W zeszłym roku, podróżując przez Nową Zelandię, porzuciłyśmy naszego vana na tę szczególną noc i ruszyłyśmy w tany z Belgami. Skończyło się o północy soczystymi buziakami pod wieżą zegarową.
Rok 2012 planowo miałyśmy przywitać pod palmami, gdzieś na gorącej plaży Sri Lanki, a że nasze plany zmieniają się tak często, jak pogoda w Nowej Anglii, postanowiłyśmy zostać u Shane i jego żony na plantacji herbaty. Decyzja o zorganizowaniu imprezy noworocznej u nich w domu zapadła trzy dni przed godziną zero.
Nie mając za wiele czasu, szybko więc przystąpiliśmy do działania. Najmniej problemu mieliśmy z wyborem tematu. Na temat przewodni tegorocznej imprezy sylwestrowej wybraliśmy wąsy. Wąsy to podstawa, muszą być! Sztuczne czy prawdziwe, doklejane czy malowane, każdy uczestnik – czy to chłopak, czy dziewczyna – wszyscy są zobowiązani do posiadania wąsów. Tak mniej więcej brzmiało nasze ogłoszenie na stronach couchsurfing i na ulotkach, które w 5 minut zaprojektowała Aga.
Shane zorganizował świąteczne światła, które rozwiesiliśmy w całym domu, przyniósł też kolorowe lasery, które w rytm muzyki tańczyły na ścianach. Aga zabawiła się w elektryka i podłączyła wszystkie głośniki jakie były w domu, plus jeszcze te od sąsiadów. Zrobiliśmy zakupy: chipsy, krakersy, coca-cola i lokalny 35-procentowy arak; wszystko było gotowe, oprócz towarzystwa.
W ostatni wieczór spakowałyśmy zrobione przez Agę “wąsate” ulotki i ruszyłyśmy na łowy do Ella, pobliskiego miasteczka. Przeszłyśmy przez wszystkie bary i restauracje, ukradkiem reklamując nasza imprezę. Musiałyśmy działać w tajemnicy przed właścicielami, bo każdy z nich też coś na “sylwka” szykował. Następnego dnia ponowiłyśmy akcję, zaczepiając dodatkowo ludzi na ulicy. Już pod wieczór otrzymaliśmy kilka telefonów z pytaniami o szczegóły, ale niestety nikt konkretnie się nie zapowiedział. Około 11 w nocy, gotowi z muzyką, przekąskami, nawet pieczonym, nielegalnie upolowanym dzikiem i z wąsami pod nosem, wpadliśmy w panikę – nikogo nie było.
Przetrzymali nas tak w niepewności aż do ostatniej chwili, kiedy to wszyscy grupowo zaczęli się zjawiać. Po kolei przechodzili najpierw przez moje ręce, gdzie kredką do oczu doprawiałam każdemu inny styl wąsów. Impreza tak się rozkręciła, że o 3 minuty przegapiliśmy nadejście nowego roku. “Hitler” tańczył z “harleyowcem”, “klown” z “Meksykaninem”. Turyści i lokalni – wszyscy zgodnie przywitaliśmy 2012 rok.

ale wasy…..