Ależ mówią, mówią! Jest to chyba nasz narodowy kompleks i przewrażliwienie, że czujemy się tak pomijani, przemilczani, lekceważeni – zarówno w mediach, jak w prywatnych rozmowach.
Oczywiście, zawsze należy dążyć do popularyzacji naszych osiągnięć i każdy wysiłek w tej dziedzinie powinien być doceniony. Ale czego tak naprawdę oczekujemy? Jesteśmy w końcu niedużym, niezbyt bogatym krajem, którego historia w dodatku rzadko zazębiała się z dziejami Ameryki.
Ale trochę jednak się mówi i pisze. Należy cieszyć się z tego, co jest.
Ostatnim tego przykładem była dyskusja w poniedziałek 9 listopada w Konsulacie Generalnym Niemiec w Nowym Jorku na temat 20. rocznicy obalenia muru berlińskiego. Wzięli w niej udział wybitni amerykańscy dziennikarze, pisarze i fotografowie, którzy byli świadkiem tego faktu i w ogóle są znawcami spraw niemieckich.
Doceniając wagę tego przełomowego wydarzenia, Polacy wydają się ostatnio zazdrośni, że przy okazji tej rocznicy mniej się pisze o polskim wkładzie w dzieło obalenia komunizmu. A to przecież nasza zasługa: papieża, "Solidarności", polityków siedzących przy okrągłym stole! No i znowu chlipiemy – że świat nas nie docenił, że znowu wydzierają nam z rąk trofeum, usuwają nas z podręczników historii najnowszej oraz z pamięci zbiorowej.
Coś w tym może jest... Przede wszystkim, dzisiejszy medialny świat najsilniej reaguje na spektakularne wydarzenia. Takie, które można pokazać w telewizji, sfotografować, które wryją się w pamięć: śmierć Lady D. w tunelu w Paryżu, zamach na polskiego papieża, zawalenie się wież World Trade Center, Niemcy wdrapujący się na mur dzielący jeszcze przed chwilą ich dwa państwa.
Trudniej zapamiętuje się długotrwałe procesy historyczne, no i trudniej udowodnić i wyliczyć, że to one zapoczątkowały jakieś zmiany. Ile zasługi w obaleniu czerwonych miał Jan Paweł II, ile Gorbaczow, a ile Reagan? Ile procent dać Wałęsie, ile Havlowi, a ile niemieckim opozycjonistom z Lipska? A może proces zainaugurował nasz KOR?
W trakcie rzeczonej dyskusji tylko jeden dziennikarz, korespondent "Newsweeka" w Niemczech 20 lat temu, Michael Meyer, powiedział coś, co mogłoby nas oburzyć i zaboleć: "Akurat pod koniec stanu wojennego, w 1989 roku, ulice polskich miast były spokojne. To Niemcy zdobyli się na czyn i ryzyko, więc to im należy przypisać zasługę. Przykro mi!"
Ale to był odosobniony głos. (Poza tym, w innych wypowiedziach, Meyer wykazywał się dużą znajomością spraw polskich.) Inni dziennikarze podkreślali wagę zmian w Polsce. Fotograf "Time'a" David Burnett wspominał o powstaniu "Solidarności" i stanie wojennym; znał Polskę z tego okresu. Równie dobrze poinformowany był korespondent "Wall Street Journal" Tim Aeppel. Mieszkająca w Niemczech pisarka i dziennikarka Elizabeth Pond w długich wypowiedziach podkreślała fakt polskich strat i cierpień w czasie II wojny światowej (rozdzielając ten temat od Holocaustu), mówiła też o papieżu i "Solidarności", a nawet o okresie rozbiorów i związanej z tym, długo się utrzymującej, naszej nieufności wobec Niemiec. W pytaniach z sali również poruszano temat wpływu polskiego papieża (jego pierwszej wizyty w kraju) i "Solidarności". Roger Cohen z "New York Timesa" odparł na to, że to Polakom – papieżowi, działaczom "Solidarności i w ogóle naszej walce należy zawdzięczać rozpoczęcie procesu demontażu komunizmu.
Zdjęcie: Jan Latus
Wymienieni publicyści dali też wyraz takim poglądom w swoich licznych publikacjach na ten temat.
Ale nam za mało... trudno. Jak powiedziałem, świat lubi sensacje, zbrodnie i ekranowe łzy, wybuchy radości i wybuchy bomb.
Może więc powinniśmy przestać tak się tym przejmować? Przecież ważne jest tylko to, że świat zmienił się na lepsze. Uświadamiali to sobie wszyscy obecni na sali, w tym oczywiście i Niemcy. Trudno było powstrzymać wzruszenie oglądając fotografie Burnetta z wdrapującymi się na mur dziećmi, trabantami przekraczającymi zamkniętą dotychczas granicę, płaczącymi ze szczęścia kobietami.
Jak rzadko kiedy, wyszedłem z tej konferencji przeświadczony, iż Europa jest tak bezpiecznym kontynentem, jak chyba nigdy w dziejach – i że Polska jest również bezpieczna. W końcu jesteśmy w NATO i jesteśmy w Unii Europejskiej. W ogóle, z każdym dniem stajemy się bardziej europejscy. Podobnie europeizuje się najmłodsze pokolenie Niemców, nie znających już świata podzielonego żelazną kurtyną.
Ale my się ciągle martwimy, na przykład tym co będzie, jeśli Amerykanie nie zainstalują nad nami sławetnej tarczy. Może to dla nas i lepiej? Może to już niekonieczna obrona? A co się stanie, spyta kolejny pesymista, jeśli jakiś zły sąsiad zakręci nam na chwilę kurek z gazem? Co najwyżej gospodynie przestawią się z kuchenek palnikowych na elektryczne grzałki. Nie z takimi problemami Polak potrafił sobie poradzić! Cokolwiek by wypisywali polscy internetowi znawcy polityki światowej, wojna Polsce raczej nie grozi. Może wreszcie zaczniemy to doceniać?