



Ostatnim dużym wydarzeniem w klubie był "Opłatek żeglarski" na Barce w Gateway Marina na Brooklynie – ale pana wówczas nie było, po raz pierwszy od lat. Czy może pan powiedzieć dlaczego?
– Przez ostatnie kilkanaście lat bywałem zawsze, a od sześciu lat był to niemalże mój obowiązek ze względu na funkcję, jaką mi powierzono – czyli komandora klubu. W grudniu 2011 tak się złożyło, że rozpoczęła się wielka akcja upamiętnienia Władysława Wagnera – pierwszego Polaka, który opłynął świat. Jest to człowiek legenda i duma naszego narodu. Powstał plan uczczenia jego pamięci w miejscu, gdzie się osiedlił – daleko od ojczyzny. Tam też, na maleńkiej wysepce, która później została jego własnością, pomógł miejscowej ludności zbudować lotnisko, które służy do dzisiaj. Byłem tam, dlatego nie mogłem być na Barce.
Tak naprawdę niewielu Polaków wie cokolwiek o tym wspaniałym żeglarzu, pisarzu i publicyście, a przecież to szalenie ciekawa postać, barwna, intrygująca...
– Władysław Wagner rozpoczął rejs dookoła świata na jachcie "Zjawa", wraz z przyjacielem Rudolfem Korniłowskim, 8 lipca 1932 roku. Rok później, w porcie Belem, Wagner został sam. Kontynuował swoją podróż pokonując różne przeciwności, choroby i zmieniając jachty... 4 lipca 1939 roku przeciął trawers portugalskiego przylądka Faro i tym samym – po 6 latach i 6 miesiącach – zakończył rejs. Do Polski wrócić już nie mógł, bo wkrótce wybuchła II wojna światowa, a potem przez władze komunistyczne nie był mile widziany. Po wojnie ożenił się i wyprowadził na British Virgin Islands na Karaibach, tam zakupił wysepkę Beef, tam też urodziło mu się drugie dziecko.
Kto wpadł na taki pomysł, aby zebrać Polaków na British Virgin Islands i uczcić pamięć Władysława Wagnera?
– Pomysł narodził się dużo wcześniej. Znany żeglarz z Chicago Andrzej Piotrowski zdążył nawet odwiedzić Wagnera w jego domu na Florydzie. Zawiózł mu wtedy Dzwon ufundowany przez Polski Związek Żeglarski w celu przypomnienia jego wyczynu.
Minęło parę lat, zanim zaistniała możliwość zorganizowania tej imprezy. Organizacja polonijnych klubów żeglarskich w Ameryce Północnej – Polish Yachting Association of North America (PYANA) – i jej nowy komandor Krzysztof Kamiński włożyli dużo wysiłku, aby spotkać się z wdową po Władku Wagnerze i uzyskać zgodę na tego rodzaju przedsięwzięcie. Przypomnę, że Władysław Wagner zmarł 15 września 1992 roku w Winter Park na Florydzie. Następnie spotkali się komandorzy klubów żeglarskich z Londynu, Toronto, Kalifornii i Nowego Jorku – a potem sprawy potoczyły się jak lawina.
W jaki sposób upamiętniono Wagnera, czy powstał może jakiś pomnik?
– Nie, pomnik nie powstał, ale 21 stycznia 2012 roku na Beef Island została wmurowana tablica pamiątkowa – a to już jest zasługa żeglarzy z Nowego Jorku. Nasi żeglarze poparli tę inicjatywę i również na wyspach stawili się w bardzo licznym gronie. Z większych jednostek zawitał z Polski nasz znany i niedawno wyremontowany żaglowiec "Fryderyk Chopin". Swoją wielkością wzbudził duże zainteresowanie wśród mieszkańców wyspy.
Czy przypłynęliście na British Virgin Islands tak po prostu, w środku zimy?
– Nie, dokładnie było tak, że trzy jachty naszych kolegów wypłynęły z Nowego Jorku i z Florydy zaraz po okresie huraganowym, ale większość klubowiczów po prostu wyczarterowała jachty już tam, na miejscu, lub na okolicznych wyspach.
A wracając do tablicy poświęconej Wagnerowi – kto był jej projektantem?
– Było kilka pomysłów, ostatecznie komodor zlotu i grono osób z komitetu wybrało tekst i projekt. Ja podjąłem się wykonania tablicy. Dostarczyłem ją też na miejsce drogą morską.
Czyli została wykonana w Nowym Jorku?
– Tak, została wykonana w mojej pracowni. Potem przebyła prawie dwa tysiące mil morskich – z Acapulco nad Pacyfikiem na British Virgin Islands na Atlantyku.
|
W jaki sposób tablica została przewieziona na wyspę?
