



Biuro jest teraz remontowane, ale już wyłania się jego nowe, gustowne oblicze: szare ściany, kolorowe akcesoria, nowoczesne, lekkie meble, szklane stoliki. – Wygląd biura nie jest bez znaczenia. Na pewno nasze robi dobre wrażenie. No i lokalizacja! Powiedzenie komuś, że się pracuje w Empire State Building, ciągle robi wrażenie. Zapewne większe w Polsce niż w Nowym Jorku. – mówi dyrektor instytutu, Jerzy Onuch.
No i ten widok – na północ i wschód, na Rockefeller Center i East River. Mając taki widok zza biurka można mieć (złudne) wrażenie, że jest się na samym szczycie, a Nowy Jork jest do zdobycia, w zasięgu ręki. Tymczasem wymaga to morderczego wysiłku i cierpliwości.
– Trzy lata. Tyle czasu zajmuje w dziedzinie kultury pełny cykl realizacji projektu. Tyle trzeba sobie dać, aby wybrać projekt, nawiązać odpowiednie kontakty, zainteresować stronę amerykańską, zdobyć fundusze, zaplanować imprezę, i ją przeprowadzić – mówi dyrektor Onuch.
Głównym celem Polskiego Instytutu Kultury jest propagowanie polskiej kultury za granicą. Placówka nowojorska powstała w 2000 roku. Pierwszym dyrektorem był Paweł Potoroczyn, potem Monika Fabjańska. Jerzy Onuch pełni tę funkcję od półtora roku.
Instytut podlega Ministerstwu Spraw Zagranicznych. Dlaczego nie np. Ministerstwu Kultury? Dyrektor Onuch mówi o różnych możliwych modelach organizacji. British Council czy niemieckie Goethe Institut to na przykład placówki znacznie mniej zależne od rządów swoich krajów. W innych placówki promocji kultury podlegają różnym ministerstwom; nie ma tu reguły.
Większe różnice dotyczą wielkości finansowania. – Czy wie pan, że Niemcy 40 procent swojego budżetu na sprawy zagraniczne – a nie muszę mówić, jak wielki, nieporównanie większy od polskiego, jest to budżet – wydają na dyplomację publiczną i promocję kultury? Także Francuzi bez wytchnienia promują w świecie swój wizerunek kulturalnego supermocarstwa. Polska powinna bardziej się skupić na "sprzedaży" swojej kultury i sztuki, gdyż stoi ona na wysokim poziomie, jest jednym z najbardziej interesujących i wartych promocji aspektów naszego kraju – mówi dyrektor.
Instytut zatrudnia obecnie tylko 9 osób (w zeszłym roku obcięto jeden etat), z czego trzy osoby na kierowniczych stanowiskach przyjeżdżają z Polski, gdzie otrzymują te prace w drodze konkursu. Ich kadencja w Ameryce to 4 lata. Pozostali pracownicy mieszkają w Nowym Jorku. Dodajmy, że to ludzie młodzi.... skoro to tylko 9 osób, dlaczego ich nie wymienić? A więc: Jerzy Onuch – dyrektor, Bartek Remisko – zastępca dyrektora, Piotr Rogulski – menedżer biura, Marzena Dawidziuk – asystentka dyrektora, Natalia Babiński – film i telewizja, David A. Goldfarb – literatura i nauki humanistyczne, Anna Perzanowska – muzyka, Paulina Bebecka – sztuka, Kamila Sławińska – kontakty z mediami.
Pracownicy instytutu mają więc swoje specjalności. Dokładnie śledzą poczynania kulturalne w swojej dziedzinie w Polsce – czasem tam jeżdżą, np. na festiwale teatralne czy muzyczne, aby mieć lepszy przegląd oferty. Bywa, że zabierają ze sobą amerykańskich partnerów, zainteresowanych sprowadzeniem polskich artystów.
Co robi instytut?
Instytut koordynował przyjazdy już setek artystów z Polski do Stanów Zjednoczonych. Pomaga uplasować ich w najlepszych instytucjach i salach Nowego Jorku i Ameryki, jak Lincoln Center, Brooklyn Academy of Music, The Museum of Modern Art, The New Museum, Yale University, Columbia University, Princeton University, Juilliard School of Music, teatr La MaMa, St. Anne's Warehouse. Byli wśród nich indywidualni twórcy, jak i zespoły muzyczne i teatralne. Prezentowane były zarówno polskie sławy, jak Jerzy Skolimowski i Czesław Miłosz, jak i osoby i marki relatywnie nieznane, jak teatr Stefana Żeromskiego z Kielc (który, nawiasem mówiąc, zrobił w tym roku w Nowym Jorku furorę). Dzięki zabiegom instytutu, polskie imprezy są odnotowywane i omawiane w najpoważniejszych periodykach.
