



Foto: ReutersRozmowa z Caroline Wozniacki, duńską tenisistką polskiego pochodzenia
Masz dopiero 19 lat, a już zakończyłaś sezon na czwartym miejscu w rankingu WTA Tour i zarobiłaś na korcie w tym roku ponad 2,6 mln dolarów. Jest się czym chwalić i jest czego gratulować.
Toteż się chwalę i przyjmuję gratulacje. Nawet na wakacjach, które spędzam teraz razem z siostrzyczkami Radwańskimi. Uważam, że naprawdę sporo osiągnęłam w tym roku. Przegrywałam tylko z tymi zawodniczkami, które grały lepiej danego konkretnego dnia. Myślę po prostu, że jeżeli ktoś ze mną wygrywa, to znaczy, że jest lepszy, ale to nie powstrzyma mnie od walki. Na pewno.
Reprezentujesz Danię, już w wieku 14 lat otrzymałaś powołanie do duńskiego składu w Pucharze Federacji, a przecież nawet nie musiałaś się tam urodzić.
Tata, jako piłkarz, przenosił się z kraju do kraju. Z Polski trafił w 1985 r. do Niemiec, a potem do Danii. A mama, która była siatkarką, podróżowała razem z nim. Dzięki temu duch sportowej rywalizacji w mojej rodzinie jest bardzo silny. Jako dziecko grałam w piłkę ręczną, pływałam, ale też grałam na pianinie i śpiewałam w chórze. Ale zawsze najbardziej chciałam we wszystkim pokonać mojego brata.
Co uważasz za największy sukces w swojej dotychczasowej karierze?
Na pewno pierwszy w życiu i mam nadzieję nie ostatni tegoroczny finał Wielkiego Szlema w Nowym Jorku. To niesamowite uczucie, którego nie da się opisać słowami. Jestem bardzo szczęśliwa, bo spełniło się moje marzenie.
Na mapie przyszłorocznych turniejów jest Kopenhaga. Co to dla ciebie znaczy?
To wspaniale, że turnieje będą odbywać się w Danii. Dobrze jest grać na oczach ziomków. Na pewno będzie wspaniałe.
Dania tak naprawdę nie miała nigdy sławnych tenisistów. Jak to teraz wygląda? Duńczycy zainteresowali się tenisem? Doceniają to, że mają tenisistkę ze światowej czołówki?
Myślę, że tak. Tak naprawdę, to nie spędzam zbyt dużo czasu w Danii, ponieważ mieszkam także w Monte Carlo. Uważam jednak, że ludzie zauważyli mój sukces. Dostałam tony wiadomości z gratulacjami i jestem pewna, że to duże osiągnięcie dla duńskiego tenisa. Mam nadzieję, że będziemy mieli więcej dobrych tenisistek, że mój sukces zachęci dziewczyny do gry i będę miała wiele naśladowczyń w przyszłości. Także w Polsce, bo czuję się również Polką.
Chcesz być dla nich wzorem do naśladowania?
Z pewnością moje osiągnięcia w jakiś sposób mogą pomóc młodym dziewczynom, które dziś widzą, że sukces jest osiągalny, jeżeli człowiek naprawdę chce o niego walczyć.
Yanina Wickmayer, która też pochodzi z małego kraju jak ty (Belgia – przyp. red.), powiedziała po półfinałowej porażce z Tobą na US Open, że tego wieczoru miała 2000 narzeczonych. Ilu Ty masz w Danii?
Nie wiem. Nie czytałam tego dnia duńskich gazet, ale myślę, że spokojnie jakiś by się znalazł. (śmiech)
A tak naprawdę masz chłopaka?
Nie, nie mam aktualnie, ale zwykle trzymam się jednego. (śmiech)
Jak opisałabyś swój styl gry?
Uważam, że myślę na korcie, że podejmuję właściwe decyzje, walczę. Dobrze biegam, ale też umiem zmieniać rytm i być agresywna.
Melanie Oudin, którą pokonałaś w US Open, stwierdziła, że jej ulubioną tenisistką jest Justine Henin. Kto jest Twoją idolką?
Bezwględnie Martina Hingis. Nie tylko dlatego, że myślała na korcie. Wiedziała, jak plasować piłki. Właściwie wykorzystywała mocne uderzenia swoich przeciwniczek. Fascynowało mnie to, że miała przemyślane każde uderzenie. Lubiłam również Stefii Graf. Jej sposób poruszania się a także wspaniały forehand.
NOTOWAŁA: ANNA JAROCH
