



Foto: ArchiwumByć może niedługo się to zmieni, ale na razie w Polsce najlepsze i najważniejsze są uczelnie państwowe.
Kiedy zdarza mi się uczestniczyć w polsko-amerykańskich rozmowach na temat szkoły i edukacji, zawsze pojawia się ten sam językowy i poznawczy problem: daleko idąca różnica między polskim i amerykańskim rozumieniem pojęć „prywatna" i „publiczna" (czy może raczej, w polskim wydaniu: „państwowa") w odniesieniu do szkół. Wydaje się, że to drobiazg, ale tak naprawdę sprawa jest kluczowa, a różnica znaczna, a co ważniejsze: znacząca.
Wynika ona przede wszystkim z odmiennej historii polskiego i amerykańskiego systemu edukacyjnego. Przez wiele dekad – przez cały czas trwania systemu komunistycznego, monopolizującego większość dziedzin życia społecznego, w tym oczywiście także tak ważną z punktu widzenia systemowego sferę, jak edukacja – w Polsce funkcjonowały w zasadzie tylko i wyłącznie szkoły państwowe (z bardzo nielicznymi wyjątkami, głównie sprowadzającymi się do szkół prowadzonych przez kościół). Takie rozwiązanie miało oczywiście szereg niekorzystnych konsekwencji (pośród których najważniejszą było całkowite podporządkowanie wszystkich szkół pod względem programowym i ideologicznym politycznemu ośrodkowi w postaci odpowiedniego, zajmującego się edukacją ministerstwa), ale wiązało się także z jednym – pozytywnym z dzisiejszego punktu widzenia – zjawiskiem: otóż szkoły te, kilkadziesiąt wyższych uczelni w skali całego kraju, były finansowane z budżetu państwa. I choć nie były to kwoty zbyt sowite, pozwalały funkcjonować uczelniom w oderwaniu od bieżących wymogów rachunku ekonomicznego. Co za tym idzie, uczelnie nie musiały – co dziś jest bolączką większości szkół wyższych – rozwijać przede wszystkim tych kierunków nauczania, na które jest szczególny popyt wśród potencjalnych studentów. W rezultacie – co podkreślają wszyscy, oceniający stan szkolnictwa wyższego w Polsce – część uczelni osiągnęła bardzo wysoki poziom naukowy i edukacyjny.
Dziś, mimo że minęły lata, a w systemie nauczania zmieniło się prawie wszystko, wiele z nich nadal cieszy się z tego powodu wielkim prestiżem. Krakowski Uniwersytet Jagielloński, Uniwersytet Warszawski czy Uniwersytet im. Adama Mickiewicza w Poznaniu – to byłyby chyba perełki polskiej Ivy League, gdyby takowa w Polsce istniała. I żadna z uczelni prywatnych nie ma najmniejszych szans, żeby z nimi rywalizować.
Dlaczego? Z kilku powodów, z których najważniejszy jest chyba ten, że większość z nich to uczelnie młode, powstałe w ciągu ostatnich kilku, góra – kilkunastu lat (dopiero wtedy można było w Polsce zakładać uczelnie niepaństwowe), dopiero budujące swoją kadrę, zaplecze, poziom i reputację. Daleko im do uczelni państwowych, choćby z tego powodu, że zaplecze personalne budować muszą wyrywając co większe osobowości polskiego życia naukowego z uczelni państwowych, z którymi są one od lat związane. W zasadzie żadna z prywatnych uczelni nie zdołała wychować sobie jeszcze – z oczywistego powodu: bo istnieją zbyt krótko – własnych „gwiazd", naukowców o uznanym autorytecie i talencie dydaktycznym.
Jest więc odwrotnie niż w Stanach Zjednoczonych, gdzie czołówka rankingu szkół wyższych to istniejące od dziesięcioleci prywatne uczelnie, z potężnym budżetem, tradycją i wielkimi możliwościami.
Można ze sporą dozą prawdopodobieństwa przypuszczać, że w ciągu najbliższych kilkunastu lat sytuacja w Polsce zacznie się zbliżać do tej na Zachodzie – co najmniej kilka szkół prywatnych zacznie zdobywać coraz większy autorytet, a upływ czasu mierzony będzie kolejnymi doktoratami, habilitacjami i profesurami, zdobywanymi przez ich pracowników. Ale czy zmieni to potoczne – choć przecież nie wyssane kompletnie z palca – podejście do prywatnych szkół wyższych, które głosi, że są to tylko przechowalnie dla dzieci bogatych rodziców, którzy wysokim czesnym kupują sobie dobre wyniki kolejnych egzaminów? Z tym odium prywatne szkoły wyższe będą musiały jeszcze długo walczyć.