Tu widno robi się około godziny 10, a ściemnia się o 16. Postanowiłem za dnia wybrać się do Parku Narodowego.
Najdalszy punkt
Na stacji benzynowej, według zaleceń strażnika parku, zaopatrzyłem się w puszki do spryskiwania opon “płynnym łańcuchem”. Zrobiłem pamiątkowe zdjęcia na terenie portowym, przed tablicą: Ushuaia – miasto najdalej na południu kontynentu.
Po kilkunastu minutach jazdy zatrzymałem się przed budką strażnika parkowego. “Wszystko w porządku, pokryj plastikiem opony i uważnie jedź” – brzmiało orzeczenie. Gdy zabierałem się do wykonania zaleconych czynności, zauważyłem kapeć w tylnym kole. Szybko wyrzuciłem wszystko z bagażnika i wyciągnąłem zapasowe koło – niestety, też bez powietrza. Co robić? Byłem uziemiony: daleko od centrum miasta, na lodzie, wiał zimny wiatr.
Strażnik zadzwonił po taxi. Taksówkarz zawiózł mnie do warsztatu, gdzie mechanik załatał oponę od wewnątrz – była duża dziura wycięta przez kamienie, a przy okazji wymienił wentyl. Około południa wolno wjechałem do Parku Narodowego. Pierwszy zjazd z zakrętem pokonałem bez poślizgu, a więc “łańcuch” działa. Po kilku kilometrach coraz bardziej traciłem przyczepność, aż do pętli kończącej państwową drogę nr 3. Ostatni odcinek pokonałem z sercem na ramieniu. Po wybojach podjechałem pod tablicę informującą o tym, że Panamericaną z Alaski do tego miejsca jest 18 tysięcy kilometrów, a stąd do Buenos Aires – 3090 km.
Z wyprawy do parku ledwo udało mi się wrócić, bo “łańcuch” przestał działać. Pod jedną z górek nie mogłem podjechać. Musiałem wycofać, rozpędzić samochód i dopiero wtedy udało się pokonać wierzchołek. Podobną techniką forsowałem w Kanadzie stromą ulicę pokrytą śniegiem.
Brzegiem drogi, po śniegu, dojechałem do bramki wjazdowej. Strażnik ucieszony, że wróciłem cało, pożegnał mnie serdecznie. Uradowany, że ruszam w powrotną drogę z najdalszego miejsca mojej wyprawy, ruszyłem w kierunku centrum miasta.
Powrót z Ziemi Ognistej
Dopełniłem zbiornik paliwa na stacji w centrum miasta przy porcie, odebrałem w redakcji kopie gazety z reportażem o mojej wizycie w Ushuai i pojechałem w stronę rogatek miasta. Świeciło słońce, a niebo było bez chmur. Od pierwszego patrolu dowiedziałem się, że droga jest w dobrej kondycji. Udzielili mi instrukcji o “defensywnej jeździe” i puścili mnie dalej.
Do granicy chilijskiej dojechałem szybko i bez problemów, gorzej było na samej granicy. Dwa autobusy pełne turystów zablokowały dojście do okienek tranzytowych. A tak się spieszyłem, żeby przed nocą dobić do Sombrero. Po odprawie, o godz. 19:00 zdecydowałem się jednak jechać dalej. Lepiej przenocować u Rodriga niż czekać na granicy do następnego dnia. Dodatnia temperatura sprzyjała mi w podjęciu decyzji. Do pokonania miałem jednak 110 km po tej kiepskiej drodze.
Zaczął padać deszcz. Po pewnym czasie poczułem, jak zatrzęsło “Zabawką”. Zatrzymałem się i obszedłem samochód, grzęznąc w błocie. No tak – kapeć w tym samym kole. Co robić? Jest noc, czarno dookoła, zimny deszcz, wąska kamienisto-ziemna droga i nie ma gdzie zjechać. Tiry jadące tranzytem przez Chile, dalej na północ Argentyny, mijają mnie bez przerwy i chlapią błotem... Płakać mi się chciało. Mam to, czego nie chciałem.
W końcu podjechałem na kapciu do przodu, wzdłuż rowu i zatrzymałem się na jego krawędzi. “Zabawka” przechyliła się niebezpiecznie na bok, że ja bałem się siedzieć w środku. Ale nie miałem wyjścia. Postawiłem trójkąt z tyłu na drodze i czekałem aż deszcz przestanie padać. Okryłem się kołdrą i zasnąłem na siedząco nie wiem kiedy.
