Część życia spędza się, stojąc w kolejkach. Jeśli to kolejka do kasy, to przeważnie po to, żeby za coś zapłacić, czasem grzywnę w sądzie, co i mnie raz się zdarzyło, ale na szczęście bywają także kolejki po wypłatę za naszą ciężką pracę.
Pierwsze kolejki, w których stałem jako dziecię, były do kasy kina Apollo w Łucku. Kina Słońce było wtedy dopiero w budowie. W kinach było przed wojną dużo westernów. Indianie strzelali z łuków, galopując na koniach w kółko wokoło ustawionych obronnie pojazdów kolonizatorów. Konie i kobiety ukryte były w środku. Indianie jodłowali, a coraz to któryś spadał z konia, bo biali mieli strzelby, z których strzelali i czasem trafiali. Było więc coraz więcej koni bez jeźdźców, ale strzały wciąż świstały.
Indianie strzelający z łuków to moje wspomnienie. Każdy ma inne. Halle Berry wspomina, że jej czarny ojciec regularnie bił białą matkę, a córki także tłukł boleśnie. Takie jest jej wspomnienie.
Zdjęcie: Stanisław Kokesz
Kolejki były przed wojną również na mecze piłki nożnej, jednak prawdziwie długie zaczęły się, gdy Kresy zajęli Sowieci. Po chleb, po cukier, po mydło, w ogóle po wszystko, tylko kolejek po bilety do kina nie było, bo filmy były sowieckie. W PRL-u z chlebem nie było tak źle, kolejki były po kiełbasę, wódkę oraz po papier toaletowy. W Ameryce papier toaletowy można kupić łatwo, co nie znaczy, że nie spędza się sporo czasu w kolejkach.
Najwięcej w urzędach. To samo teraz w Polsce i wszędzie, w każdym kraju, w każdym ustroju. W urzędzie, proszę was, wszędzie. Jednak najdłuższe kolejki, w jakich tu stałem, były na lotnisku. Posuwała się taka kolejka pomalutku, bo każdego i każdą po dojściu do bramki rozbierano i prześwietlano. Podobno zabierano karabiny, rewolwery i długie noże, ale tego nie widziałem.
Gdybym ci ja miał skrzydełka jak gąska, poleciałbym ci ja pod modre niebo Argentyny, do krainy tanga, gdzie noce parne i gorące, bo tutaj właśnie ni z tego ni z owego zimne zrobiły się. Dzisiaj jest dzisiaj tylko dzisiaj. Jutro dzisiaj będzie wczoraj, a pojutrze przedwczoraj. To dlatego, że ziemia obraca się.
– Rozmawiałam wczoraj ze starszą panią, która nagle zniknęła. Nie wiem, kto to był.
– To była moja babcia. Umarła dziesięć lat temu.
Gus Zapara żyje z tego, że porywa dzieci. Do tej pory porwał 55. Działa na niewyraźnej granicy między prawem i przestępstwem międzynarodowym. Początek jest taki, że ktoś, częściej żona, porzuca drugą połowę, zabiera dziecko lub dzieci, jeśli mają więcej, i wyjeżdża nagle do innego kraju, przeważnie do kraju swojego urodzenia. Najczęściej to Ameryka Południowa lub Środkowa, czasem Europa, raz Japonia.
Porzucona połowa chce odzyskać dzieci, dowiaduje się o Zapacie, przychodzi do niego. Wąsaty były komandos zadaje trzy pytania. Czy porzucona połowa ma prawa rodzicielskie? Czy wie z grubsza, gdzie teraz jest dziecko lub dzieci? Czy stać porzuconą połowę na wielkie wydatki?
Zapata twierdzi, że nie używa siły, ale czasem dziecko wcale nie chce wracać do USA. Raz był śmiertelny wypadek i dochodzenie. To było w Niemczech. Dziecko było u niemieckiego dziadka. Nikogo innego wtedy w domu nie było. Dziadek tak się zdenerwował porwaniem wnuka, że dostał zawału i umarł.
Bardzo obszerny reportaż jest w miesięczniku "Atlantic", autorka Nadja Labi, stąd to wszystko wiem. Jest zdjęcie Zapaty.
W kolejce czasem panuje cisza, ale bywają gaduły. W Polsce mówi się po polsku, tu po angielsku albo po hiszpansku. W kolejce w sklepie rosyjskim, w którym są wyroby Wedla, Pudliszek i winar, po rosyjsku. W niemieckim tylko ja na pasztetową mówię liverwurst, bo młodzi niemieckiego pochodzenia mówią po angielsku. Dawniej było inaczej, ale starzy wymarli.
Nie ma już od dawna niemieckiej piwiarni, w której byłem około 20 lat temu. Byli tam prawie wyłącznie starzy SS-mani. Po wojnie przeszli na mormonizm, więc załatwiono im przyjazd do Salt Lake City. Gdy się opili niemieckim piwem, śpiewali „Deutschland, Deutschland ueber alles, ueber alles in der Welt”, waląc rytmicznie kuflami o drewniane stoły, bo umeblowanie było jak w Bawarii. Bez krzeseł, siedziało się na długich ławach.
Wprowadził mnie tam stary niemiecki fryzjer, który mówił po polsku, bo był w czasie wojny w Lublinie. Twierdził, że nie był w SS, lecz w niewinnej policji kolejowej. Śmiał się, mówiąc, że teraz też jest mormonem. Nie ma już tego zakładu fryzjerskiego. Ostatnio strzygła mnie Chinka.
Czy lepsza jest kolejka do kasy po wypłatę co tydzień, czy raz na miesiąc, trudno powiedzieć. Grunt, żeby była raz na rok premia, może to się nazywać trzynasta pensja, może być bonus, byle nie pożegnanie na odchodne, chyba że jesteś dyrektorem albo prezesem i na odchodne dostajesz kilkadziesiąt milionów.
Jasnowidząca Adelajda przepowiada, że za rok w Ameryce będą w kinach wyłącznie filmy o wampirach, a w telewizji same seriale o wampirach.