesiące później - w Wigilię 1997 roku gazeta opublikowała pierwsze kolorowe zdjęcia.
GRAFICY NAJLEPSI NA ŚWIECIE
Mijały kolejne lata i to, co było nowoczesne pod koniec XX stulecia, po kilku kolejnych latach prosiło się o zmiany. Tak jak to w komputerach - już po kilku latach nowoczesna maszyna staje eksponatem muzealnym. Układ gazety coraz bardziej ograniczał możliwości, jakie dawał rozwój grafiki komputerowej. Dyskusję nad nową szatą kierowany przez redaktora naczelnego Macieja Wierzyńskiego zespół zapoczątkował jesienią 2004 roku. Tym razem całościowy projekt opracowała profesjonalna firma amerykańska Garcia Media. Ta sama, która pracowała nad wizerunkami takich tytułów, jak "Wall Street Journal", czy "Liberation". "W tym momencie byli najlepsi na świecie - mówi zastępca wydawcy gazety Adam Wierzbiański. - Przygotowali nam trzy różne projekty. Wybraliśmy demokratycznie". Pierwszy numer w nowej szacie graficznej ukazał się niemal dokładnie w 8 lat po poprzedniej reformie - 26 września 2005 roku, już pod kierownictwem nowej redaktor naczelnej Julity Karkowskiej. Teksty zrobiły się krótsze, powstało więcej miejsca na grafikę i zdjęcia. Słowem - gazeta stała się nowocześniejsza i bardziej przejrzysta. Jak wygląda dziś - wystarczy obejrzeć numer. Adam Wierzbiański zwraca jednak uwagę na uwagę na zasadniczą różnicę między dwiema reformami - z 1997 i 2005 roku. O ile przy pierwszej chodziło o to, jak najbardziej uatrakcyjnić dotychczasową zawartość "Nowego Dziennika", o tyle przy drugiej, dużo radykalniejszej, wyraźnie zmieniono nie tylko układ, ale i formę redagowanych tekstów. Za każdym razem Czytelnicy przyjmowali zmiany z mieszanymi uczuciami, jedni chwalili (tych było więcej), inni ganili "nowinki" i skarżyli się, że gazeta staje się "brukowcem". Gdy jednak okazywało się, że atrakcyjniejszej formie nie towarzyszy większa dawka taniej sensacji, pozostawali wierni swojej ulubionej gazecie.
