Godzina 4:45 nad ranem. Budzi mnie uporczywy dźwięk budzika. Zanim zrezygnuję i pogrążę się ponownie w błogim śnie pomyślę: – Kaszub wygodniejszy jest od Sawy... i jednak wstaję.
Ze stacji kolejowej widać okna domu mojej babci. Czekając na pociąg zawsze spoglądam w tamtą stronę. Tym razem czarno. Spod wiaty na peronie kieruję się w stronę otwartej przestrzeni, bo pani z rozgłośni PKP zasygnalizowała skwierczącym głosem, że Kaszub zaraz wjeżdża. Tak mi się zdaje, że Kaszub i przypuszczam, że wjeżdża, bo niefortunnie komunikaty z megafonu zsynchronizowane są z hamującymi kolejkami SKM do Gdańska, i – przy słabej jakości dźwięku – nigdy nic nie słychać. Stawiam kołnierz i czekam wytrwale. Wkrótce dowiaduję się, że pociąg ma 20-minutowe opóźnienie z Gdyni. No tak, poniżej zera, szyny zamarzły! – myślę sobie. Spoko, do Krakowa nadrobimy!
3 i pół lampy od strony ulicy Marynarzy i słynny 5. wagon zatrzymał się tuż pod moim nosem. Widzę jak Kondraty, Kaczyńscy i inni koledzy, z którymi w poniedziałki często mam przyjemność dzielić wagony do stolicy, szukają swoich przedziałów. Loosers!
Zajmuję jako pierwsza z grupy warsowiczów moje ulubione miejsce na narożnej kanapie. Trafił się nam dzisiaj najlepszy wagon: różowy, czysty i bez tych wysokich stołków, na których kręgosłup wygina ci się ku kifozie. Mamy też plastikowe kwiatki w wazonikach, a także obrusy bez plam po kawie i rdzawo-brązowych stempli firmowych: WARS! Pechowo, obsługa nie należy do moich ulubionych. Wolę jeździć z dwoma brunetkami, miłymi paniami, które znają moje żywieniowe przyzwyczajenia. Jakiś czas temu weszło rozporządzanie, że w pociągach Intercity nie można spożywać alkoholu. To nic, że na Warszawie Wschodniej Józek jeden z drugim bezprawnie przechadzają się korytarzami krzycząc: – Piwko, piwko, zimne piwko! Wszyscy o tym wiedzą. Oni, i ci głusi od breloczków pukają do przedziałów na zmianę.
Dzisiejszy personel złośliwie nie chciał mi kiedyś sprzedać piwa spod lady. Mówię: – Poproszę piwo bezalkoholowe. Przy czym daję im znak okiem, że chodzi mi o to z procentem. Wszyscy trzej, kucharz/barman i dwóch od przewoźnych stoisk gastronomicznych (mini-barów) udają, że nie rozumieją. Mrugam i mrugam. Jak do ściany!
Zdjęcie: Aleksandra Cieślak-Carey
Ten za ladą ma zawsze brudne paznokcie. Staram się o tym nie myśleć, gdy zwyczajowo o 9 rano zamawiam „jajówę” na maśle. Tak się składa, że jak rozbija jajka i je potem smaży, wcześniej zawsze znacząco zasuwa kotarkę dzielącą kuchnię i bar. Dziwnie wtedy na mnie patrzy. Boję się jeść te jajka, w których zawsze dopatruję się bliżej niezidentyfikowanych glutów, ale jestem głodna, więc połykam, próbując przekonać sama siebie, że gdzie by tam Polak Polakowi... . Poza tym na jednej kawie nie przetrwam ponad siedmiu godzin – w końcu mnie kiedyś wyrzucą. Zawiesili już znak z przekreślonym laptopem, bo zuchwali biznesmani rozsiadali się przy najlepszych stolikach, rozkładali papierzyska i tak o suchym pysku do Warszawy. Ani żurku z jajkiem, ani smażonej kiełbaski z chlebem... nic!
Ja rozpoczynam dzień od kawy. Jest 6 nad ranem. Siadam do nauki i zaraz słyszę głos zza lady: – Flaczki proszę odebrać! – Co? Flaki? O 6 rano? – wzdrygam się na samą myśl. Ach tak, znowu Michnik! Ten to ma saperski żołądek!
Na półmetku do Warszawy mężczyzna z wózkiem słodyczy i soczków z Tymbarka zapytuje mnie beznamiętnie: – Która klasa? Głos mi zadrżał przy numerze, bo zawsze mam ochotę powiedzieć, że pierwsza, ale nigdy się jeszcze nie odważyłam. – Druga, i poproszę kawę – mruczę pod nosem i otrzymuję przydzielony poczęstunek. Od jakiegoś czasu zrezygnowali z odświeżającej chusteczki. PKP zrobiło cięcia budżetowe i jak zwykle odbija się to na higienie. Do tego kiedyś dawali czekoladowe wafelki, potem pierniczki w kształcie serca, a teraz marny herbatnik a la Bebe. Wstyd!
Auć! Cholera! Że też do tej pory się nie nauczyłam. W okolicach Iławy nie należy pić nic gorącego. Szyny tworzą tu matematyczne wykresy tangensów, a ja zawsze popełniam ten sam błąd logiczny. Zatrzęsie, złapię równowagę, uspokoję gorący płyn w kubku, nachylę się by popić, a tu kolejna zmiana wartości krzywej szyny!
Po drugiej kawie bezlitośnie ciśnie mnie pęcherz, więc udaję się do łazienki. Idę w kierunku wagonów 1-4, mając złudną nadzieję na luksusy. Wchodzę, zamykam się i prawdziwie waham się, na ile muszę oddać mocz. Z dziury podwiewa śniegiem. Przełamuję się jednak; do Krakowa i tak nie wytrzymam. Używam szarego papieru toaletowego z chropowatymi wybrzuszeniami, a następnie siłuję się z pedałem przy ziemi, aby napompować trochę wody do wymycia rąk. Żółte mydło w formie prostopadłościanu przywarło do umywalki. Nie da się go ruszyć. Pocieram je z wierzchu, żeby przed śniadaniem odświeżyć choć palce. W tym samym momencie woda przestaje lecieć z kranu. Zastanawiam się, ile osób dotykało tego samego mydła, co ja. Znów pompuję i z rozżaleniem wspominam darmowe, mokre chusteczki. Moczę dłonie, wycieram o spodnie i łapię za klamkę, którą z pewnością otwierało więcej osób, niż używało mydła. Podchodzę do lady, zamawiam jajecznicę. Mężczyzna uśmiecha się znacząco. Kurtyna się zamyka.