Pewnego dnia padł mój wegetarianizm. Skończył się nakaz i epoka. Jedna z definicji mnie określających zdezaktualizowała się. Ponoć starzenie polega na traceniu definicji. I oto stałam się: hedonistycznie okrutnym pożercą innych ssaków. Zyskałam nową świadomość.
Bez interwencji lekarza i bez ideologii. Siedziałam tam gdzie zawsze, w coffee shopie na 54., i podsłuchiwałam, jak zwykle, rozmów bogaczy, by dowiedzieć się, co się dzieje na mieście. Jakichś dwóch rozmawiało o giełdzie, czekałam więc aż padnie jakaś ważna teza i nagle... przestałam słyszeć. Zamiast tego zobaczyłam: facet od giełdy powoli podnosi kanapkę do ust i wbija zęby w czerwone mięso. Prosto w tkanki i narządy. Poczułam naraz w sobie całkiem wyraźnie cały prymitywizm i atawizm nosicielki grupy krwi 0. Byłam znowu wojownikiem, myśliwym; pożądałam mięsa, gotowa byłam je zdobyć, nawet wydzierając je spod ludzkich skór.
Więc popijam kawę i nie spuszczam wzroku z kanapki. Parująca szynka i ser pomiędzy bułką. Krwista czerwień, moje instynkty pierwotne, uczucia wegetarianom obce. Znane za to gangsterom. Na filmach gangsterzy zawsze spożywają krwiste steki, co ma świadczyć o ich silnym instynkcie zabijania.
Pożarłam. Było mi ideologicznie z tym źle, ale wzbogacona o białko zwierzęce poczułam się, o zgrozo, lepiej. Szczególnie mój mózg sobie upodobał. Obwinianie najpierw.
Czy stać jest mnie na kupowanie kanapek za osiem dolarów? Ile tak naprawdę kosztuje ta kanapka? Taka bułka z 40 centów; ser dolara, kiedyś kupiłam cztery plasterki za dolara, czyli te dwa tutaj, to powiedzmy 60 centów. Ile kosztuje szynka – nie wiem, ale najwyżej dwa dolary. To jest w takim razie bułka o wartości 3 dolarów, sprzedawana za prawie trzy razy więcej. Za co jeszcze w takim razie płacę? Płacę za grillowanie jej, za użytek watów, za tracenie energii na ocieplenie bułki. Płacę za podanie mi tej bułki – nie, nie było kelnera, ale ktoś musiał wykonać pracę, ubrać bułkę i przekroić. Do tego płacę za spożywanie jej w ciepłej sali, to jakiś podatek od zimy. Oraz podatek dla właściciela budynku za czynsz, czyli podatek od mieszkania na wyspie Manhattan. Komu go uiszczam? Pewnie temu, kto wygrał wybory. Płacę Bloombergowi za mojego sandwicha. On rządzi tym miastem jak zły Joker. Dlaczego my nie mamy Batmana?
Jaki jest w ogóle empiryczny sens tej kanapki? Jak zmienił się od czasów, gdy ludzie sami produkowali pożywienie, byli przywiązani do ziemi i nie musieli opłacać Bloomberga? Teraz brakuje nam czasu nawet na przygotowanie sobie kanapki w domu. Dlaczego nie mamy czasu? Nad czym tyle pracujemy? Teraz, zamiast pożywienia, wytwarzamy abstrakcyjne towary przy użyciu komputera, wymyślamy ułatwienia związane z ekonomią czasu, wytwarzamy nowe narzędzia związane z ekonomią przestrzeni. By od wszystkiego dzielił nas tylko przycisk. By móc w jednym urządzeniu umieścić jak najwięcej przycisków, mieć wszystko: muzykę, film, fotografie, internet, telefon, telegraf. By móc zagłuszyć świat dźwiękiem i przysłonić go innym światem jednocześnie.
Żyję więc w centrum globalizmu, wśród pustych dekoracji kapitalizmu; wielkich ekranów; megafonów, które przypominają wciąż o zagrożeniu życia; inwigilacji; chipów w kartach kredytowych; przymusowego instalowania w domach sygnału cyfrowego; zaciskającego się reżimu; rychłej katastrofy. Państwo chce rządzić moim mózgiem. Wyraźnie to czuję. Czuję to nawet teraz, gdy stoję przed stoiskiem z prasą. Okładki krzyczą o rzadko prawdziwych i nigdy istotnych sprawach. Nowe polowanie na czarownice, którym odwraca się nam oczy od cen bułki, jest na niewiernych mężów. Świat składa się teraz ze zdradzanych żon oraz prostytutek. Na każdej okładce widnieje goła modelka lub goła prostytutka. Zawód ten jest coraz bardziej obłaskawiany. Dlaczego mężczyźni nam to robią? Czy dlatego, że przejmujemy władzę?
Nic a nic nie interesuje mnie sprawa Tigera! Ani jego upadek i odrodzenie, które ma być symbolem odrodzenia się Wielkiej Ameryki. Nie obchodzi mnie, że psycholodzy twierdzą, iż on kłamie. Dlaczego wciąż to pokazują? Dlatego mówią do nas takim językiem?
To dla proli. Klasy produkującej. Ja w takim razie chcę stać w innej sekcji, tam, gdzie nie trzeba patrzeć na okładki. Odwracam oczy. Chcę swobodnie myśleć. Dlaczego nie pozwalają nam swobodnie myśleć? Nie chcę rezygnować z myślenia.
Teraz należy myśleć intensywniej, bo trzeba wciąż decydować, co jest prawdą, a co nie, i odkrywać prawdziwe wartości. Pokonać reklamy, które wmawiają nam, że to, co myśleliśmy, było nieprawdą, że istnieje coś nowego, o lepszej wartości. Reklamy nie są po naszej stronie. Każda informacja ma dwa przekazy i musimy odkryć, który jest prawdziwy. Czy prawdę mówi kanał 4 czy 5? Czy istnieje wycieczka za 199 dol., czy to tylko chwyt marketingowy o wartości 400 dol.? Czy globalne ocieplenie jest prawdą, czy to rządzący odkryli nową broń przeciwko ludzkości i wytwarzają na Alasce sztuczną pogodę? Czy nowa kolonizacja nosi nazwę "pomoc ofiarom"?
Zdjęcie: Magdalena Wypych
Czy istnieją Illuminati, grupa rządzących światem, która wywołuje kryzysy, wojny i choroby? Czy DIA, międzynarodowe lotnisko w Denver, jest zwykłym lotniskiem, czy przykrywką dla znajdującego się pod ziemią miasta, w którym elity schronią się po zagładzie? Czy naprawdę zamierzają wykorzystać legendę 2012, by pozbyć się ludzkości i dać początek nowemu społeczeństwu i Nowemu Światu?
Po mięsnej kanapce dostałam halucynacji. Wydawało mi się, że jestem bardzo nisko, tuż nad ziemią, a wszyscy znajdują się w budynkach nade mną, a potem, że jestem za wysoko, bo świat naprawdę istnieje głęboko pod ziemią. Wydawało mi się, że nad głową Murzynki, która szarpała w metrze swoje dziecko, wisiał plakat z czerwonym i czarnym pistoletem i odwiecznym pytaniem "który z nich jest prawdziwy?". Odkryłam, że najistotniejszym elementem układanki jest samochód. Samochód i jego atrybut, benzyna, która kontrolowała i uzależniała społeczeństwa. Samochód, symbol wolności, czyli idealnego zniewolenia. I jego wszechobecna propaganda. Wydało mi się również, że koniec był senny i oczywisty.