Anna z Polski wyjechała 12 listopada 1969 roku razem mężem Władysławem Zającem, dwuletnim synem Pawłem i siostrą Felicją. Antysemicka nagonka na Polaków żydowskiego pochodzenia nasilała się i państwo Zającowie z ciężkim sercem podjęli decyzję o wyjeździe z kraju.
"Oficjalnie wyjeżdżaliśmy do Izraela, ale naprawdę chcieliśmy wyjechać do Ameryki, jak to powiedział mój mąż, jak najdalej od Europy – opowiada Anna. – Musieliśmy zrzec się polskiego obywatelstwa, także w imieniu syna, co przez wiele lat ciążyło mi na sumieniu. Wiedzieliśmy, że to wyjazd na zawsze, że możemy już nigdy nie zobaczyć moich rodziców, przyjaciół. To było traumatyczne przeżycie".
Anna i Władysław mieszkali wtedy w Warszawie. Anna skończyła polonistykę na Uniwersytecie Warszawskim, miała na koncie już pierwsze sukcesy jako poetka i pracowała w redakcji magazynu dla niewidomych prowadzonego przez pisarza Jerzego Szczygła.
"To była wspaniała praca, sprawiała mi wielką satysfakcję. Magazyn wychodził zarówno w czarnym druku, jak i w wersji pisanej Braillem. To były takie ogromne księgi, które musiały być przywożone samochodem, bo żaden listonosz, by ich nie uniósł. Dostawaliśmy listy od czytelników, że wychodzą przed dom i wysłuchują na drodze, kiedy wreszcie ten samochód przyjedzie. Dla wielu z nich byliśmy jedynym źródłem informacji, kontaktem ze światem. Byłam bardzo szczęśliwa pracując tam. Niestety musiałam to wszystko zostawić".
Wyjeżdżali przez Wiedeń i Rzym. Do Nowego Jorku przylecieli 30 czerwca 1970 roku.
"Zobaczyłam przez okno samolotu, że jest pochmurno, więc zaczęłam zakładać synowi sweter – opowiada z uśmiechem poetka. – Wychodzimy z samolotu, a tu tak gorąco, że nie ma czym oddychać. Jak w zupie".
Na początku Annie w Nowym Jorku nie podobało się nic. Wszystko wydawało się szare i brzydkie, tęsknota za Polską i bliskimi, którzy tam zostali i trauma spowodowana przymusowym wyjazdem towarzyszyły jej przez pierwsze lata na emigracji. Mąż –inżynier, miał trudności ze znalezieniem stałej pracy. Annie udało się dzięki temu, że jej były szef Jerzy Szczygieł polecił ją profesorowi Janowi Kottowi, który wykładał wtedy na uniwersytecie Stony Brook. Zaczęła uczyć tam polskiego.
"Jeździłam na zajęcia dwa razy w tygodniu i płacili mi 120 dolarów miesięcznie. To starczało na dojazdy i papierosy, które wtedy jeszcze paliłam – śmieje się Anna. – Potem dostałam pracę w laboratorium badawczym. To nie było zwykłe miejsce. Moim szefem był Żyd z Polski dr Wolf Szmuness, a dyrektorem całej instytucji Czech, który zatrudniał emigrantów politycznych z Czech, Polski, Węgier, by im pomóc. Nauczyłam się tam prawdziwej etyki pracy".
Jako poetka Anna debiutowała w wieku 16 lat, publikując swoją poezję w czasopiśmie "Nasz głos". W rodzinnym Szczecinie należała do klubu literackiego "Rak", zdobyła też nagrodę w konkursie poetyckim i jej nazwisko stało się rozpoznawane. Po skończeniu studiów zgłosiła się do wydawnictwa z tomikiem poezji, ale wyjazd pokrzyżował jej wszelkie plany. Pierwszy tomik "Aby wiatr namalować" wydała dopiero po przyjeździe do Stanów, w 1976 roku. Wcześniej, bo już od 1971 roku, jej wiersze publikowały londyńskie "Wiadomości" czytane także przez nowojorską elitę intelektualną z Polski.
