Tak się potocznie nazywa coś, co jest absolutnie niezrozumiałe, pozbawione sensu, absurdalne.
Ludzie nie lubią abstrakcji. Prawie nikt nie lubi. Polecieliśmy na Księżyc i rozbiliśmy atom, ale nadal wolimy, jeśli obraz przedstawia gruszkę i jabłko na talerzu, a do piosenki można sobie przytupywać.
Może coś takiego jak "awangarda" jest sztucznym wymysłem; czymś, czego człowiek już nie jest w stanie – oprócz małej grupki specjalistów i intelektualistów – zrozumieć i polubić?
Być może nastąpiło zbyt duże przyspieszenie. W przypadku np. muzyki, widać było zawsze postęp, rozwój, gdy się porównywało Haydna do Mozarta i Beethovena, a nawet dzieła w obrębie twórczości samego Beethovena. Różnica między tym ostatnim a muzyką powstającą na początku XX wieku, np. Prokofiewa i Bartoka, jest już ogromna. Ciągle jednak były w niej elementy melodyczne, nadal można było utwór nucić albo "dyrygować" do nagrania. Przyszedł jednak czas na totalną awangardę, zerwanie z przeszłością, czysty eksperyment (wielkie zasługi miał tu, skądinąd, nasz Krzysztof Penderecki).
Okazało się jednak, że awangarda to śmierć dla muzyki. Filharmonie pustoszały, a muzyka popularna w ogóle nie poszła w tym kierunku, jeśli pominąć niezdarne eksperymenty grupy Pink Floyd i kilku jazzmanów.
Dzisiejsza muzyka rozrywkowa jest absolutnie konserwatywna. Gdyby nie elektronika w podkładzie i efektowna oprawa wizualna, można by cofnąć się do czasów Schuberta.
Awangarda w zasadzie nie przyjęła się także w malarstwie. Znawcy teraz zaprotestują – ale znawcy żyją w swoim, zamkniętym świecie, analizują symbole i ukryte znaczenia, śledzą rozwój artystów, nazywają kierunki, szkoły, okresy.
Jeszcze moje pokolenie odczuwało konieczność uczenia się, rozumienia nowych kierunków. Nawet jeśli było to zmuszanie się do przyswojenia hermetycznej wiedzy, nawet jeśli było to wmawianie sobie, że nową sztukę rozumiemy, uznawaliśmy – my, europejska inteligencja – że postęp w sztuce jest czymś nieuchronnym i pozytywnym.
A przeciętni ludzie dzisiaj? Wślepiają się w Monę Lisę, w ostateczności zatrzymają się w muzealnej sali przy impresjonistach i Salvadorze Dali. Tak jak system dur-moll w muzyce, w malarstwie człowiek początku XXI wieku lubi, gdy na obrazie wszystko jest jak żywe, jak na zdjęciu.
Ilustracja: Marcin Kulabko
Awangarda wszędzie jest w odwrocie. Niewielu pisarzy i poetów eksperymentuje ze słowem i formą. Niedobitkiem takich poszukiwaczy nowości jest człowiek ze stajni Weekendu Piotr Milo Milewski. Ma on spore stadko miłośników swojego talentu, ale podejrzewam, że przeciętny zjadacz amerykańskiego chleba Wonderbread przestaje go czytać przy drugim zdaniu. Bo coś mu nie pasuje, bo nie rozumie, o co autorowi chodzi.
Nawet popularny kiedyś, bo prosto i jasno piszący, felietonista Latus, gdy czasem zagalopował się i zaczął bawić słowami i sobie żartować, napotykał ścianę niezrozumienia odbiorców – oni po prostu nie kumali, kiedy autor sobie robi jaja.
A redaktorowi naczelnemu gazety to już w ogóle nie wypada żartować!
Trend do upraszczania treści i formy dotyczy większości gazet. Wszystko ma być napisane jasno i prosto, jak do dziecka. Ironię i podwójne dno niech sobie autorzy praktykują w domu, a potem wkładają owoce swojej pracy do szuflady.
Odwrót od eksperymentu widoczny jest też w teatrach, kiedyś zaludnionych manekinami, ludźmi-rzeźbami, mimami, artystami multimedialnymi. Dziś aktorzy grają po bożemu sztuki obyczajowe, a nawet musicale.
Również w kinie o eksperymencie zapomniano – może nie na całym świecie, lecz już kinematografia amerykańska zadowala się powielaniem melodramatycznych i komediowych fabuł zrozumiałych nawet dla widzów opóźnionych umysłowo.
Nowatorstwo zniknęło niemal na dobre z muzyki rockowej, a i też z kabaretów, gdzie zamiast czystego absurdu Monty Pythona czy Starszych Panów, mamy monologi amerykańskich komików, naśmiewających się z żony, teściowej, matki, kolegów od piwa, no po prostu z bolączek i utrapień codziennego życia.
Gdzie te skumbrie w tomacie, zaczarowane dorożki, neologizmy Leśmiana, oniryczne krajobrazy "Sanatorium pod Klepsydrą" Hasa, dysonanse Komedy i Seiferta, oszalali malarze malujący niezrozumiałe dla większości bohomazy?
Czy już wszystko teraz będzie takie grzeczne, gładkie, zrozumiałe?
Dosłowność dialogów, dziennikarstwa, blogów, scenariuszy filmowych przynosi też kolejny zły skutek: przestajemy doceniać poczucie humoru. Takie wyrafinowane, budowane na przenikliwej obserwacji rzeczywistości, potem, na tej bazie, deformującej obraz świata. Nie mam na myśli dowcipów o babie u lekarza (choć i one bywają uroczo absurdalne) czy trzech klientach wchodzących do baru. Zanika humor abstrakcyjny, który powoduje, że rozmowa przy stole milknie, a biesiadnicy raptem widzą siebie oczami obserwatora. Obserwatora przenikliwego, dostrzegającego więc absurdalność, wątłość, tylko relatywne walory chwili, otoczenia, towarzystwa; życia. Ale większość nie chce widzieć siebie oczami innych. Wolą oglądać świat samodzielnie – oczami naiwnego, niedorozwiniętego cielaka.