



Polski odbiorca był przyzwyczajony w czasach komunizmu do rozróżniania tematów zastępczych i rzeczywistych. Rozumiał alegorie, łapał odniesienia. Czy tak odbiera dzieje włoskiej, przestępczej rodziny? Pewnie tak. Ale czy taka była intencja twórców filmu? Hollywood i telewizja amerykańska, mimo pozorów wolności, niezmiernie ograniczają inwencję twórców. Nie zawsze stoi za tym ostrożność polityczna. Często jest to obawa przed ryzykiem finansowym. Utarło się uważać, że filmy powinny mieć pozytywne zakończenie, i że generalnie – za wyjątkiem niektórych produkcji kina niezależnego – ponury realizm, krytyka społeczna, nie ma wielu odbiorców.
Ale można krytykować jakiś wycinek rzeczywistości. Na przykład włoską mafię. W serialu "The Sopranos" włoski margines przestępczy pozbawiony jest malowniczości eleganckich gangsterów w trenczach z "Ojca Chrzestnego", nie czaruje też widza jakimś rzekomym kodem etycznym, którym te organizacje by się kierowały. W tym serialu Sopranos to Amerykanie, rednecks, najniższy wspólny mianownik społeczeństwa. Społeczeństwa, które szanuje jedynie pieniądze – bez względu na sposób, w jaki zostały zdobyte, które nie szanuje edukacji i uczciwej pracy, a nagradza hucpę, bezczelność, gruboskórność. Ciekawe, że w tym filmie mafioso nie odbiegają in minus od cynicznych adwokatów, przekupnych inspektorów, indolentnych inspektorów FBI. Ameryka w serialu "The Sopranos" to kraj straszny – prymitywny, wulgarny, niewykształcony, zamknięty na świat. Nawet dla włoskiej mafii Włochy, język włoski, autentyczna kuchnia i kultura tego kraju to terra incognita.
Serial "The Sopranos" oglądałem wielokrotnie, zdobyłem się nawet na zakup całej kolekcji na dyskach. Może, perwersyjnie, lubię grzebać się w ludzkich brudach pokazanych na taśmie filmowej. A może też, jakoś podświadomie, podziwiam tych prawdziwych mężczyzn, zazdroszczę im gruboskórności, prostoty poglądów, ograniczoności potrzeb kulturalnych i emocjonalnych? Może dla mnie to taka Ameryka, którą mam wokół siebie, ale którą udało mi się – dzięki Bogu – trzymać na odległość: brutalnej walki o pieniądze, moralnej degrengolady, i całkowitej jałowości intelektualnej. Jeszcze raz więc niosę Bogu dzięki, że nie musiałem tu liczyć worków z cementem, oszukiwać na kosztach benzyny, brać "dolę" od nielegalnych pracowników, wymuszać od słabszych, schlebiać silniejszym. Że nie byłem w tej dzikiej dżungli, lesie two-by-fours, trucków na lewych papierach, czeków bez pokrycia, prac bez licencji, adwokatów bez sumienia.
Ale jest jeszcze jeden, najgłębszy powód tej fascynacji Tonym i jego dysfunkcyjną rodziną.
W serialu "The Sopranos" pokazana jest Ameryka dokładnie taka, jak postrzegają ją mieszkający tutaj Polacy. Nie wszyscy oczywiście, ale wielu. A ja – jakkolwiek bym się nad nich wynosił i od nich odcinał, jednak pisałem dla nich, słuchałem ich, przebywałem w ich gronie.
Spytajcie przeciętnego Polaka w USA o następujące rzeczy: czy w Ameryce liczą się jedynie pieniądze, czy ludzie są uczciwi w robieniu biznesów, czy istnieją tu potrzeby kulturalne, czy ludzie chodzący do kościoła naprawdę wierzą w Boga, czy istnieje prawdziwa miłość, czy Amerykanie są wierni w swoich związkach, czy seks, w ogóle powodzenie u kobiet, zależy tu od stanu posiadania, czy prawnicy są uczciwi, policja sprawiedliwa, czy tutejsza kuchnia równie dobra jak ta we Włoszech, czy alkoholizm i narkomania są tu problemami.
Już widzę, jak wiele osób z politowaniem się uśmiecha czytając tę wyliczankę pytań. No przecież wiadomo, jaka będzie odpowiedź na każde z nich! Mamy jak najgorsze zdanie o amerykańskiej kulturze, edukacji, uczciwości, praworządności, systemie prawnym, korupcji. Dla nas to nie jest – powtarzam – serial o przestępczości zorganizowanej w New Jersey i Nowym Jorku. To film o prawdziwej Ameryce. Taką Amerykę chcemy widzieć – nie tę z czułych filmów dziejących się w Vermont, romansów w Seattle, sag rodzinnych z Luizjany. My się tym hollywoodzkim lukrom oszukać nie damy!
Mimo wszystko, bohaterami tej serii, przynajmniej nominalnie, byli Włosi. Nie ulega wątpliwości, że zostali w większości pokazani w sposób krytyczny, szyderczy, prześmiewczy. Nie sposób znaleźć w ich sylwetkach odrobiny ciepła czy choćby malowniczości charakteru. Jak zareagowali Italian Americans na tak stereotypowy serial? Wiemy że niektórzy byli, już później, oburzeni prezentacją ich jako bezmyślnych, próżnych "Guidos" w reality show "Jersey Shore". Nie próbuję tutaj sobie nawet wyobrazić, jak protestowaliby Polacy, gdyby tak ich pokazano w popularnym i zbierającym nagrody serialu.
Owszem, były sprzeciwy włoskich organizacji, jakieś niemrawe wyjaśnienia i przeprosiny, ale zastanawiająca liczba Amerykanów włoskiego pochodzenia ten serial oglądała... z dumą. Wiem, bo rozmawiałem z nimi, mam też przyjaciół w związkach małżeńskich z Włochami. Tak jak Murzyni czują osobliwą satysfakcję, gdy przedstawia się ich jako osobników groźnych, niebezpiecznych, którym lepiej nie dmuchać w kaszę (czy raczej french fries), tak Włosi, ci niepoprawni macho, czuli w środku jakąś dumę. W duchu niejeden przyznawał, że chciałby mieć i żonę i kochanki, własny klub go-go i polityków w kieszeni, duży samochód i spluwę.
Wizerunek Włochów w "The Sopranos" był negatywny, lecz jednak bardziej atrakcyjny jako wzór do naśladowania niż ludzików z Polish jokes. Najgorsza rzecz w Ameryce – zdają się mówić twórcy serialu – to być człowiekiem słabym, frajerem, loserem. Okazało się, że zatrważająco liczna grupa odbiorców się z nimi zgadza.