Anoreksja, czyli morzenie się głodem, dotyka 0, 3 proc. nastolatek i młodych kobiet. A bulimia, czyli napady niekontrolowanego obżarstwa, kończące się prowokowanymi torsjami – jednego procenta.
Skąd biorą się w takim razie statystyki mówiące o tym, że eating disorders to problem co czwartego Amerykanina, a tak naprawdę, to nawet więcej niż połowy amerykańskiej populacji?
Wszystko zależy od tego, jak liczyć.
Jak wynika z dokumentów NEDA, większość spośród tych dwudziestu kilku procent "zaburzonych" to wcale nie nastolatki marzące o figurze Kate Moss, ale dorośli Amerykanie, którzy popadli w lżejszą lub cięższą obsesję na punkcie prawidłowego odżywiania, w skrajnej postaci nazywaną ortoreksją. Po czym rozpoznać typowego ortorektyka? Po tym na przykład, że nigdy nie je na mieście. Grzecznie odmawia też konsumpcji na wizytach u znajomych. Bo skąd wiadomo, czy groszek w sałatce posiadał ekologiczne atesty? Albo truskawki na torcie. Kto wie, czy przypadkiem nie były "pryskane"?
Poza tym ortorektyk nagminnie myli supermarket z biblioteką, bo jak tam idzie, to głównie po to, żeby sobie poczytać. Zanim włoży cokolwiek do swojego koszyka, najpierw zawzięcie studiuje bowiem wszelkie możliwe etykiety, przeszukując je na okoliczność niepożądanych substancji chemicznych. Spisy tychże, włącznie z rzędami tajemniczych symboli E-coś tam, ma zaś w głowie, podobnie jak tabele kaloryczności przeróżnych produktów spożywczych, włącznie z ich szczegółowym indeksem glikemicznym do trzeciego miejsca po przecinku. Rasowy ortorektyk unika zresztą nie tylko spożywczej chemii, ale też wszystkiego, o czym usłyszał lub przeczytał, że – choćby potencjalnie, ale jednak – może wpędzić go w chorobę albo skrócić mu życie. Programowo nie tyka więc, na przykład, białej trucizny – soli. Szerokim łukiem omija cukier, i to wcale nie z obawy przed śmiertelnym atakiem mdłości, tylko Alzheimerem i cukrzycą. Do ust nie weźmie "pryskanych" jabłek czy nawożonego chemią selera. Kawa to zawał. Masło – udar mózgu. Bekon – rak. A jajka – demencja. Pozostaje woda i korzonki. Choć z wodą i korzonkami też może być niejaki problem. W miniony piątek wszystkie amerykańskie media żyły przecież doniesieniem, że nowym największym wrogiem ludzkości pragnącej żyć długo, zdrowo i szczęśliwie są azotany. A tych pełno jest nawet w ekologicznej marchewce i wodzie źródlanej. Dla ortorektyków nadchodzą więc jeszcze cięższe czasy.
No ale nawet jeśli wliczyć ich wszystkich do grupy zaburzonych na tle odżywiania, to i tak do połowy populacji ciągle brakuje nam jeszcze kolejnych 25 procent.
Owszem, ale tylko z pozoru.
Ta jedna czwarta spokojnie zalicza bowiem test ułożony przez autorów publikacji "Diet Nation: Exposing the Obesity Crusade", złożony z kilku prostych pytań:
– czy ważysz się częściej, niż raz na tydzień?
– czy potrafisz podać swoją aktualną wagę do ćwierci funta?
– czy dwa funty więcej potrafią negatywnie odbić się na twoim nastroju?
– czy często myślisz o tym, żeby przejść na dietę?
Cztery razy "tak" oznacza zaś zagrożenie najpowszechniejszym ze wszystkich łagodnych zaburzeń odżywiania – dietomanią.
Z danych NIDA wynika, że w ciągu minionego roku jakimś rodzajem diety katowała się (z mizernym zresztą skutkiem) ponad połowa Amerykanów: 25 procent mężczyzn i 45 procent kobiet.
W młodszych rocznikach moda na różne konsumpcyjne reżimy jest jeszcze powszechniejsza. Było, jest lub planuje dietę 9 na każdych 10 aktualnych studentek oraz ponad połowa dzieci do 10 roku życia. Co druga nastolatka (i co trzeci nastolatek) podejmuje też niebezpieczne dla zdrowia formy odchudzania, biorąc leki, środki przeczyszczające i wymiotne, rozpoczynając palenie, a nawet sięgając po narkotyki. Nic dziwnego, skoro cztery piąte najmłodszych Amerykanów najbardziej ze wszystkiego obawia się tego, że... przytyje!
Ta obsesja kosztuje Amerykanów już ponad 60 mld dolarów rocznie, w porównaniu z 40 miliardami przed zaledwie pięciu laty. Kosztuje też epidemię poważnych zaburzeń odżywiania, bo – jak dowodzą stosowne badania – u niemal 35 procent pozostających na diecie ten proces patologicznie się pogłębia, przechodząc w kliniczną anoreksję lub bulimię.
I ta dietetyczna, ogólnonarodowa obsesja, to jest dopiero prawdziwe, zbiorowe zaburzenie na tle odżywiania!