Gdyby same tylko przemówienia kształtowały pejzaż kraju, a zwłaszcza to, co się już wkrótce dzięki dzielnym politykom wydarzy, żylibyśmy wszyscy w dostatku, długo i szczęśliwie. Rzeczywistość jednak nie zawsze odzwierciedla oceny przedstawiane z najwyższych trybun. Nie nadąża też za pełnymi optymizmu zamierzeniami.
Informacje o poprawie ekonomicznej kraju, nawet jeśli mają o niej świadczyć wyrwane z kontekstu statystyki czy też opowieści o sukcesach General Motors, nie przekładają się na lepsze warunki życia ogółu. Jedna budująca historia o korzystnej zmianie zatrudnienia nie pocieszy ogromnych rzesz odsyłanych z kwitkiem z fabryk i biur.
"Ameryka powróciła. Ktokolwiek mówi wam, że Ameryka jest w fazie zmierzchu, nie wie, o czym mówi" – przekonywał przywódca Stanów Zjednoczonych. Nawet jednak jeśli dźwięczało to dumnie i uderzyło w patriotyczną strunę u wielu ludzi, same tylko słowa nie zmienią ich położenia. Nie wypolerują też wizerunku kraju w świecie.
Tegoroczne orędzie o stanie państwa zbiega się z nabierającą coraz intensywniejszych rumieńców kampanią wyborczą. Prezydent brzmiał raczej jak pretendent ubiegający się dopiero o urząd w Białym Domu, niż przywódca mający zdać rzeczową relację z dotychczasowych dokonań i wytyczyć wykraczający poza pobożne życzenia program.
W dobie kryzysu, kiedy miliony ludzi ledwie wiąże koniec z końcem, muzyką dla ucha zdesperowanych i niezadowolonych Amerykanów mogły stać się nawoływania o równość i bardziej sprawiedliwy podział dóbr. Były to tylko hasła. Podobnie zresztą jak wówczas, kiedy Obama apelował o zmianę kodu podatkowego (także dla korporacji lokujących się za granicą), okrojenie długu, udoskonalenie edukacji, oparcie się w większym stopniu na źródłach czystej energii, zatwierdzenie DREAM Act, refinansowanie hipotek czy gruntowną reformę ustawy imigracyjnej.
Można się poważnie obawiać, że do finalizacji tych celów daleko. Przede wszystkim dlatego, ponieważ – co potwierdzają już pierwsze reakcje – prezydent nie może oczekiwać na legislacyjne wsparcie republikanów na Kapitolu.
Apelom Obamy o wspólne działania nie pomogą nawet odwołania do pozbawionej – jak podkreślał – ideologicznych zabarwień udanej misji amerykańskich żołnierzy na Bliskim Wschodzie. Jakiekolwiek byłyby tego przyczyny, prezydent nie zyskał poparcia GOP dla swojej agendy. Teraz, w gorączce przedwyborczej, będzie to jeszcze trudniejsze. Republikanie definiują siebie bowiem jako zupełne przeciwieństwo prezydenta. Mało realne jest zatem sformowanie polityki zwiastującej rychłe przełamanie impasu.
“”“Obama apelował o zmianę kodu podatkowego [....] zatwierdzenie DREAM Act,[...] czy gruntowną reformę ustawy imigracyjnej.
Można się poważnie obawiać, że do finalizacji tych celów daleko. Przede wszystkim dlatego, ponieważ – [...] – prezydent nie może oczekiwać na legislacyjne wsparcie republikanów na Kapitolu.”“”
Miłość Pana Redaktora do Prezydenta Obamy jest całkowiecie ślepa i nieuleczalna.
Po trzech latach jego kadencji Pan Redaktor nadal uważa, że gdyby nie ci paskudni Republikanie to Prezydent zrobiłby amnestię dla nielegalnych i przepchał DREAM Act.
Już nawet nie chce mim się tłumaczyć, że Prezydent miał w Kongresie taką większość, że mógłby przegłosować wszystko co chciał - i w kwestiach imigracyjnych nie tylko nie kiwnął palcem ale wręcz zaostrzył kurs wobec nielegalnych. Obecna administracja deportuje wielokrotnie więcej ludzi niż za Busha.
I już nie wiem ile razy tłumaczyłem, że zarówno Prezydent Obama jak i Partia Demokratyczna opierają się na głosach Murzynów i związkowców - które to grupy są do imigracji nastawione wrogo, bo uważają, że nowi zabieracją im pracę. (I trochę racji mają). Dlatego Partia Demokratyczna choć bardzo stara się przedstawiać jako pro imigracyjna - w rzeczywistości wcale nie jest. Najlepiej to widać po tym, jak Prezydent Obama nie zrobił nic dla uchwalenia DREAM Act gdy miał do tego głosy a przypomniał sobie o sprawie dopiero gdy po wyborach uzupełniających układ sił w Kongresie dawał stuprocentową pewność ,że ustawa nie ma szans i upadnie.
Niestety - jak widzę moje argumenty są jak groch o ścianę - odbijają się i nie docierają. Po prostu ręce opadają i gadać się odechciewa.
Więc jeszcze raz: Za obecnej administracji ani reformy imigracyjnej ani DREAM Act nie ma i nie będzie. Koniec i kropka i szlus.

Mowa Prezydenta Obamy - publiczne cwiczenia w poboznych zyczeniach.
Aczkolwiek niektore propozycje maja sens, powstaje pytanie dlaczego nie zglosil ich 3 lata temu, gdy przejal wladze, a 5 minut przed uplywam kadencji. Na sformulowanie niektorych propozycji, nie mowiac o ich zatwierdzeniu potzreba by miesiecy czy lat.
Czyzby wymowa byla taka ze “wybierzcie mnie na druga kadencje a pokaze co potrafie”? Raczej podziekujemy, Panie Obama. Mial Pan duzo czasu aby pokazac co Pan potrafi. Jakos slabo wyszlo