



TAKIEJ HISTORII NIE BYŁO W NBA OD DAWNA, A MOŻE NAWET NIGDY. To romantyczna opowieść o zawodniku, którego w grudniu nikt nie chciał, a teraz błyszczy na najsłynniejszej, koszykarskiej scenie świata. Od kilku dni jego twarz nie znika z okładek nowojorskich dzienników. W radiu i telewizji mówią o nim non stop. Bilety na mecz Knicks we wtórnym obiegu podrożały o 50 procent. Czy James Dolan i spółka jakimś cudem sprowadzili do Madison Square Garden LeBrona Jamesa albo Dwighta Howarda? Nie, to szaleństwo rozpętał drugoroczniak, absolwent uczelni Harvard, który na początku stycznia został sprowadzony jako czwarty rozgrywający i piętnasty zawodnik drużyny – taki, który zajmuje miejsce na końcu ławki rezerwowych, albo w ogóle nie jest zgłoszony do meczu.
Gdy Knicks mieli katastrofalny bilans 8-15, a Mike d’Antoni wydawał się stuprocentowym kandydatem do zwolnienia – zrozpaczony szkoleniowiec nowojorskiej drużyny sięgnął po zawodnika, o którym Kobe Bryant powiedział "nie mam pojęcia, kto to w ogóle jest". Lin okazał się objawieniem. W pięciu kolejnych meczach notował 25, 28, 23, 38 i 20 punktów oraz minimum siedem asyst. Zespół osłabiony brakiem dwóch największych gwiazdorów, Amare Stoudemire’a i Carmelo Anthony'ego, nie wspominając o ciągle kontuzjowanym Baronie Davisie, wygrał wszystkie pięć z wymienionych spotkań i poprawił bilans do poziomu 13-15.
"THE LINDERELLA STORY! " – czytamy na okładce sobotniego wydania "New York Post" po tym, jak Lin w piątkowy wieczór przyćmił samego Kobe Bryanta, zdobył 38 punktów i zapewnił Knicks sensacyjne zwycięstwo nad Los Angeles Lakers. Dalej czytamy: "Dajcie się ponieść tej fali entuzjazmu, ponieważ ona jest prawdziwa. On sam powiedział, że to 'marzenie', ale chyba nie zdaje sobie sprawy, ile już zrobił dla tego zespołu, miasta i publiczności. Być może do tej pory zbyt mocno dmuchaliśmy w tuby, powinniśmy zachować ostrożność. Ale po tym, co widzieliśmy w piątek? Lin wprawił MSG w stan ekstatycznej kakofonii. 19 763 świadków wzbudziło hałas rozsadzający uszy. Trener tylko śmiał się i kręcił głową z niedowierzaniem. A jeszcze kilka dni wcześniej był o krok od bezrobocia".
"Nawet nie wiem, co mam wam powiedzieć – oznajmił po meczu z Lakers D’Antoni. – Nigdy nie widziałem czegoś podobnego. Nieczęsto zdarza się, że pojawia się zawodnik, który w czterech meczach jest najlepszy na parkiecie, a nikt go nawet nie znał. To naprawdę trudne do osiągnięcia".
"Pochwały, pierwsze i ostatnie strony nowojorskich tabloidów – one teraz należą do Lina. W tym beznadziejnym dla Knicks sezonie ratunek przyszedł z najbardziej nieoczekiwanej strony, od zawodnika, który do piątku nie miał nawet gwarantowanego kontraktu, został wyrzucony z dwóch zespołów zaraz po zakończeniu lokautu. Ale czy nie tego oczekujemy od sportu? Pokaż nam coś wyjątkowego, zaskocz nas, wpraw w podziw, daj inspirację… Jeremy Lin zapewnił to wszystko" – napisał z kolei J. A Adande w ESPN.
"Byłem w tym tygodniu na pokazie mody i nikt nie pytał mnie o Melo, ani o Amare. Wszyscy chcieli wiedzieć, kto to jest ten Lin? " – przyznał center Knicks Tyson Chandler, po którego twardych zasłonach młody rozgrywający zdobywał sporo punktów.
Trzy tygodnie temu na blogu internetowym "New York Times" pojawiła się informacja "Knicks wysłali dwóch benchwarmers do D-League". Jednym z nich był Lin. W NBDL na szczęście nie utknął na długo, ale nie mając gwarantowanego kontraktu ani wielu oszczędności, ostatnie tygodnie nocował na… kanapie w małym apartamencie na Lower East Side w Manhattanie. Po wygranym meczu z Nets napisał na swoim profilu na Facebooku: "dzięki Landry, że pozwoliłeś mi przenocować u siebie na kanapie", bo tym razem "waletował" u kolegi z zespołu Landry’ego Fieldsa. Gdyby nie jego niesamowita eksplozja strzelecka w minionym tygodniu, prawdopodobnie nie dostałby gwarantowanej umowy. Ostatecznie zarobi pomiędzy 600 a 800 tysięcy dolarów, choć pewnie dużo większy kontrakt dostanie po sezonie.
NBA MA WŁASNĄ WERSJĘ TIMA TEBOWA. Nagły fenomen. Najśmieszniejszą kwestią jest to, że Lin stał się supergwiazdą w mediach, a on w ogóle supergwiazdą nie jest. Reprezentuje kulturę antygwiazdy. Podczas, gdy słynni koszykarze są traktowani niczym bohaterowie, mieli tutaj zbudować w Nowym Jorku mistrzowską drużynę, a tymczasem nawalają na całej linii, nagle zjawia się sympatyczny chłopak pochodzenia tajwańskiego, niewybrany w drafcie, z dyplomem Harvardu i odmienia losy zespołu. Lin reprezentuje sobą to wszystko, co nie miało prawa przynieść sukcesu w NBA. Reprezentuje w najlepszy możliwy sposób" – czytamy w artykule Grega Coucha dla FOX Sports.
Poszczególni menedżerowie (w tym GM Rockets Daryl Morey, który uciął go z drużyny w połowie grudnia) przyznają się do błędu. Szkoleniowiec Lakers Mike Brown powiedział po piątkowym meczu, że generalny menedżer Mitch Kupchak zasugerował mu tą kandydaturę przed rozpoczęciem sezonu. "Wtedy jednak nic nie wiedziałem na jego temat, w ogóle go nie znałem" – powiedział szczerze Brown, który jak nie miał przyzwoitego rozgrywającego wtedy, tak nie ma i teraz.
Eksperci przyznają, że Lin sporo potrafi. "Jest bardzo dobrym strzelcem, dysponuje szybkością i znakomitym zrozumieniem gry" – uważa analityk NBA TV, były All Star Steve Smith.
"WSZYSTKO WOKÓŁ MNIE ZMIENIA SIĘ BŁYSKAWICZNIE" – twierdzi sam zawodnik. – Każdy chce rozmawiać ze mną oraz z moją rodziną. Jesteśmy bardzo skromnymi ludźmi, żyjemy sobie na normalnym poziomie, więc momentami jest trochę ciężko się przystosować".
Lepiej niech przyzwyczai się jak najszybciej. Mając status sportowego pupilka Nowego Jorku musi mieć świadomość, że teraz oczekiwania będą dużo większe. Na razie jest jednak sensacją, objawieniem, gwiazdą Broadwayu i okolic…

My w Polonii tez mamy takie Harvarckie obiawienie jest to nowy prezydent Unni kredytowej pan Milczarek ale ciemnota jeszcze nie wie.