Paulina Bębecka przyjechała z Polski do Connecticut z rodziną w wieku licealnym. Jeszcze wcześniej, jako 10-latka, przez dwa lata była w Ameryce, ponieważ rodzice chcieli, żeby nauczyła się języka angielskiego. Mieszkała wówczas w Karolinie Północnej.
"Z powodu wyjazdów ciągle musiałam zmieniać szkoły. Moim zdaniem polskie są na wyższym poziomie. Większe są tam wymogi. Już w szóstej, a może nawet w piątej klasie trzeba się uczyć takich przedmiotów, jak geografia czy fizyka. Tutaj mimo że na początku istniała bariera językowa, bez trudu dawałam sobie radę" – mówi Paulina.
Jako nastolatka skończyła liceum w Stamford w Connecticut, po czym wybrała się do Francji, gdzie studiowała w American University of Paris. Uzyskała tam stopień bakałarza.
"Studiowałam tam międzynarodowy biznes i międzynarodową ekonomię. Szkoła bardzo mi się podobała. Była fantastyczna. Mieszkałam w Paryżu tuż koło wieży Eiffla z moim jamnikiem Gackiem" – wspomina Paulina.
W Paryżu młoda studentka odbyła staż w organizacji artystycznej art-process. Robiła tam badania na temat zaangażowania biznesu w sztukę. Pamięta, że np. firma BMW prosiła sławnych artystów, jak Andy Warchol czy Robert Rauschenberg, żeby coś malowali na samochodach. Mówi, że wtedy właśnie zaczęła konkretnie myśleć o poważnym wkroczeniu do świata sztuki.
Po skończeniu szkoły w Paryżu Paulina złożyła podanie o przyjęcie do Sotheby's Institute of Art w Londynie. Zanim tam jednak pojechała wróciła na rok do Ameryki, aby się przygotować do studiów.
"Magda Sawoń z Galerii Postmasters potrzebowała akurat stażystkę i ta propozycja spadła mi jak z nieba. Pracowałam tam przez dziewięć miesięcy i nauczyłam się wiele podstawowych rzeczy o tym jak działa galeria i świat sztuki. Pomogła mi w tym Magda, która jest bardzo hojna w dzieleniu się swą wiedzą" – opowiada Paulina.
Po stażu w Postmasters nasza rodaczka wyjechała do Wielkiej Brytanii. W Londynie rozpoczęła studia magisterskie na kierunku Sztuka Współczesna.
"Byłam zainteresowana sztuką i miałam pewne przemyślenia i własne doświadczenia. Coś już wiedziałam, ale dopiero w Sotheby's zdobyłam gruntowną wiedzę" – mówi Paulina. Dodaje, że szkoła miała w programie wyjazdy do różnych muzeów w Europie. Była dzięki temu m.in. kilkakrotnie w Niemczech. Zwiedziła chociażby wystawę Documenta, organizowaną co pięć lat w Kassel.
"Tam zobaczyłam także prace artystów wystawiających w Postmasters, jak Mary Kelly. W Londynie pomagałam też Postmasters na targach sztuki Frieze. Cały czas utrzymywałam kontakty z Magdą" – mówi Paulina.
Pracę magisterską napisała na Sotheby's Institute of Art na temat brytyjskiego artysty Michaela Landy. Była to oryginalna postać. Landy, opowiada Paulina, znalazł się na dobrej drodze do uzyskania jednej z największych nagród artystycznych Turner Price. Ponieważ jednak postanowił, że jednym z jego aktów artystycznych będzie niszczenie wszystkiego co miał, poczynając od szczoteczki do zębów i majtek, a kończąc na swoich pracach oraz dziełach innych artystów, dostąpił tego zaszczytu.
Po londyńskich studiach młoda Polka wróciła w 2007 roku do Ameryki tuż przed świętami Bożego Narodzenia. Mówi, że ciągnęło ją, by zostać w Europie. W Stanach mieszkała jednak cała najbliższa rodzina – rodzice i siostra, za którymi bardzo tęskniła.
"Zaraz po powrocie dostałem ofertę zatrudnienia w Postmasters na Chelsea, gdzie już piąty rok pracuję. Jest to galeria zajmująca się sztuką współczesną i nowymi mediami, jak wideo, instalacje, sztuka internetowa. Z pomocnika asystenta stałam się pełnym uczestnikiem życia galerii. Pracuje teraz na stanowisku dyrektora i mam stażystkę" – opowiada Paulina, dodając, że utrzymuje z właścicielami nie tylko relacje na zasadzie szef-pracownik, ale czuje się z nimi związana jak z rodziną.
"Pracujemy tam we troje, chociaż inne galerie o podobnej skali i o podobnej rozpoznawalności zatrudniają dużo więcej ludzi. Wykonujemy robotę za dziesięć osób. Ja zajmuje się tam m.in. pracą administracyjną, budowaniem naszej strony internetowej, mediami społecznościowymi, poszukiwaniem nowych artystów i utrzymywaniem kontaktów z tymi, których już reprezentujemy" – wylicza Paulina. Podkreśla, że są pośród nich także Polacy – Katyrzyna Kozyra i Oskar Dawidzki.
