



Zdaniem jednych – Singapur jest rajem na ziemi. Innych – totalitarnym, nudnym, klinicznym miastem-państwem.
Singapur jest niewiele starszy niż np. "Nowy Dziennik", ale dużo od niego bogatszy. Pod względem dochodu narodowego na twarz plasuje się w światowej czołówce. Nie są to przy tym pieniądze z ropy czy waluty zdeponowane w bankach przez podejrzanych biznesmenów z innych państw. Singapur doszedł do swojej zamożności sam – mrówczą pracą i mądrym rządzeniem.
Innym powodem sukcesu gospodarczego systemu Singapuru jest panujący tam zamordyzm.
Nie chciałbym tu wszczynać kolejnej dyskusji na temat wpływu demokracji na rozwój gospodarczy oraz specyficznych, azjatyckich dróg dochodzenia do tego celu. Byłem w Singapurze tylko jeden dzień, nie będę się więc wymądrzał. Mogę się jedynie podzielić wrażeniami estetycznymi, które były piorunujące
Singapur był najpierw utopią, a potem – jednak zrealizowaną, wizją społeczeństwa pozbawionego pewnych swobód demokratycznych i trzymanego w ryzach, obdarowanego za to dobrobytem i doskonałą organizacją życia.
W Singapurze nie tylko stoją sobie na ulicy pojemniki na papier, szkło, i plastik, ale są to pojemniki piękne, nowe, i stoją równo. Skatebordziści mają wydzielony park, wyznaczono (!) ulice, gdzie powinna się skupiać alternatywna kultura gejowska. Rowerzyści mogą jeździć tylko po wyznaczonych trasach, a tablice pouczają ich (oraz przechodniów), jak mają nawzajem na siebie uważać (spróbujcie to przekazać nowojorczykom!).
Szok rozpoczyna się na pokładzie samolotu Singapore Airlines – linii często określanych jako najlepsze na świecie. Mniejsza o jedzenie czy filmy: liczy się elegancki ubiór i niezwykła dystynkcja stewardes. Kolejny szok to nowe, oddane zaledwie przed rokiem lotnisko, które zbiera nagrody jako jeden z najpiękniejszych i najmądrzej pomyślanych portów lotniczych. Szklane sufity zapobiegają uczuciu klaustrofobii, a dodatkowo ociepla nastrój pnąca się wszędzie roślinność. Następny szok to metro: klimatyzowane perony oddzielone od torów szklanymi, rozsuwającymi się ścianami.
Zdziwieniom nie ma końca. Pasażerowie tej kolejki widzą za oknami osiedla, ale jakie to osiedla! Tynk świeży, klomby wychuchane; w Singapurze nawet zgrupowania straganów z żywnością (nawiasem mówiąc – bardzo tanią i smaczną kuchnią z całego świata), są umieszczone na wydzielonych placach i poddawane rygorystycznej kontroli sanitarnej.
Samo miasto, za wyjątkiem kilku ocalonych cudem spod ataku spychaczy zabytkowych budynków, jak sławny w świecie hotel Raffles (wstęp do lobby tylko dla gości!), jest ultranowoczesne. Komuś może przeszkadzać ten brak zróżnicowania stylów, którym odznacza się na przykład Manhattan. W Singapurze wszystko jest po prostu nowe, wyczyszczone, piękne. Wzdłuż nadbrzeża zbudowano ostatnio zadrzewione promenady, a wśród nich – nowatorską w kształcie (projekt Brytyjczyka Normana Fostera) salę filharmonii.
Zdjęcie: Jan Latus
Sławna ze sklepów Orchard Street
Inwestowanie w kulturę i dostrzeganie związanego z tym prestiżu zaczęło się niedawno. Singapurczycy to ludzi nader pragmatyczni, skupiający się na biznesie i zarabianiu pieniędzy. A tych nie wydają na kulturę (choć oprócz filharmonii jest też kilka jazzowych klubów i barów wzdłuż nadbrzeża Quai Clarke), lecz na zakupy dóbr materialnych. Najczęściej – markowych ubrań. Orchard Road jest największym chyba na świecie zgrupowaniem już nie butików, ale kilkudziesięciu, jeden obok drugiego wzdłuż szerokiej ulicy, centrów handlowych. A każdy z nich ma kilka pięter!
Wspomniany zamordyzm systemu politycznego Singapuru (w którym np. niedozwolona jest opozycja polityczna), daje miłe estetycznie efekty, skoro surowo karane grzywną jest wyplucie na trotuar gumy do żucia (która w ogóle jest tam zakazana) czy namalowanie graffiti za które pewien młody głupi Amerykanin dostał karę chłosty (cztery razy trzciną, bo wstawił się za biedakiem sam prezydent Clinton). Pojawiają się jednakże pierwsze jaskółki swobód politycznych: wydzielono skwer, niczym w londyńskim Hyde Parku, gdzie ustawiono podest, z którego można wygłaszać tyrady na dowolny temat. W odróżnieniu od miłujących wolność Anglików, władze singapurskie postawiły jednak pewne warunki: mówca musi zgłosić zamiar policji, ustalić datę oraz omijać w przemówieniu następujące zakresy tematyczne: stosunki etnicznej, religię oraz politykę.
Jeśli komuś takie ograniczenie swobód bardzo przeszkadza, nie musi w Singapurze mieszkać. Ale jest tam tak pięknie, bezpiecznie, czysto, bogato i wcale nie tak drogo, że wszystkich namawiam na krótką wycieczkę.