



Tutejsi, amerykańscy intelektualiści jeśli cokolwiek oglądali, to kanał publiczny, czyli 13., ewentualnie programy o zwierzętach i historyczne. Była też zawsze – i w Polsce i w USA – grupa ortodoksów w ogóle nie posiadających telewizora, i w takich okolicznościach chowających swoje dzieci. No a dzisiaj rośnie nam nowe pokolenie, które telewizji nie ogląda wcale albo mało, gdyż preferuje internet.
Póki jednak jeszcze telewizja istnieje, pooglądajmy ją wspólnie.
Co by nie mówić, jak telewizja fałszuje rzeczywistość, jak ją upiększa, koloryzuje i dramatyzuje, jest też ona jakimś obrazem życia, społeczeństwa. Choćby dlatego, że reaguje na jego potrzeby i jego poziom, dostosowując do nich tematykę, styl i tempo narracji, poziom intelektualny.
Dla mnie telewizja w Ameryce jest kapitalnym, niezastąpionym sposobem poznawania jej mieszkańców (gdy jestem w domu, a nie na ulicy, gdzie mogę poznawać ich i obserwować osobiście).
Można skupić się nawet na jednym programie, serii, formule – i dojść na ich podstawie do niejednego wniosku.
Dziś zajmę się propozycjami kanału HGTV (House & Garden TV), a zacznę od tych z serii home improvement, czyli poświęconym przebudowie i upiększaniu domów.
Programów tych jest bez liku. Ekipa wkracza do łazienki i ze zwyczajnego pomieszczenia robi wnętrze luksusowego spa. Panienka ogląda cudzą kuchnię i instruuje, jak ją zmienić na elegancką i nowoczesną. Przystojniaczek wchodzi do czyjejś piwnicy i wkrótce na komputerze pokazuje, jak ten basement można przerobić na piękny apartament do wynajęcia, który pozwoli właścicielom domu spłacać mortgage. W innym cyklu dziewczyna pokazuje, jak całkowicie zmienić wnętrze czy ganek bardzo małym kosztem.
Są też programy z pogranicza dekoracji wnętrz i handlu nieruchomościami. Projektanci doradzają, jak wydać trochę pieniędzy, aby całkowicie zmienić oblicze domu dla potencjalnych nabywców. Uczą zdesperowanych właścicieli, a i nas telewidzów, że opłaca się zainwestować trochę – może to być pięćset, a czasem kilkadziesiąt tysięcy dolarów – aby sprzedać dom dużo drożej. Czy w ogóle sprzedać, co w dzisiejszych czasach nie jest łatwe.
Programy te cieszą się wielką popularnością w USA, a potem, jak wszystkie inne mody, doszły na inne kontynenty, a i do Polski. Między innymi dlatego, że Amerykanie to naród majsterkowiczów, ludzi pracowitych i oszczędnych. Dla wielu z nich wymarzony weekend to taki spędzony na koszeniu trawy, malowaniu płota, własnoręcznym budowaniu półek. Czują się wtedy potrzebni, sprawni, i mają poczucie, że oszczędzają na drogiej, fachowej robociźnie. Ogromnie są więc w Ameryce popularne sklepy typu Home Depot – marzenie majsterkowicza, królestwa śrubek, kafelków, żarówek i cementu.
To dlatego w programach telewizyjnych projektant zagania do roboty właścicieli domu. Jest to oczywiście pokazówka: pani domu niezdarnie sunie pędzlem po ścianie, pan domu pomaga w demolowaniu ściany, prawie się przy tym zabijając. Program ma bowiem pokazać, że te zmiany są osiągalne dla każdego, i to niedużym kosztem.
Widać już na tym przykładzie, jak telewizja potrafi manipulować. Realizator podaje jakiś śmiesznie mały koszt upiększenia wnętrza, np. tysiąc dolarów, "zapominając" dodać do tego kosztów robocizny, fachowców, które są przecież największe.
W innym programie ekipa buduje dream house jakiejś zasługującej na pomoc rodzinie: ubogich rodziców z czeredą dzieci, weteranowi wojennemu, bohaterskiemu strażakowi.
Kulminacją tej propagandowej hecy jest pokazanie nowym właścicielom ich dawnego domku, teraz przerodzonego w pałac, mansion, z dopracowanymi detalami, meblami, oświetleniem. Rodzina płacze ze szczęścia i dziękuje dobroczyńcom. (Tu fałsz polega na tym, że obdarowanych rodzin czasem nie stać na utrzymanie tak wielkich domiszczy.)
Największą część programów stanowią te poświęcone przebudowie, całkowitej metamorfozie jakiejś części domu: sypialni, łazienki, patio. Designer poznaje upodobania właścicieli, którzy np. mają słabość do sportu, albo morza, albo tropikalnych klimatów. Pyta o ich charakter, temperament, styl życia, upodobania kolorystyczne, czy preferują tradycję czy nowoczesność, itd. Potem pokazuje szkic i kosztorys. W kolejnej części właściciele, niczym członkowie jury w motelu, trzymani są w odosobnieniu, aby dopiero pod koniec półgodzinnego programu wejść do wnętrza. Zwykle pani domu płacze ze szczęścia, całuje i obejmuje projektanta. Pan domu nie całuje, jedynie obejmuje. Oboje są zachwyceni nowym wnętrzem. Nie darzył się program, aby zachwyceni nie byli.
Najczęściej jednak różnica jest kolosalna. Naprawdę.
Amerykanie kochają swoje domy, posiadanie ich jest dla nich jednym z mierników życiowego sukcesu i stabilizacji. Niekoniecznie jednak mają dobry gust – i często popadają w sztampę. Skazani na siebie, są bezradni przy urządzaniu wnętrza. Fachowiec, człowiek o większej od nich fantazji, czyni ich życie piękniejszym.
Za to lubię te programy. Nie ma tu etycznej dwuznaczności. Coś było brzydkie w czyimś życiu – i jest ładne. Żyli byle jak – teraz przekonują się, jak zmysł estetyczny może podnieść komfort życia, samopoczucie, subiektywne wrażenie dobrobytu.
Te programy są o otwieraniu ludziom oczu na piękno, o tym, jak wpływa ono na nasze życie, i że nie jest dane tylko ludziom bogatym.
“”“Intelektualiści na przykład (do których teoretycznie, ale tylko teoretycznie, miałbym się zaliczać) często w ogóle ją odrzucali. Mówili z dumą, że nie oglądają, bo to głupoty, strata czasu, papka dla motłochu. “”“”
Bo to 100% prawda.
“”“Czasem tylko robili wyjątek dla jakiegoś tematu, który ich interesował. Ciekawe, że ten wyjątek wcale nie był taki wyrafinowany i intelektualny, gdyż był nim np. mecz piłkarski”“”“
Mecz pilkarski, zwlaszcza futbolu amerykanskiego, jest programem sto razy inteligentniejszym, niz tzw. ambitne programy telewizyjne adresowane do ludzi chcacych aby ich uwazano za intelektualistow.