W kawiarni "Starbucks" na Greenpoincie do 5 lutego można oglądać wystawę Erica "Good or evil, but still human". Potem obrazy trafią do Wooster Street Social Club na SoHo, które jest... studiem tatuażu.
"Wolę wystawiać swoje prace w miejscach, w których się coś dzieje, gdzie jest ruch, gdzie są ludzie – wyznaje Eric. W galeriach tłum jest tylko na wernisażu, a potem nikt nie przychodzi. Może i wystawa w galerii jest bardziej prestiżowa i zauważana przez krytyków sztuki i branżowe magazyny, ale ja wolę, żeby moja sztuka była bliżej ludzi".
Irek pochodzi, jak sam mówi, z "najbardziej zakręconego miasta w Polsce", czyli Świdnika pod Lublinem, gdzie produkuje się śmigłowce. Rysował i malował od dziecka, dostał się do liceum plastycznego w Lublinie, ale go nie skończył.
"No cóż, chyba prowadziłem wtedy zbyt rozrywkowy tryb życia – uśmiecha się Irek. – Ale było to naprawdę supermagiczne miejsce. Pamiętam, jak moja nauczycielka malarstwa pani Grażyna Orzechowska zapraszała nas do siebie, włączała Pink Floydów, Genesis, czy Jethro Tull, a my malowaliśmy tę muzykę. W czasach komuny to była prawdziwa oaza wolności".
Potem zbuntowany Irek trafił do liceum plastycznego w Nałęczowie. Tam "rozrywkowy tryb życia" jeszcze bardziej dał się we znaki, bo większość uczniów mieszkała na stancjach, bez rodziców.
"Obiecałem mamie, że tym razem będę grzeczny, ale się nie udało – śmieje się Tiuchtiej.– Poznałem wtedy Tomka Budzyńskiego z Armii, cały skład Siekiery. Nauka nie była mi w głowie. Tydzień po tym jak mnie wyrzucili ze szkoły, zacząłem jeździć z Maanamem jako techniczny. To były czasy!".
Jednak po kilku latach rockandrollowego życia Irek postanowił, że przyszedł czas, by się uspokoić i wrócił do Świdnika. Tam założył "zakład ręcznego malowania szyldów".
"Wtedy każda firma musiała mieć w nazwie słowo 'zakład' – wspomina Irek. – Przez jakiś czas malowałem te szyldy, meble artystyczne, jednak chciałem zrobić coś nowego. I postanowiłem założyć kafejkę".
Knajpka powstała dosłownie od zera, trzeba było zrobić remont, zaprojektować jej wystrój, wstawić piec do pizzy. Jako że podawali tam włoską kawę, kawiarnię nazwano "Cafe Lavazza", a Irek zyskał pseudonim, którym do dziś się posługuje w swojej działalności artystycznej.
"Wszyscy mówili: 'idziemy do la vazy', albo 'do la vazona' i ja, jako właściciel, stałem się Lavazzonem – opowiada Irek. – To było miejsce spotkań artystów. Wszystkie ściany były obwieszone obrazami. Jak zabrakło miejsca, to wieszałem nawet na suficie. Do tej pory dostaję emaile od ludzi, którzy tam przychodzili i teraz z sentymentem wspominają to miejsce w Świdniku, gdzie mieli swój podpisany kufel i gdzie czuli się jak w domu".
Po kilku latach prowadzenia knajpy Irek zapragnął oddechu. Za namową znajomego postanowił polecieć do Kanady. Pracował na stolarni u Włochów, zaprzyjaźnił się z właścicielem firmy, malował pokoje jego dzieci.
"Młodszy synek zapytał mnie, jak mam na imię, powiedziałem, że Irek, a on na to, że nie ma takiego imienia, więc zaczęli mnie nazywać Eric, i tak zostało" – wspomina artysta.
W Kanadzie odkrył, że jest chory na cukrzycę. Musiał drastycznie zmienić tryb życia, odstawić używki, białą mąkę, cukier.
"Ustawiło mnie to do pionu – mówi Eric, który od kilkunastu lat nie dotyka ani papierosów, ani alkoholu.– To był ostrzegawczy sygnał od Boga".
Z Kanady pojechał do Nowego Jorku, gdzie mieszkało kilku jego znajomych. Na początku pracował na budowie, a po pracy chodził po Manhattanie, rysował, malował. Odkrywając East Village znalazł galerię "Amber" prowadzoną wtedy przez Izę Laskowską. Zorganizował tam swoją wystawę, potem pokazywał też swoje prace w Galerii Kuriera Plus na Greenpoincie. Nowy Jork go zainspirował, pop art, Andy Warhol, Keith Herring, to był zupełnie inny świat. Film "Basquiat" widział chyba kilkanaście razy. Irek był częstym gościem w wielkim sklepie muzycznym Virgin Megastore na Union Square i wtedy wpadł na pomysł, żeby pokazać swoje prace w ich kawiarni.
"Przychodziłem tam codziennie zamęczając menedżerkę, aż w końcu się zgodziła – opowiada Eric. – Moja wystawa miała wisieć dwa tygodnie, ale tak się im spodobała, że wisiała dwa lata. Ilu ludzi przez ten czas ją obejrzało? Pewnie kilka milionów".
W tamtym czasie poznał swoją żonę Justine.
"To było w metrze, zobaczyłam chłopaka z blond irokezem i tatuażem Boba Marleya – opowiada Justine. – Ja jestem z Karaibów, więc ktoś, kto lubił Marleya od razu miał u mnie plusa" – śmieje się żona Irka.
Ślub wzięli w Las Vegas, w słynnej White Chapel. Postanowili przenieść się do Miami.
"South Beach to taki mały Disneyland dla dorosłych – mówi Eric. – Piękna pogoda, plaża, ocean. Zupełnie inne życie niż w pędzącym Nowym Jorku".
W Miami Irek konsekwentnie wystawiał swoje obrazy w nietypowych miejscach – kawiarniach, sklepach, a nawet sieci salonów fryzjerskich. Jednak rajski klimat Miami działał też trochę rozleniwiająco i po kilku latach wrócili do Nowego Jorku.
"To tu się wszystko dzieje, tu jest ta energia, która mnie napędza – mówi Eric. – Nie mówię, że jest łatwo, bo nie jest. Wszystko trzeba sobie samemu załatwić, wychodzić. Tu nikt nie zapuka do twoich drzwi pytając, czy przypadkiem chcesz zrobić u niego wystawę. Ale ja, jako zodiakalny Bliźniak, lubię działać, lubię zmiany i nowe sytuacje. Dlatego Nowy Jork to miasto dla mnie".