Ale czy dowiaduje się o nich przeciętny amerykański zjadacz chleba?
Jerzy Onuch zgadza się, że tzw. kultura wysoka (zresztą, termin stosunkowo nowy i stosowany na wyrost) nie zajmuje centralnego miejsca w Ameryce. Ale i w Polsce krajobraz kulturalny zmienia się. – Pozycja kultury i literatury w czasach komunizmu była w Polsce sztucznie zawyżone. Przy jej odbiorze kierowaliśmy się często snobizmem, no i konsumowaliśmy ją z braku innych rozrywek i towarów. Dziś ludzie w Polsce oglądają, słuchają i czytają to, co ich naprawdę interesuje, a wybór jest praktycznie nieograniczony – konkluduje Jerzy Onuch.
Pan dyrektor
Pan dyrektor jest postacią nietypową. Na pewno nie jest zawodowym dyplomatą ani urzędnikiem. Urodzony w Lublinie, studiował malarstwo, grafikę i nauczanie sztuki na warszawskiej Akademii Sztuk Pięknych. Ukończył ją z wyróżnieniem w 1979 roku. Potem, jako dyrektor i kurator eksperymentalnej galerii ASP Pracownia Dziekanka w Warszawie, był zaangażowany w promocję innych twórców, jak Leon Tarasewicz, Mirosław Bałka, Jarosław Modzelewski i wielu innych. Wystawiał i pracował za granicą, przez pewien okres (1987-97) mieszkał w Stanach Zjednoczonych i Kanadzie. Ma żonę Mirosławę i córkę dr. Olgę Onuch, politologa, która jest aktualnie fellow w St.Anthony's College, Oxford University. W latach 1997-2005 roku prowadził w Kijowie na Ukrainie Centrum Sztuki Współczesnej, finansowany przez Fundację George'a Sorosa, gdzie promował zarówno artystów ukraińskich, jak światowych, w tym polskich. W 2005 roku rozpoczął pracę w Ministerstwie Spraw Zagranicznych i otrzymał funkcję dyrektora Instytutu Polskiego i attache ds Kultury w Ambasadzie RP, także w Kijowie. I prosto z tego miasta pojechał na kolejną placówkę krzewienia kultury polskiej. Dziś robi to z 46. piętra Empire State Building. Zadania i wyzwania są podobne, ale widok z okna – przyznajmy – ładniejszy.
“”“Instytut podlega Ministerstwu Spraw Zagranicznych. Dlaczego nie np. Ministerstwu Kultury?”“”“
Jak dzieciom trzeba znowu tłumaczyć rzeczy oczywiste.
Instytut kultury polskiej nie istnieje po to aby promować kulturę polską. Kultura polska mało kogo w USA obchodzi i jeden instytut tego nie zmieni.
Instytut kultury polskiej (a także podobne instytucje w innych krajach - Instytut Goethego, British Council, Alliance Francaise i tak dalej) istnieje po to aby stanowić przykrywkę dla działalności lobbystycznej i wywiadowczej.
Nie, jak wcale nie twierdzę, że dyterktor Instytutu pracuje dla polskiego wywiadu. (A gdyby nawet - żaden wstyd. w normalnym państwie służba w wywiadzie to powód do dumy a nie wstydu!). Przypuszczam nawet ,ze dyrektor instytutu naprawdę święcie wierzy w to, że posłany został do NY aby promować polską kulturę.
I nawet nie zdaje sobie sprawy, że jest tylko z pozoru dyrektorem. Prawdziwym szefem, wokół którego wszystko się kręci jest jakiś z pozoru niepozorny pracownik - który tak naprawdę jest oficerem wywiadu. I cały instytut istnieje po to aby dać mu przykrywkę dla jego właściwej działąlności.
I przestańmy wreszcie opowiadać bajki, że jeżeli Niemcy 40% bużetu MSZ wydają na promocję kultury to robią to z czystej miłości do kultury…