Jedziemy na największą pustynię na Ziemi, na Saharę. Przed nami długa droga, z Marakeszu do Merzougi jest około 9 godzin jazdy samochodem. Ostre zakręty, bujamy się z boku na bok, księżyc powoli ustępuje miejsca na niebie słońcu.
Przed nami czerwone, brązowe i szare skały, a między nimi oaza, zielona trawa i setki palm daktylowych. Za nami pokryty śniegiem Atlas Wysoki, a nad nim połyskujące różowe promienie wschodzącego słońca. Istny festiwal kolorów. Wioski i miasteczka wyrastające ze zboczy gór, kwadratowe domy z małymi okienkami i wystające minarety z bocianimi gniazdami na szczytach. Obrazki jak z bajki.
Pierwszy przystanek w Ouarzate. Szybka marokańska miętowa herbata na pobudkę i dalej w drogę. Widoki zmieniają się z każdą godziną, ekscytacja przechodzi wszelkie granice. Zatrzymujemy się, żeby sfotografować nomadów, ze stadem kóz i owiec. Zatrzymujemy się, żeby sfotografować dziwne formacje skalne o niezwykłych tęczowych kolorach. Wszystko jest dla nas nowe i robi ogromne wrażenie, nie możemy przestać pstrykać. Przerwa na lunch, zwiedzanie kasby i mały skok w bok na podziwianie wąwozów Dades. I znowu kolory szaleją na niebie, kiedy zachodzi słońce. A wkrótce po nim na czarnym pustynnym niebie daje swój popis wschodzący wielki, pomarańczowy księżyc.
Zmieniamy ustawienia samochodu na 4x4 i jedziemy za prowadzącym nas przewodnikiem do obozu na pustyni. Piasek wszędzie, a na nim dywany, na których stoją białe namioty, z jadalnią, kuchnią, sypialniami i łazienkami z gorącym prysznicem. Przed obozem pali się ognisko, a wkoło ubrani na biało Berberowie grający dla nas tradycyjną muzykę. Na stole czeka pieczone jagnię, tangia, wino i mnóstwo naszych ulubionych daktyli.
Następnego dnia rano walczymy z zimnem i sypiącym po oczach piaskiem, gdy wspinamy się na najwyższą wydmę, by podziwiać wschód słońca.
Ciepłe słońce powoli rozgrzewa nasze zimne palce i nosy, szykujemy się na jazdę po pustyni. Najpierw pędzimy samochodem po kamienistej równinie. Zostawiamy za sobą tumany kurzu mijając małe wydmy, aż w końcu docieramy do wielkich piasków, gdzie na szczycie jednej z wydm czeka na nas karawana pięciu wielbłądów. Wznosimy się w górę i schodzimy w dół, w górę i znowu w dół... Powoli, na garbach wielbłądów, wracamy do obozu.
Słońce zachodzi, Berberowie znowu grają dla nas, będą tańce i wielka uczta na Saharze.