"Mamy w Nowym Jorku wyłączność na sprzedaż ich prac głównie prestiżowym muzeom itp. instytucjom. Załatwiamy też artystom ekspozycje w innych muzeach i instytucjach artystycznych. Ich prace są nieraz skomplikowane i chociaż cenne dla koneserów, niekoniecznie zawsze nadają się do tego, by je powiesić nad łóżkiem" – wyjaśnia.
Paulina do tej pory zorganizowała w Postmasters samodzielnie dwie wystawy, a dwie wespół z szefową. Pierwsza nazywała się "Do not flea the art market". Była to ekspozycja młodych, utalentowanych artystów. Nie wszyscy z nich wystawiali wcześniej swe prace w poważnych galeriach. W drugiej, także grupowej wystawie "Eat me" o, jak to określa Paulina, hedonistycznym podejściu do seksu i życia uczestniczyło czterech artystów, w tym Marylin Minter i Monica Cook, którą odkryła sama. Postmasters zorganizowało jej później indywidualną ekspozycję.
"Ponieważ w Postmasters zatrudniona byłam zawsze na pół etatu, stałam się także asystentem innych artystów, jak Mika Rottenberg. Od ponad roku pracuję jednocześnie dla Instytutu Kultury Polskiej (IKP) w Nowym Jorku. Jestem tam kuratorem sztuki. Opiekuje się naszymi projektami związanymi z sztuką wizualną, takich jak. np. ostatnio wystawa Szapocznikow w MoMa, czy projekcja Krzysztofa Wodiczki w Union Square Park, a także prezentacja rzeźby Moniki Sosnowskiej w Central Parku, zorganizowana przy współudziale Public Art Fund" –wyjaśnia Paulina. W Instytucie pomaga też kuratorce ds. muzyki Ani Perzanowskiej.
"Jest to dla mnie ważne, ponieważ specjalizuję się nie tylko w dziedzinie sztuk wizualnych, ale poznaję świat polskiej muzyki. Właśnie Instytutowi zawdzięczam także to, że mam teraz bliższy kontaktu z Polakami, do czego wcześniej tęskniłam" – zapewnia Paulina.
Według młodej kuratorki praca w Instytucie na Manhattanie zajmującym się tylko polskimi artystami, bardzo się różni od tego, co robi w galerii.
"Instytut nie jest instytucją dochodową. Koncentruje się na promowaniu i wspieraniu ważnych projektów dla kultury polskiej. Galeria musi natomiast na co dzień walczyć o swój byt" – tłumaczy Paulina. Przechodzenie z jednego systemu pracy na drugi uznaje ona za bardzo ciekawe.
"Mogę istnieć i w jednym, i w drugim świecie, ponieważ obydwa się nie wykluczają. Trudno mi nawet powiedzieć, czy wolę pracować w sferze komercyjnej czy niekomercyjnej. Niezależnie od tego założyłam z mieszkającym w Nowym Jorku Polakiem Robertem von Leszczyńskim ARTylerię, organizację niedochodową, zajmująca się przygotowaniem projektów i wystaw, które łączą różne aspekty kultury, jak taniec, muzyka, a także technologia ze światem sztuki wizualnej" – informuje Paulina.
W nawiązaniu do ARTylerii mówi, że jej założyciele postawili sobie za cel, aby ludzie, którzy nie chodzą raczej z upodobaniem do galerii, mieli szansę obcowania ze sztuką, niekoniecznie w sformalizowany sposób.
"Dotychczas przygotowaliśmy projekt stanowiący rodzaj bitwy między dwoma artystami multimedialnymi. Drugi był swoistą 'bitwą' taneczną (street dance) w galerii, gdzie jednocześnie prezentowana była wystawa specjalnie przygotowana na to wydarzenie. Dzięki temu, że było to w galerii, ludzie, którzy tam przyszli zobaczyć street dance, mieli okazję znaleźć się w miejscu, do którego raczej by nie trafili" – wyjaśnia współtwórczyni ARTylerii.
Jeszcze kilka lat temu Paulina myślała o powrocie do Europy. Od tamtej pory sporo się zmieniło.
"Teraz, kiedy noszę kilka czapek, i w Instytucie, i w galerii i w ARTylerii, nie ciągnie mnie tak bardzo na Stary Kontynent. Moje horyzonty w Ameryce cały czas się rozszerzają. Dopiero od kilku lat stałam się częścią nowojorskiego świata sztuki, a nie tylko, tak jak dawniej, przyglądam się mu z boku. ARTyleria natomiast nie strzela teraz tylko w biało-czerwonych barwach, ale też z dodatkiem niebieskiego" – konkluduje obrazowo Paulina Bębecka.
