



Amerykańskie media opisują przypadek 28-letniej Doroty Kraseckiej, kolejnej polskiej wdowy zagrożonej deportacją po tragicznej śmierci amerykańskiego męża.
Wychowana w wiosce Żytelkowo, jako 23-letnia studentka biologii przyjechała w 2004 roku do Kalifornii na wizie studenckiej przyznanej na 18 miesięcy. Polka miała zamiar w tym czasie zarobić sobie na resztę studiów, pracując jako kelnerka w polonijnej restauracji Chopin Cafe w Walnut Creek.
Przeznaczenie chciało jednak inaczej. Zanim jej wiza wygasła, dziewczyna zakochała się po uszy w 25-letnim oficerze policji z Rio Vista Davidzie Lamoree. Wkrótce odbył się romantyczny ślub na terenie posiadłości przyjaciół Davida z widokiem na Zatokę Wschodnią (East Bay). Młodzi planowali w przyszłości zawrzeć ślub kościelny w rodzinnym Żytelkowie Doroty, a ona sama miała zamiar dokończyć studia na amerykańskiej uczelni. Para wynajęła imigracyjnego prawnika, by złożyć podanie o zieloną kartę dla Doroty ze względu na małżeństwo, i dowiedziała się, że dwa lata po zawarciu związku urzędnicy imigracyjni muszą przeprowadzić wywiad stwierdzający, że małżeństwo zawarte zostało de facto w dobrej wierze.
Przeznaczenie zainterweniowało po raz drugi 21 października 2005 roku, kiedy nastolatek prowadzący samochód SUV zjechał na pas ruchu obok i uderzył w pojazd prowadzony przez Davida, wracającego z pracy do domu młodej pary w miejscowości Fairfield. Kierowca SUV zginął na miejscu, a mąż Doroty w stanie śmierci klinicznej został przewieziony do szpitala. Dwa dni później jego rodzina podjęła decyzję o odłączeniu go od aparatury podtrzymującej życie.
Dorota Krasecka znalazła się w położeniu podobnym do sytuacji kobiet z takim statusem, kiedy nie tylko przeżywała tragedię nagłej śmierci męża, ale w każdej chwili mogła być deportowana. Polska imigrantka miała jednak szczęście, ponieważ rodzina jej męża – a szczególnie teść Charles Lamoree (były radca prawny miasta Vacaville) – postanowiła uczcić śmierć Davida walką o zniesienie prawa nakazującego w takich przypadkach deportację wdów (tzw. wdowia kara).
"Zdaję sobie sprawę, że prawo to zostało ustanowione przeciw nielegalnym imigrantom poślubiającym z premedytacją osoby śmiertelnie chore, ale w praktyce uderza ono w setki niewinnych rodzin – powiedział w wywiadzie dla gazety "Contra Costa Times" Charles Lamoree. – David nie przewidział przecież swej śmierci".
Na razie państwo Lamoree wytargowali od służb imigracyjnych dla Doroty tzw. tymczasowe prawo pozostania, które pozwala jej studiować, ale nie podjąć pracę. "Chociaż nie widziałam rodziny od 5 lat, nie mogę podróżować, ponieważ oznaczałoby to konieczność starania się o nową wizę, której zapewne bym nie dostała" – mówi Dorota.
Dwa lata temu Dorota dowiedziała się o adwokacie z Oregonu Brencie Renisonie, który reprezentuje w pozwie zbiorowym wiele imigracyjnych wdów w podobnej sytuacji. Kilka sądów federalnych opowiedziało się już za unieważnieniem tego prawa, a kolejny taki przypadek – tym razem z Nowego Jorku – został w lipcu złożony w federalnym Sądzie Najwyższym.
Najważniejszą rolę odgrywa jednak tutaj Kongres, który ma prawo ustanowienia nowych przepisów. Rodzina Lamoree zaczęła już kampanię słania listów do członków Kongresu, w których wyjaśnia, jak niesprawiedliwa jest "wdowia kara", dotycząca obecnie około 200 kobiet. Problem w tym, że większość ustawodawców nie ma czasu, by studiować te listy, i traktuje "wdowią karę" jako część lobbingu na rzecz reformy imigracyjnej. "Nie popieram amnestii dla nielegalnych imigrantów, ale jestem za ogrodzeniem na naszej południowej granicy" – odpisano np. z biura republikanki w Wyoming Cynthii Lummis.
"Nasz sukces w Kongresie będzie zależał od oddzielenia 'wdowiej kary' od wszechstronnej reformy imigracyjnej" – mówi adwokat Renison.
ZB, (R)
