No i leżę sobie w wodzie, w eleganckim spa luksusowego hotelu w Las Vegas. Z głośników dobiega uspokajająca muzyka New Age. Asystent oferuje szlafroki, owoce i soki. Taplam się w jacuzzi, a strumienie ciepłej wody błogo masują me, sterane ciągłym siedzeniem w fotelu, ciało.
Zdjęcie: Archiwum
A w tym czasie, kilka tysięcy mil na wschód, w pewnej dzielnicy Nowego Jorku toczy się polityczna walka. Dobro ściera się ze złem, prawość z nikczemnością. Starsi mężczyźni w tanich garniturach zapisują całe strony niskonakładowych gazet odezwami, apelami i listami otwartymi. Walka nie toczy się o rzeczy błahe, o pieniądze, o przyjemności. Nie, idzie tu o dobro narodu.
A ja, wyszedłszy ze spa, spaceruję sobie po hotelu. Mijają mnie świetnie ubrani goście z całego świata. Skoro stać ich na ten hotel, pewnie w życiu finansowo im się powiodło. Nie wyglądają na gangsterów, nie noszą złotych łańcuchów, z ich oczu nie bije agresja. Przeciwnie – jest tam łagodność i luz zamożnych obywateli zamożnych państw świata. Pan z siwymi włosami, w kaszmirowym blezerze, idzie z żoną na zakupy.Co dzisiaj? Hermes? A może Dior?
Ja dziś akurat nie kupuję niczego od Hermesa, zamawiam sobie natomiast kawę i upieczone na miejscu pyszne ciastko.
O ja samolub, egoista, sybaryta. Przecież kilka tysięcy mil na wschód, w pokrytej teraz śniegiem, szlamem i błotem polskiej dzielnicy, obrzucają się szlamem i błotem moi rodacy. Ech, chciałoby się tam być, też cisnąć kamieniem, też zabrać głos, przerwać wypowiedź, wezwać policję, mocno się oburzyć, napisać list otwarty, otworzyć anonim. Tak, chciałoby się żyć prawdziwym życiem: idei, walki klasowej, wielkiej polityki.
Nie to co tu, w Las Vegas. Jakież tu wszystko miałkie, słodkie, wręcz mdłe. W punkcie masażu masuje mi czerep jakimiś dziwnymi elektrodami ładna blondynka o rzadkim imieniu Tenisha. Zadowolona, uśmiechnięta, grzeczna. Musi być sztuczna, musi kłamać! Przecież ktoś, nawet urodzony w Las Vegas jak ona, musi pod maską życia zauważać walkę, napięcia społeczne, niesprawiedliwość. Czego ona tak się uśmiecha? Czy nie wie, do jakich doszło nadużyć regulaminowych przy zmianach personalnych w boardzie korporacji MGM Mirage Casinos? Czy ona, jako zatrudniona w tych hotelach, nie powinna zacząć zbierać podpisy pracowników, domagając się walnego zebrania (w spa? w sali teatralnej?), zwolnienia CEO i wyjaśnienia, dlaczego w innym hotelu pracuje jego żona?
Choć miałem pobudzony elektrodami czerep, mimo wszystko zachowywałem jakąś dziwną pogodę ducha, niezwykły u mnie – u nas, Polaków – spokój. Może to dlatego, że było ciepło i słonecznie, że ocierałem się o luksus, przebywałem w miejscach pięknych, i w ciągu tych dwudniowych wakacji udawałem bogatego i zadowolonego?
Postanowiłem to zmienić. Pojechałem do downtown Las Vegas, gdzie bogaci turyści ze świata raczej nie zaglądają. W zaniedbanych kasynach widzę wreszcie ludzi grubych, brzydkich, sapiących, na wózkach i o kulach, ubranych w niegustowne szorty i różowe dresy. Niektórzy zamawiają słynny shrimp cocktail za 99 centów. Inni – równie słynną margaritę w plastikowych kubeczkach, za dolara.
Wyczuwam zaczyn buntu społecznego. Na pewno ci ludzie, bardziej niż ktokolwiek inny, czują się trybikami, niewolnikami wyzyskiwanymi przez system. Przysiadam się do nich przy barach – tam z pewnością pięści walą o kontuar, tam wzburzonymi głosami omawia się wojnę w Afganistanie, niedomagania służby zdrowia, niską jakość konstrukcji kasyna, w którym właśnie siedzą, czy chociażby przeciętny smak lokalnego piwa.
Ale nie – oni, ci poczciwi idioci, zadowoleni tacy jacyś. Ciesząc się jak dzieci wrzucają żetony do maszyn, a jeszcze bardziej się cieszą, jak coś wygrają. Cieszą się, że są na wakacjach, że są w Las Vegas, że mają grubą, ale jednak kochającą żonę, że mają byle jaką, ale pracę. Że żyją.
Wstępuję na stół od ruletki i próbuję – przekrzykując brzęk jednorękich bandytów – agitować. – Ludzie, wybierzcie wreszcie prawowitych przedstawicieli narodu amerykańskiego! A jeśli nam to się nie uda, trudno – wyemigrujemy do innych krajów, aby stamtąd słać euro i paczki!
Nikt mnie nie słucha, a ochrona stanowczo każe mi zejść ze stołu. Wiadomo, kraj policyjny.
Jadę więc do Kinko's, po czym, z gotowymi ulotkami, staję na rogu. Ponieważ całego świata zbawić się nie da, koncentruję się na składzie personalnym boardu korporacji MGM Mirage Casinos. – Czy wiecie, że dyrektor za pieniądze firmy poleciał dwa razy do Londynu? I że zatrzymał się tam w czterogwiazdkowym hotelu? I na to idą Wasze pieniądze wkładane do maszyn! Wcale nie na nowe maszyny!
Stałem ci ja na rogu z ulotkami, a ludzie mijali mnie nie zwracając uwagi, albo przez grzeczność brali kartkę, rzucali na nią wzrokiem, lekko wzruszali ramionami i wyrzucali ją do kosza. Nie byłem pierwszym dziwakiem, z którym mieli do czynienia. W Las Vegas, w Ameryce, dla wszystkich jest miejsce, dla cudaków też.
Ale nie dla wszystkich jest miejsce w pewnej zaśnieżonej dzielnicy Nowego Jorku! A choćbym chciał tam się wkręcić, nie przyjmą mnie, nie wpuszczą! Zlustrują mnie, sprawdzą pochodzenie, przejrzą stare artykuły i podkreślą to, co w nich nikczemne. A w internecie zmieszają mnie z błotem i moją rodzinę też, gdyż tak lubią.
Może więc ucieknę jeszcze dalej na wschód, za ocean? Tam dopiero widzi się problemy świata z całą ostrością! Tam spostrzega się nie tylko nadużycia rządu, nie tylko intrygi w państwowej telewizji, ale widzi się jak na dłoni mechanizmy rządzenia światem. Jaki naród lub grupa rządzi, kto kim steruje, jakie potężne siły zasługują na to, żeby dać im odpór, choćby słowem górnolotnym.
Zawstydzony swoją małością i miałkością, postanowiłem utopić smutek w barze w moim hotelu. Nie było dziś za kontuarem długoletniego znajomego Johnny'ego. Była za to Michelle – młoda, śliczna i miła. Ale teraz nie dałem się już na to nabrać. Mój wzrok skierowany był nie na nią, lecz hen, na wschód, na wschód.