Ścieżka jest szybka i prosta, przynajmniej w porównaniu z innymi procedurami imigracyjnymi. Stała się ostatnio tak popularna, że zwróciły na nią uwagę główne amerykańskie media, zwykle nie poświęcające zbyt wiele miejsca działalności urzędów imigracyjnych. Gdy liczba osób, które zainwestowały pół miliona dolarów aby dostać legalne papiery zwiększa się w ciągu roku czterokrotnie, trudno nie zwrócić na to uwagi.
Wizy dla inwestorów przyznawane są w USA od lat. Trzeba mieć milion dolarów i włożyć go w interes, który przyczyni się do stworzenia co najmniej 10 miejsc pracy. W rejonach wiejskich i objętych strukturalnym bezrobociem potrzebna jest połowa tej sumy. Promowany przez Urząd Imigracyjny (USCIS) program EB-5 przewiduje przyznawanie inwestorom najpierw dwuletnich warunkowych wiz, dających prawo pobytu i pracy w USA. Tę wizę można zamienić na zieloną kartę, jeśli jej posiadacz jest w stanie udowodnić, że rzeczywiście stworzył co najmniej dziesięć miejsc pracy, nawet gdy sama inwestycja nie została ukończona. Zatrudnienie muszą jednak otrzymać albo obywatele, albo posiadacze zielonej karty, albo inni kwalifikujący się imigranci (np. azylanci i uchodźcy). Rodzina inwestora nie liczy się do rachunku, co jest o tyle ważne, że niektórzy imigranci, zwłaszcza z Azji zwykle przyjmują w pierwszej kolejności do pracy swoich najbliższych.
Pieniądze można włożyć albo w zupełnie nową firmę, albo podwyższając kapitał już istniejącej firmy do poziomu 140 proc. sprzed dofinansowania. Można też zainwestować w znajdującą się kłopotach firmę, w celu ratowania miejsc pracy.
W ramach programu pilotażowego, który przedłużono do końca września 2012 roku, zaczęto tworzyć także Regionalne Centra, pomagające w koordynowaniu inwestycji. Chodzi o koordynację zagranicznych inwestycji zgodnie z warunkami programu EB-5. Ma to pozwalać na bezpośrednie lub pośrednie tworzenie większej liczby miejsc pracy. Centra mają prawo występować do USCIS o rozpatrywanie wniosków w trybie przyspieszonym. Do obowiązku Regionalnych Centrów należy pokazanie i udowodnienie w jaki sposób tworzone będą miejsca pracy.
W zakończonym 30 września roku budżetowym 2011, o przyznanie wiz w ramach EB-5 wystąpiło 3800 inwestorów – twierdzi “New York Times”. Z danych USCIS wynika z kolei, że ogromną większość z nich stanowili obywatele Chin, Korei Południowej, Wielkiej Brytanii, Tajwanu i Indii. Jakość wniosków poprawia się, bo w minionym roku fiskalnym USCIS odrzucił zaledwie kilka procent wniosków. W samych Chinach pracuje 500 agentów pełniących rolę łączników między bogatymi Chińczykami, a amerykańskimi deweloperami. Także w USA organizowane są konferencje dla potencjalnych inwestorów-cudzoziemców, którzy w zamian z zainwestowane pieniądze otrzymaliby upragnione zielone karty. W praktyce więc zdobycie zielonej karty przez milionera-cudzoziemca nie wymaga, poza samym wydatkiem, osobistego zaangażowania.
Sama zasada przyznawania wiz nie budzi zastrzeżeń. Starający się o zieloną kartę inwestor będzie przecież tworzył miejsca pracy i wspierał tym samym wciąż słabą amerykańską gospodarkę. Kraj tylko może na tym zyskać, bo przecież imigrant-milioner nie będzie obciążał systemu opieki społecznej. Wątpliwości budzi jednak wcielanie w życie zasady, gdzie przebiegać powinien granica między przedsięwzięciami wymagającymi milionowego, a gdzie półmilionowego wkładu. Teoretycznie do tzw. Targeted Unemployment Areas – TEA (oprócz tego są także Obszary Wiejskie – Rural Areas), wymagające jedynie 500 tys. dol. inwestycji zalicza się obszary, na których stopa bezrobocia znajduje się na poziomie co najmniej 150 proc. średniej krajowej..
Kłopoty zaczynają się w momencie, w którym nagina się przepisy, aby podciągnąć inwestycje pod program EB-5. “The New York Times”, który przyjrzał się dokładnie programowi “wizy dla bogatych” zwraca uwagę na kilka rażących przypadków. W większości z nich deweloperom udało się zakwalifikować inwestycje w dobrze prosperujących dzielnicach miast jako TEA i uniknąć wymogu milionowej inwestycji. Przykładem może być International Gem Tower, 34-piętrowy drapacz chmur wznoszony na środkowym Manhattanie kosztem 750 milionów dolarów. Około 20 proc. kapitału użytego w tej inwestycji napłynęło od ludzi poszukujących zielonej karty. Inny projekt zlokalizowany jest w bezpośrednim pobliżu centrum finansowego z Wall Street. “New York Times” pisze wręcz o selektywnym wykorzystywaniu danych spisu powszechnego, co pozwala na zakwalifikowanie jako TEA miejsc, które w rzeczywistości nie są strefami podwyższonego bezrobocia.
Obrońcy programu przypominają, że pieniądze zagranicznych inwestorów stanowią rzeczywiście szansę, zwłaszcza dla pogrążonego w recesji budownictwa. Ponieważ dostęp do kredytów jest utrudniony, a budowy trzeba jakoś finansować, pieniądze od potencjalnych imigrantów rzeczywiście pomagają w realizowaniu różnych projektów w takich stanach, jak Nowy Jork, Kalifornia czy Teksas. Często inwestorzy nie spodziewają się nawet szybkiego zwrotu inwestycji, albo godzą się wręcz z utratą kapitału jeśli zapewni to im i ich rodzinom legalny pobyt w Stanach Zjednoczonych – pisze “The New York Times”.
Władze stanowe zapowiedziały dokładniejsze przyjrzenie się realizacji programu. Inne regiony Ameryki oskarżają nowojorskich deweloperów o wykorzystywanie programu i odciąganie inwestorów od regionów znajdujących się w dużo większych kłopotach. Na szczęście Nowy Jork wydaje się być tu wyjątkiem. W Kalifornii władze stanowe nakazały jednemu z inwestorów przeniesienie budowy zakładu produkcji narzędzi chirurgicznych z nieźle prosperujących części San Jose w biedniejszy region.