– Początkowo miałem ją dostarczyć moim jachtem "Avatar", ale poproszono mnie o pomoc w doprowadzeniu na wyspę innego jachtu, typowo regatowego, należącego do komodora PYANA Krzysztofa Kamińskiego. "Husaria" to nowoczesny jacht typu Farr 47, zbudowany z myślą o uczestnictwie w regatach, a więc wymaga on specjalnego traktowania. Zawsze lubiłem się ścigać, więc było to dla mnie nowe wyzwanie.
Czy był to trudny rejs, zdarzyły się dramatyczne momenty?
– Jacht wypłynął z San Francisco, ale ja i trzej koledzy z klubu weszliśmy na pokład w Acapulco w Meksyku. Przez Kanał Panamski popłynęliśmy na British Virgin Islands. Było kilka ciekawych i trochę niebezpiecznych chwil. Po raz pierwszy byłem świadkiem zderzenia się jachtu z wielką mantą – nazywaną też "diabłem morskim". Była tak duża, że jacht prawie stanął w miejscu. Byliśmy przekonani, że wjechaliśmy na dużą kłodę... ale po chwili spod rufy wypłynęła właśnie manta. Na szczęście ani jej, ani nam nic się nie stało.
Drugą, trochę groźniejszą sytuację przeżyliśmy na Pacyfiku – otóż wokół silnika owinęła się kilkumetrowa płachta z czarnego plastiku. Konieczne było nocne nurkowanie z nożem w zębach. Wraz z bosmanem "Husarii" spędziłem pod kadłubem jachtu sporo czasu, zanim pozbyliśmy się tego świństwa z naszej śruby. Całą operację zabezpieczali koledzy.
Jak wygląda przypływanie przez Kanał Panamski?
– Jest to chyba najdroższa winda świata. Duże jednostki płacą nawet kilkadziesiąt tysięcy dolarów, my zapłaciliśmy niewiele ponad tysiąc, ale musieliśmy mieć minimum pięć osób na pokładzie. Do tego dochodzą specjalne liny i koła zabezpieczające burty. Cała operacja trwała dwa dni, ale biurokracja przed wpłynięciem do kanału – znacznie dłużej.
Przy kanale znajduje się małe więzienie, gdzie wyrok odsiaduje generał Noriega. Jest to mały ogrodzony budyneczek, pilnowany przez pluton żołnierzy. Gdyby nie nasz pilot, pewnie nigdy nie zwróciłbym na to więzienie uwagi.
Klub nowojorski to jeden z największych polskich klubów żeglarskich poza granicami Polski. Jakie macie plany na nadchodzący sezon?
– Do rozpoczęcia sezonu mamy jeszcze trzy miesiące. Już mamy zapewnioną pełną obsadę trzech turnusów obozów żeglarskich dla dzieci podczas tegorocznych wakacji. Rozpoczęliśmy też zapisy dorosłych na kurs żeglarski.
Ale zanim ruszymy całą parą z nauką, pobawiliśmy się na Balu Pirata. Tym razem zorganizowaliśmy go w sobotę, 18 lutego, w Centrum Polsko-Słowiańskim przy 176 Java Street na Greenpoincie. Jest to największy bal kostiumowy Polonii! Ci, którzy wzięli w nim udział, naprawdę świetnie się bawili! Oczywiście nie wszyscy muszą być piratami, aby pojawić się na balu – wystarczy mieć dobry humor, a resztę zostawić nam. My dobrze wiemy, jak zabawić szczurów lądowych. Jak zawsze, było wiele konkursów i nagród, ale najważniejsza sprawa to miła zabawa. Bo z żeglarzami zawsze jest wesoło.
Gdzie można dowiedzieć się więcej szczegółów na temat klubu?
– Wystarczy odwiedzić naszą stronę internetową: www.zeglarze.us lub zadzwonić do nas pod numer: (718) 289-8317.
|Czy przysłowiowa stopa wody pod kilem, jako życzenie pomyślności dla żeglarzy, wciąż obowiązuje?
– Tak, oczywiście. Zawsze przed wyjściem w morze składamy sobie takie życzenia. Nikt przecież nie chce osiąść na mieliźnie. Na lądzie życzenia pozyskania nowych sponsorów też są mile widziane. Jako organizacja non-for-profit, z profilem szkolenia dzieci i młodzieży, ciągle szukamy osób, którym sprawy szkolenia, zwłaszcza najmłodszych, nie są obojętne.
A zatem życzę panu i klubowi powodzenia w tych staraniach.

Dlaczego konsekwentnie piszecie “British Virgin Island” zamiast “British Virgin Islands” (liczba mnoga)?
Brytyjskie Wyspy Dziewicze to nie jest wyspa tylko archipelag.