



olejny mój ulubiony program, nadawany na kanale HGTV, nazywa się House Hunters International. Na jego podstawie spróbuję pokazać, ile skromnie żyjący, mało podróżujący człowiek może dowiedzieć się o świecie i Amerykanach nie wychodząc z domu.
W cyklu tym jakiś cudzoziemiec, albo ich para, przenosi się do innego kraju i w związku z tym kupuje tam albo wynajmuje dom lub mieszkanie. Czasem jest to dość sensowna historia: angielski bankier jest przeniesiony przez firmę do Singapuru, samotny młody Amerykanin chce uczyć angielskiego w Tokio. Innym razem są to pomysły dziwaczne i wydumane. Szkoci mający dość zimna i deszczu postanawiają przenieść się do Prowansji, bo tam będzie ich dzieciom przyjemniej. Amerykanka chce założyć klinikę w Poznaniu i w związku z tym uważa, że powinna na dzień dobry kupić tam sobie apartament (serio!). Bywają też historie egzotyczne: jakaś para chce wydać 2 miliony dolarów – ale ani centa więcej! – na letni dom na Fidżi.
Jak napisałem, nawet oglądając taki program można dowiedzieć się mnóstwo o Amerykanach. Na przykład, jak – również w swoich filmach, teatrze, artykułach – ślepo trzymają się raz przyjętego schematu. W przypadku HGTV odcinek ma zawsze pół godziny, a oferowane są zawsze trzy nieruchomości – nigdy dwie ani cztery! Para zawsze trzyma się za ręce, aby podkreślić, że jest kochająca. Gdy targują się o cenę podobającego im się domu, obgryzają paznokcie z nerwów i płaczą, jakby ktoś robił im łaskę, że sprzedaje. Co jeszcze się powtarza? Miejscowy agent nieruchomości to prawie zawsze Amerykanin, w ostateczności autochton świetnie mówiący po angielsku. Oczywiście Amerykanie, którzy zamierzają się przesiedlić, nie mówią nawet słowa w języku nowego kraju. Są zaszokowani, jeśli cokolwiek w oferowanych im domach odbiega od ich standardów i gustów. Pokoje wydają im się ciasne, lodówki za małe. Każda kuchnia, którą zobaczą, wymaga ich zdaniem wielkich inwestycji w upgrading. Amerykanie po prostu muszą, gdziekolwiek się przeniosą, mieć granite countertops i stainless steel appliances. Nie rozumieją też, że kuchnia może być osobnym pomieszczeniem. Ma być open floor plan! Dlaczego? Dlatego, żeby mogli entertain swoich gości, gdy szykują im posiłek. Marudzą dalej: że za głośno, bo przy ulicy, że spokojnie, ale za daleko od miasta. Że to nie taki ich wymarzony włoski czy hiszpański domek.
Przypomnieć tu należy, że programy te, jak prawie wszystkie inne, robione są dla idiotów, dla ludzi z pamięcią trwającą nie dłużej niż 5 minut. Zawsze więc po reklamie przypomina się, jaki był pierwszy dom, po drugiej reklamie – jaki był drugi, potem się to jeszcze rekapituluje. Wszystko ma być proste: para mówi, że jej budżet wynosi 500 tysięcy dolarów. Agent pokazuje im dom za 490 tysięcy – O, to zmieścimy się w budżecie! Za 510 tysięcy? – To trochę powyżej naszego budżetu. Pod koniec programu jeszcze raz się wszystko w pigułce przypomina, wady i zalety poszczególnych ofert, ich ceny. Drugie mieszkanie było ładne, ale nie miało lodówki. – Trzeba by ją kupić! – zamartwia się przyszły expat.
Zakończenie programu jest zawsze takie same: cudzoziemcy są zachwyceni swoim wyborem. Kochają swój nowy dom i fantastycznie czują się w nowym kraju. Uczą się języka, a na dowód tego dukają do kamery po niemiecku – Ein Wurst, bitte!
Częsta jest też końcowa scena, pokazująca, jak nowi nabywcy żyją już pełną gębą. Mają nawet party! Zaprosili friends! Ponieważ jednak Amerykanie mało się nadają do zawierania przyjaźni, nawet w swoim kraju, a w obcym nie znają języka, jedynym gościem jest... agent, który im sprzedał mieszkanie.
To jest, moim zdaniem, ciekawy aspekt tych audycji, choć nie jest to aspekt zaplanowany przez realizatorów. Pokazują one problematyczność decyzji o przeniesieniu się na stałe do innych krajów. Naprawdę tak jest łatwo zmienić kontynent, bo gdzieś jest cieplej? Raptem, bez powodu, przenieść się z jednej kultury do drugiej? Pokazują też te programy, jak Amerykanie są nieprzystosowani do otwarcia się na innych ludzi, zauważalnego w wielu innych, zwłaszcza południowych, kulturach. Zawsze chcą mieć dom, w którym będzie gościnny pokój dla odwiedzających ich kuzynów i przyjaciół. Kto im złoży wizytę?! Ja od kilku lat nie mogę się zebrać, aby odwiedzić przyjaciół na Florydzie i w Kalifornii. A tu friends będą lecieć przez pół świata, do Nairobi czy Buenos Aires? Ile razy to się zdarzy, jeśli w ogóle?
Amerykanie wydają się też źle przystosowani do życia w grupie, w ramach dużych rodzin, wśród sąsiadów. Trudno jakoś uwierzyć, że nagle będą przyjmowali w domu znajomych bez wcześniejszego umówienia, że zamiast oglądać telewizję albo pracować na laptopie w – obowiązkowym – home office, będą spędzali długie, miłe godziny na rodzinnym obiedzie lub podczas jego robienia (open floor plan!). Tak się ludzie nie zmieniają, także za granicą. Nie dziwię się zatem widząc ich nawet po latach wyłącznie w gronie swoich rodaków, na zamkniętym osiedlu dla cudzoziemców, nadal praktycznie niemówiących w nowym języku, nadal odizolowanych.
Niemniej, formuła programu nie pozwala, aby ktoś – ktokolwiek, choć raz! – powiedział, że jednak źle się czuł za granicą, tęsknił, żałował wyboru. W Hollywood nie toleruje się smutnych zakończeń, w telewizji amerykańskiej też nie.
Nawyżywałem się więc na Amerykanach, nazżymałem nad ich programami. Dlaczego je więc oglądam? Bo w ten sposób do tych państw podróżuję. Nie jako turysta, ale potencjalny mieszkaniec. Oglądam więc przeróżne wnętrza, zbyt ciasne jak na nasze amerykańskie przyzwyczajenia i nie w naszym guście – albo odwrotnie, odznaczające się rzadko tu spotykanym wysmakowaniem. Po prostu, przez te pół godziny mieszkam gdzie indziej. Nacieszę się tym – i wyłączam telewizor.
e tam, takie, say yes to the dress jest znacznie lepsze pod tym względem. A widziałam szczyt brzydactwa weselnego za 20000 $ sztuka, a dzieweczka, a tam dzieweczka, babiszon w latach podeszłych kupił z portfela narzeczonego takie dwie. Albo propaganda jak z demokracją w Libii, albo ja nie wiedziałam jak szukać narzeczonego.