



Może nie miałem (znowu...) racji, a może zmieniły się czasy. Wiele razy biadoliłem na tych łamach, że Polska nic nie produkuje. Marzyło mi się, naiwnie, że talenty polskich inżynierów, dobry gust projektantów i – generalnie – optymistyczne, pełne wiary nastawienie społeczeństwa obdarzonego wreszcie wolnością przyniosą owoce. Owoce w postaci nowoczesnych samochodów rodzimego projektu, telewizorów, komputerów, perfum, butów, serów itd. itp.
Pierwsze lata po odzyskaniu niepodległości nie napawały optymizmem. Fabryki bankrutowały lub były przejmowane przez zagraniczne koncerny, które przestawiały je na produkcję swoich wyrobów. Jeśli cokolwiek w Polsce wtedy wytwarzano, był to montaż z gotowych elementów. Żegnajcie polonezy i beskidy, witajcie składaki Daewoo i Opla! Znane polskie marki zniknęły. Tylko znawcy przedmiotu wiedzieli, że odkurzacze, czekolady czy marynarki obcych marek były robione w Polsce.
Takiej polityce sprzyjało zresztą nastawienie Polaków, którzy rzucili się na – kiedyś niedostępne – wyroby zagraniczne. Wiele czasu musiało upłynąć, zanim zaczęła się moda na to, co krajowe.
Może wymagałem za wiele? Polska jest średniej wielkości, średnio rozwiniętym, pokonującym wieloletnie opóźnienia państwem. Dlaczego miałaby radzić sobie lepiej niż Portugalia, Belgia, Słowenia, Tajlandia czy Argentyna?
Lata mijały i przybywało na liście krajów, które tak naprawdę nic nie produkują. Może jeszcze Niemcy i Japonia potrafią utrzymać prymat w wielu dziedzinach wytwórczości. Ale już USA? Przecież ten goszczący nas, najpotężniejszy ciągle na świecie, kraj też prawie niczego już nie produkuje! Truizmem jest stwierdzenie, że większość towarów, które kupujemy, pochodzi z Chin, Indii i innych państw, gdzie przeniesiono z powodu niższych kosztów produkcję.
Skoro Stany niczego już nie produkują, oprócz może broni czy samolotów pasażerskich (które kupujemy rzadko), skoro niegdysiejsi potentaci, jak USA, Francja i Wielka Brytania, nie są w stanie wyprodukować dobrych samochodów, telewizorów i aparatów fotograficznych, dlaczego miałoby się to udać Polsce?
Niemniej, na miarę swoich skromnych możliwości, Polska poczyna sobie ostatnio dobrze. Nie dzieje się to dzięki promocji czy mądrej, skoordynowanej polityce jakichś ministerstw. O ile mi wiadomo, polskie władze raczej uprzykrzają życie przedsiębiorcom, niż im sprzyjają. To, co osiągają dzisiaj polscy producenci i eksporterzy, to wynik ich, czysto kapitalistycznej, przedsiębiorczości, chciwości, ryzyka, pomysłów.
Zdjęcie: Jan Latus
Centrum handlowe Arkadia w Warszawie
W rezultacie mamy wreszcie ładne polskie meble, ceramikę, galanterię skórzaną, koszule, estetycznie opakowane dżemy i wódki. Żaluzje i framugi, kuchnie gazowe i tramwaje, kosmetyki, a nawet wysokiej jakości sprzęt stereofoniczny, wytwarzany w krótkich seriach przez małe manufaktury. (Nie jestem ekspertem, aby oceniać relatywną jakość i wartość tych wyrobów wobec światowej konkurencji).
Producentom sprzyja zmienione nastawienie polskich nabywców. Po modzie na wszystko co z Zachodu, zwłaszcza z Niemiec, teraz w dobrym tonie jest kupowanie polskiego.
Wynika to pewnie z poprawy nastrojów społecznych, z większego samozadowolenia, nawet dumy z osiągnięć kraju, co przekłada się na zaufanie do jego wyrobów. Czasem uważa się wręcz kupowanie rzeczy "Made in Poland" za patriotyczne.
Przez wiele lat było tak w USA. "Buy American" było nośnym hasłem. Dziś, nawet jeśli jeszcze obywatele tego kraju odczuwają dumę, mieliby kłopoty z jej okazaniem – nie bardzo mieliby co kupić. Pontiaca montowanego w Kanadzie? Toyotę składaną w Karolinie Południowej? Aparat Kodak robiony w Chinach? Komputer Dell wyprodukowany na Tajwanie?
Oprócz dumy narodowej Polaków, z której trochę się cieszę, a trochę śmieję (każda duma narodowa ma w sobie coś żałosnego), kupowaniu tego, co "nasze", sprzyja też zwiększona świadomość społeczeństwa. Polacy więcej teraz podróżują, więcej oglądają świata w telewizji i czytają o nim w prasie. Nie porównują tylko rzeczy – przyjrzawszy się dobrze stylowi życia narzucanemu przez Zachód, jakby postanowili ostatnio zachować pewne elementy polskiej tradycji i obyczajowości. Wolniej, bliżej natury – te hasła, tak dziś modne, skłaniają zarazem do kupowania Nalewki Babuni, jajek, truskawek i twarogu "od chłopa", mebli z naturalnego drewna, marynarki z czystej wełny, małolitrażowego, skromnego samochodu. To wszystko sprzyja polskim producentom, którzy nigdy nie byliby w stanie znaleźć się w światowej awangardzie, gdy idzie o zaawansowanie technologiczne i skalę produkcji.
Te lubiane przez Polaków wyroby mają wreszcie szansę na podbicie świata. No, może przesadziłem z tym podbojem – na zauważenie. Pomysły już są, wzornictwo się poprawiło tudzież jakość, nawet opakowanie. Najważniejszy teraz wydaje się marketing – przekonanie zagranicznych nabywców, że to, co polskie, może być dobre, ładne, warte swojej ceny.
Spokorniałem – nie oczekuję już, że Polska produkować będzie rakiety, supertankowce, mikroprocesory i mercedesy. Nie produkuje ich większość państw. Ale skoro malutka Finlandia podbiła świat swoimi telefonami komórkowymi, Australia – winem i wełną, a Holandia – serem i piwem, my też mamy szanse na takie swoje nisze.
Mam nadzieję, że właściwa przedsiębiorcom ludzka żądza zysku, w połączeniu ze sprzyjającą sytuacją międzynarodową i – niezwykłym u Polaków – przypływem optymizmu, wreszcie przyniesie takie owoce.