Nieoceniona pomoc patrolu drogowego
Obudziło mnie pukanie w szybę. To był nocny patrol.
– Co się stało, czy wyciągnąć samochód na drogę? – zapytał jeden z członków tego patrolu. Powiedziałem, że czekam aż deszcz przestanie padać, aby zmienić koło.
– Tu niebezpiecznie stać, może dojść do kolizji – powiedział. – Pomożemy ci zmienić koło.
Odjechali i po kilku godzinach wrócili z podnośnikiem. W tym czasie zatrzymało się kilka tirów. Kierowcy oferowali mi kanapki, napoje, a także pomoc w wyciągnięciu samochodu. Kiedy odpowiadałem, że czekam na umówioną pomoc – odjeżdżali.
Członkowie patrolu pomogli mi przenieść bagaż z kufra do środka i samochód powindował do góry. Wymienili przedziurawione koło. Operacja trwała około 20 minut. Zabrudzeni błotem wyglądaliśmy jak po całym dniu pracy. Przysługa ta była gratis, w ramach patrolu nocnego ENAP (Empresa National del Petrolio).
Obszedłem samochód dookoła i sprawdziłem czy wszystko jest w porządku i czy wszystko zabrane jest z drogi. Ofiarowałem im na pamiątkę pióra i breloczki z polską banderą. Ucieszeni, że zagrożenie zderzenia minęło, odjechali, a ja powoli, na małym zapasowym kółku, pojechałem w stronę Cerro Sombrero.
Mój przyjaciel Rodrigo
Pod dom Rodriga zajechałem około 6 rano. Nie budziłem go, doczekałem dnia w samochodzie, drzemiąc. Rodrigo niemalże był na mnie obrażony, że nie wszedłem do środka. Przeczuwając mój powrót – nie zamknął drzwi na klucz, były otwarte całą noc.
Jak mu opowiedziałem o przygodzie, jaka spotkała mnie na drodze, szybko zorganizował mi dzień. Zabrał koło do wulkanizacji, zrobiliśmy zakupy i umyliśmy “Zabawkę” z błota. Powiedziałem mu, że czuję ból w gardle i kaszlę. Rodrigo zadzwonił, pojechaliśmy do szpitala i dostałem zastrzyk na zmniejszenie dolegliwości – zadziałał szybko. Brudne ciuchy wylądowały w pralce.
Za dnia zacząłem przepakowywanie wszystkiego. Denerwował mnie bałagan w moich rzeczach po wielokrotnych granicznych kontrolach i ostatniej nocy. Wieczorem zrobiła się miła atmosfera. Wino, które wiozłem z Arizony, znalazło się więc na stole. W towarzystwie kolegi Rodrgia – lekarza ze szpitala oraz sąsiada wznieśliśmy toast za mój szczęśliwy powrót w porze zimowej z Ushuai.
Domek Rodrigo zamienił się w podróżniczą bazę. Zatrzymałem się u niego na kilka dni, aby wydobrzeć i nadrobić zaległości dziennikarskie. W tym czasie zaglądali tutaj chętnie jego sąsiedzi i przyjaciele. Na rękę mi to było, gdyż skończyła się na Vizie gotówka i zmuszony byłem do przeczekania nowego kryzysu finansowego, spowodowanego dodatkowymi wydatkami związanymi z reperacją opon.
Odetchnąłem, zatroszczyłem się o “Zabawkę” i byłem gotowy do podróży. W telewizji zapowiadali opady śniegu, więc plan jazdy był prosty: jak najszybciej i jak najdalej na północ, aby wyrwać się ze strefy zimowej. Potem mogę zwolnić.
24 czerwca, w piątek, o godz. 9 rano pożegnałem się z Rodrigo. Śnieg zaczął prószyć, dookoła zrobiło się biało. To był znak, że czas najwyższy ruszać w drogę.
Przeprawiłem się promem, po czym ostrożnie jechałem kilkanaście kilometrów do rozgałęzienia dróg. W lewo droga prowadziła do Punta Arenas, a w prawo – do przejścia granicznego i dalej do Rio Gallegos w Argentynie. Skręciłem w drogę prowadzącą do ostatniego w tej podróży przejścia granicznego z Argentyną.
Trochę danych:

Czytajac ten reportaz nie wiem czy sie smiac czy plakac. Rozumowanie “bohatera” reportazu kojarzy mi sie z mentalnoscia dziecka (kolo zapasowe rowniez uszkodzone!). Czym tu sie chwalic? Caly reportaz jest tak naiwny ze dziwie sie ze ktos chcial to opublikowac!