"Poznałam wtedy profesor slawistyki Zoję Juriew, która znała już moje wiersze i powiedziała mi, że moje miejsce jest na uniwersytecie – mówi Anna. – Nie byłam tak do końca przekonana, wydawało mi się, że 32 lata, to już trochę za późno, by wracać na studia. Ale jednak zdecydowałam się i zaczęłam studiować rusycystykę na NYU".
Studiując pracowała także jako dziennikarka, pisała o nowojorskim życiu kulturalnym dla Radia Wolna Europa, uczyła też polskiego na uniwersytecie. W 1982 roku zaczęła wykładać język polski na Columbia University i pracuje tam do dziś. Przez jej zajęcia przeszło wielu wybitnych studentów, którzy dzisiaj są profesorami i wykładowcami na całym świecie.
"Praca ze studentami sprawia mi olbrzymią satysfakcję – mówi Anna. – Moi uczniowie pochodzą z różnych części świata, mają różne życiowe doświadczenia, zainteresowania i potrafią to potem wykorzystać na zajęciach – mówi wykładowczyni, która w 1990 roku uzyskała stopień doktora. – Często zadziwiają mnie swoimi odpowiedziami i szczerością. Ich nikt nie uczył, że 'Słowacki wielkim poetą był', a ich interpretacje dzieł polskich twórców, choć często zaskakujące są bardzo trafne i interesujące".
Anna pamięta jak jedna ze studentek po przeczytaniu "Pana Tadeusza" w eseju zestawiła wygląd Telimeny z opisem zamku, inna z kolei zauważyła, że u Mickiewicza wiecznie ktoś kogoś podgląda. Przy omawianiu opowiadania Tadeusza Różewicza "Grzech", o stłuczonym wazonie, Anna poprosiła studentów o opisanie najpiękniejszej rzeczy w ich domu i jeden ze studentów (dziś profesor) opisał swojego małego synka pisząc, że myślał, że dziecko zajmuje dużo czasu, bo trzeba się nim zajmować, przewijać, kąpać, a tymczasem najwięcej czasu pochłania to, że samemu chce się ciągle na nie patrzeć.
"Wykorzystał własne, prywatne doświadczenia i uczucia, aby odnieść to do literatury, wzruszył mnie – mówi Anna. – Wysłałam potem ich prace Różewiczowi, a on opublikował je w 'Kwartalniku Artystycznym'".
Przyjazd do Polski po latach był dla Anny, jak sama przyznaje, dużym przeżyciem. Po raz pierwszy odwiedziła swój rodzinny kraj w 1993 roku, przy okazji wydania książki "Ogrodem i ogrodzeniem".
"To było jak życie po śmierci – wyznaje poetka – Ja już te wszystkie miejsca pożegnałam, opłakałam, bo sądziłam, że żegnam je na zawsze, że już nigdy ich nie zobaczę. Poszłam pod swój akademik, chodziłam ulicami, które niegdyś znałam. Nie sądziłam, że kiedykolwiek jeszcze tego doświadczę. Na szczęście przyjaciele, którzy w 1969 roku mnie tutaj żegnali, byli teraz, by mnie znów powitać".
Od tego czasu wraz z mężem regularnie jeżdżą do Polski. Anna Frajlich wydaje w Polsce książki, współpracuje z polskimi uczelniami, została nawet Honorowym Ambasadorem swojego rodzinnego Szczecina, jest laureatką nagrody Fundacji im. Kościelskich, a w 2001 roku została odznaczona Krzyżem Kawalerskim Orderu Zasługi Rzeczypospolitej Polskiej.
"Jestem i tu, i tu – przyznaje. – Ameryka jest moim krajem, jestem tutejsza, ale jednocześnie ciągle jestem związana z Polską. To, że musiałam stąd nagle wyjechać i to w tak dramatycznych okolicznościach stanowi o moim życiu. Ta strata, ten ból przerodziły się w poezję".
