



Po pierwsze, musi wmówić obywatelom bliskość niebezpieczeństwa (może dlatego nie uczy się Amerykanów geografii), zwielokrotnić jego wagę przez powtarzanie informacji według zasad propagandy Josefa Goebbelsa, że kłamstwo powtarzane tysiąc razy staje się prawdą. Obecnie o słuszności wojen słucha się jakieś trzydzieści razy na dzień. Tę samą wiadomość powtarzają wszystkie stacje, o różnym czasie, aby spragniony wiadomości telewidz mógł usłyszeć informację o nowym wrogu na kilku kanałach w celu lepszego przyswojenia. W przeciwieństwie do brutalnego cynizmu politycznego Niemiec głoszących "Drang nach Osten", obecnie wojuje się w imię wartości takich jak wolność i demokracja. Miłość do ojczyzny splata się z obowiązkiem służby wojskowej i wszystko gra, dopóki nie wybuchną zamieszki i nie rozpocznie się kontestacja. Z pobłażaniem wspominamy hipisów i ich nieprzytomne spojrzenia zawoalowane marihuaną. Gdyby Niemcy uświadomili sobie, że wojny nie chcą i tak nie uchroniliby się, bo nie wpadliby na pomysł sprzeciwu. Założyli wprawdzie parę mało popularnych organizacji, między innymi stowarzyszenie Białej Róży, ale skończyło się to tragicznie.
Rząd amerykański po zakończeniu wojny w Wietnamie nie odważył się więcej na zaciągi, jednak nie przestał prowadzić wojen. O ile forsę można nadrukować, o tyle wychowanie następnego mięsa armatniego to osiemnaście lat i nie da się inaczej. Nie ma przyspieszeń jak w przypadku roślin, które napromieniowane urosną szybciej i bujniej. Zatem trzeba namówić nie-obywateli, aby dostrzegli zaszczyt w służbie dla kraju, który nie jest ich ojczyzną. Z jednej strony promuje się wizerunek nielegalnego emigranta przestępcy i wysyła tam skąd przyszedł, z drugiej pokazuje, malutką furteczkę prowadzącą do legalnego pobytu w Stanach.
Armia. Tylko ona zaopiekuje się tobą, jak już nie ma innej nadziei, bo szuka cię emigracja, policja, FBI i może nawet CIA.
Obietnice wyskakują jak króliki z cylindra: możliwość składania wniosku o obywatelstwo amerykańskie na drugi dzień po wstąpieniu do wojska. Stałe pobyty dla całej przyległej rodziny, a jeśli wczoraj nielegalny albo zaledwie rezydent zginie łaskawie pełniąc służbę, rodzina dostanie z miejsca obywatelstwo i ubezpieczenie zdrowotne. Nie ma to jak pochować bliskiego na wojnie, za wolność i demokrację.
Jednak jedynie połowa kombatantów i byłych wojskowych nie-obywateli amerykańskich doczekuje obywatelstwa, mimo poprawnej, a nawet wzorowej służby. Wielu z nich natomiast popada w konflikt z prawem.
Jak za starego dobrego Wietnamu, problemem są narkotyki.
Pamiętam, jak propaganda sukcesu lat 70. sączyła jad z ekranów telewizyjnych na temat heroiny dostępnej w Wietnamie jak guma do żucia w Stanach, a na potwierdzenie pokazywano kilka ujęć młodych ludzi w rozmamłanych uniformach amerykańskich, ładujących sobie w żyłę.
Tym razem po podpisaniu "Dream Plan" wojna miała odsunąć młodego poborowego od złej przeszłości i nagrodzić obywatelstwem za wierną służbę. Teraźniejszość wojenna okazała się, jak zwykle, potworna i kombatant, często nie doinformowany w procedurach emigracyjnych, za biedny, aby wynająć adwokata, wolał zapalić jointa. Wystarczy. Zamiast obywatelstwa, pomocy w walce z traumą, jak to się dzieje w przypadku jego kolegów Amerykanów, po przeżyciach wojennych dostaje wilczy bilet i obóz przejściowy przed deportacją, gdzie warunki trwania oscylują między prowincjonalnym więzieniem meksykańskim a Guantanamo. Patrząc na fotografię czarnego Jamajczyka, weterana wojny w zatoce Perskiej, oczekującego na deportację, nie mogę się powstrzymać od stwierdzenia "Murzyn zrobił swoje, Murzyn może odejść".