



![]() Foto: Polish Boxing Night
|
Andrzej Gołota był znakomitym bokserem, choć całą karierę zbudował na pięknych porażkach.
Nikt nie potrafił jednak stworzyć takiego napięcia, emocji i oczekiwania milionów Polaków na to, że "wielka nadzieja białych" zostanie wielkim mistrzem wagi ciężkiej.
Kariera Andrzeja Gołota powinna zostać zamieniona na scenariusz filmowy – to nasza największa szansa na Oscara, jaką kiedykolwiek mieć będziemy! Życiorys 41-letniego obecnie, skończonego definitywnie w ostatnią sobotę, pięściarza jest nie mniej hollywoodzki niż słynny film "Wrestler", za który Mickey Rourke otrzymał w lutym nominację Akademii. Najpierw krótka kariera amatorska, uwieńczona medalem igrzysk w Seulu, następnie ucieczka z kraju i odbijanie się od niemal samego dna w Stanach Zjednoczonych. Pierwsze walki w nędznych knajpach za kilkadziesiąt dolarów, długa droga aż do pojedynku z Riddickiem Bowem, który odmienił jego życie. Wtedy Gołota został objawieniem wagi ciężkiej. Fachowcy wróżyli, że może przełamać dominację czarnoskórych pięściarzy. Nagle stał się sportowcem światowej sławy, niemalże "celebrity". Obudził również nadzieje milionów Polaków, a zwłaszcza emigrantów mieszkających na co dzień w Stanach Zjednoczonych.
Przez trzynaście długich lat jego kariera budziła emocje i kontrowersje. Raz większe, a raz mniejsze, ale o Gołocie ciągle się mówiło. Często źle, w geście frustracji wynikającej z rozczarowania. Andrew kilka razy był blisko, ale zawsze w dramatycznych okolicznościach przegrywał swoje najważniejsze walki. Ciągle dostawał nowe szanse, ale nigdy nie doszedł tam, gdzie chcielibyśmy go zobaczyć – w roli mistrza świata wagi ciężkiej. Od Lennoxa Lewisa i Lamona Brewstera dostawał lanie w rekordowym czasie; Mike Tyson obił go mocno, ale pod wpływem narkotyków, co wykazały późniejsze badania, więc walkę unieważniono, choć kibice zarzucali naszemu pięściarzowi tchórzostwo. Dopiero później okazało się, że uciekając z ringu być może ocalił swoje życie, a zdrowie na pewno. Chrisa Byrda sam pobił, ale sędziowie niesprawiedliwie okrzyknęli remis, Juana Ruiza także miał na deskach i znów został oszukany. Gołota boksować potrafił pierwszorzędnie, zwłaszcza w szczytowym momencie kariery, gdy nie miał jeszcze czterdziestu lat. Zawsze brakowało mu jednak albo szczęścia (i "pleców"), jak w walkach z Byrdem i Ruizem, albo odporności psychicznej. Często spalał się, usztywniał przed wejściem na ring i w konsekwencji tracił większość atutów. Presja go zabijała. Nie był w stanie sprostać oczekiwaniom.
Niestety, jego sportowy życiorys kończy się całkowitą klęską. Gołota został sam. Jego pierwszy trener Andrzej Gmitruk przygotował go na rzeź, trenując sobotniego kata Andrzeja Adamka. Jego wieloletni partner Ziggy Rozalski także przeszedł do obozu tego, który zarabia teraz większe pieniądze i gwarantuje wiele profitów na najbliższą przyszłość. Swojego pogromcę wychował zresztą, niczym żmiję, na własnej piersi. To Gołota opiekował się Adamkiem, gdy ten – skromny chłopak ze wsi, manifestujący gdzie popadnie swoją religijność – stawiał niepewnie pierwsze kroki na amerykańskiej ziemi. Zajął się swoim młodszym kolegą niczym przybrany ojciec. Używając przenośni można powiedzieć, że przygotował sobie własną (sportową) śmierć.
Gołota jako bokser jest skończony, ale nie zapominajmy, że osiągnął bardzo wiele. On wprowadził Polskę na mapę wielkiego, światowego boksu. Porwał za sobą miliony, rozbudził nadzieje. A że nie wyszło...
