Jedziemy z powrotem do “cywilizacji” i atakujemy światową stolicę mody z grubej rury: letnimi sukienkami z Tajlandii, buciorami do trekkingu z Nepalu, kolorowymi, kaszmirowymi chustkami z Indii oraz kurtkami The North Face prosto z fabryki w Wietnamie.
W tak wielkim stylu, tuż po wyjściu z lotniska, przeżyłyśmy nasz pierwszy szok – szok termiczny numer jeden, czyli drastyczne przejście z temperatury 30 stopni Celsjusza do temperatury 3 stopni. Potem nastąpił szok termiczny numer dwa – pod prysznicem, gdzie każda spadająca kropla powyżej 20 stopni C, na odzwyczajoną od ciepłej wody skórę, parzyła jak wrzątek.
Na śniadanie zjadłyśmy chrupiącą bagietkę z masłem, kiedy to żołądek domagał się ryżu, może nawet curry, a już na pewno ostrych papryczek chili.
Po prawie roku używania pałeczek, łyżek czy rąk do jedzenia, gdy do lunchu podano nam nóż i widelec – no cóż, było po prostu dziwnie. A gdy przynieśli nam rachunek i za kanapkę z serem i z grzybami – chcieli tyle, ile wynosił nasz dzienny budżet na wyżywienie, nocleg i transport w Malezji. Stwierdziłyśmy, że czas przejść na dietę. Niestety, nie udało się, przeszkodziły nam w tym piekarnie, które w Paryżu są na każdym rogu i które zapraszają do środka już z daleka zapachami świeżych rogalików, czekoladowego chleba i oczywiście bagietek. Braki chleba w organizmie nadrobiłyśmy więc już w pierwszym tygodniu. Następny w kolejce był ser i wino.
Nasi paryscy znajomi okazali się specjalistami od serów i wina, jak i chyba wszyscy Francuzi zresztą. Postanowili nauczyć nas co nieco. Tak się do nauki przyłożyli, że pobiłyśmy wszelkie rekordy w jedzeniu sera. Pierwszego dnia testowałyśmy sery z krowiego mleka, między innymi z francuskich Alp, z Pirenejów, spod Paryża, ser kozi, i inne mniej lub bardziej śmierdzące; z bagietką, z suszoną kiełbaską, z białym i czerwonym winem.
To była tylko rozgrzewka. Lekcja numer dwa – zatytułowana raclette – była już o wiele poważniejsza. Proces polegał na rozpuszczaniu sera na małych patelenkach w specjalnym grillu, po czym rozpuszczonym serem polewaliśmy ugotowane ziemniaki, korniszony, szynkę i zapijaliśmy wszystko winem. Uczta była wielkim sukcesem. Mimo że nikt nie je raclette dwa razy z rzędu, my powtórzyliśmy ją następnego dnia, a gdy na koniec poprosiłyśmy o serowe fondue, Francuzi zaczęli robić zakłady, czy na pewno damy radę. Oczywiście że dałyśmy – zjadłyśmy gar z 3 gatunkami rozpuszczonego sera, maczając w nim kawałki bagietki.
Jaki z tego wniosek? Azjatycka opalenizna już dawno wypłowiała, a francuski ser i bagietka postanowiły zostać trochę dłużej w naszych “boczkach”.
Na szczęście nie skończyło się tylko na jedzeniu. Znalazłyśmy też czas na zwiedzanie, dotarłyśmy m.in. do wieży Eiffla, Luwru, Pól Elizejskich, cmentarza Pere-Lachaise i Wersalu.

Filmik do artykulu.
http://www.prostozfotobudki.com/2012/02/odc-23-dzis-bawimy-sie-w-paryzu.html