Na sali głównej czekali licznie zgromadzeni goście, nastroju dodawały cichutko grane kolędy, opłatek leżał na każdym stole. Szwedzki bufet oferował dwanaście dań do wyboru, jak podczas tradycji staropolskiej Wigilii. Konferansjerkę prowadziła Bożena Kamiński z zarządu KPA.
Dziecięcy chór Gaudete ze Szkoły Języka i Kultury Polskiej im. bł. Jana Pawła II na Maspeth (NY) był jedną z atrakcji świątecznego koncertu kolęd. Program był specjalnie przygotowany na tę okazję. Chórzyści byli ubrani w odświętne stroje, a także grali na instrumentach! Wykonali kolędy tradycyjne oraz nowe kompozycje. A wszystko na wesoło i z zacięciem. Momentami przypominali w stylu klasyczną już Arkę Noego, zresztą wykonali kilka utworów z repertuaru tej polskiej grupy. Wielkie brawa należą się opiekunce Ewie Gindorowicz i p. Justynie, za fachowość i poświęcenie w prowadzeniu dziecięcego chóru na wysokim poziomie. Po występie chór udał się na następny koncert, a do pozostałych dzieci przyszedł dorosły Mikołaj i każde z nich otrzymało paczkę. Opłatek nowojorskiego KPA był bowiem adresowany nie tylko do dorosłych, ale i dzieci właśnie. Jak powiedział Frank Milewski, prezes nowojorskiego oddziału KPA: "Dzieci są naszą przyszłością, powinny znać kulturę i tradycje polskie oraz historię. Musimy dbać, aby wyrastały w duchu polskim".
TWARDY JAK KAMIEŃ
Głównym gościem wieczoru był Wacław (Walter) Kołodziejek z Queensu, którego zaproszono, by uhonorować jego osobę i przedstawić niebywałą historię jego życia. 91-letni dziś pan Wacław jest jednym z nielicznych ocalałych więźniów obozu zagłady w Oświęcimiu. Do obozu trafił jako jeden z pierwszych będąc ofiarą łapanki na ulicach Warszawy. Był wtedy młodzieńcem. Jest jedynym żyjącym więźniem, który numer obozowy "2254" ma wytatuowany nie na nadgarstku, jak to czynili później niemieccy oprawcy, a w okolicach serca. Dumnie pokazywał fotoreporterom pierś w wytatuowanym numerem, obok chrześcijańskiego krzyżyka. Podkreślał, że to właśnie Polacy byli pierwszymi więźniami obozów, zanim trafili tam Żydzi.
Naukowcy polscy, badający historię holokaustu orzekli, że nie ma już wśród żywych byłych więźniów z pierwszych transportów. Nie wiedzieli, że Wacław Kołodziejek mieszka w Nowym Jorku i jest żywą historią tamtych dramatycznych czasów. Jak na swój wiek, jest sprawny i pełen energii. Sam się świetnie porusza i nie lubi, gdy mu się pomaga przy wstawaniu lub chodzeniu. Zawsze był silny i cechuje go humor i doskonała pamięć. Jednego tylko nie może sobie przypomnieć... Jak wydostał się poza mury obozu? Był bowiem torturowany do granic możliwości, bity i prześladowany. Niemcy szczególnie go sobie upodobali, bo cechował go niezwykły hart ducha i niebywała siła odporności na ból i tortury. Kiedy inni współwięźniowie umierali od batów, on otrzymywał ich jeszcze więcej. Oprawcy z obozu badali na nim odporność organizmu na ból i wytrzymałość ludzkiej psychiki. Już wówczas zyskał miano "Człowieka Skały". Później był jednym z pierwszych, na których zaczęto dokonywać eksperymenty medyczne.
Należał do przedwojennego harcerstwa i był członkiem Zrzeszenia Hrabiów Europy. Być może dlatego szacunek dla niego miał sam Rudolf Hess, komisaryczny szef urzędu DI Inspektoratu Obozów Koncentracyjnych hitlerowskiego SS. Być może to on mi pomógł? – zastanawia się pan Kołodziejek.
Zarówno pan Wacław, jak i jego córki chwilową amnezję, wskutek której nie pamięta, jak się znalazł za murami obozu, przypisują działaniu substancji medycznych lub środków odurzających, a może ogólnemu wycieńczeniu psychofizycznemu.
Pan Kołodziejek w krótkiej rozmowie powiedział "Nowemu Dziennikowqi", że czuje się szczęśliwy, iż został zaproszony na opłatkowe przyjęcie wraz z córkami Patricią oraz Carol i uhonorowany przez zarząd KPA. Opłatek zbiegł się z terminem jego kolejnych urodzin. Goście odśpiewali szacownemu jubilatowi "200 lat!", ten zaś pożegnał zebranych słowami "God bless Poland na wieki wieków". Frank Milewski z Bożeną Kamińską i ks. Piotrem Żendzianem wręczyli mu fotogram przedstawiający nadpaloną, postrzeloną kulami flagę polską z tamtego okresu z dopiskiem "Poland First to Fight" (Polska pierwsza w walce)w imieniu Kongresu Polonii Amerykańskiej, który powstał w 1944 r., by pomagać zaatakowanej podczas II wojny światowej Polsce. Warto poświęcić szersze łamy czcigodnemu człowiekowi Kołodziejkowi, bowiem to sprawozdanie jest chyba jedynym, w którym poświęcono mu uwagę. Nie ma o nim żadnej wzmianki w internecie.
SWÓJ CZŁOWIEK W RATUSZU ?
Wyrazy uznania złożył jubilatowi również John Liu, kontroler miejski, który przybył na uroczystość również po to, by oznajmić, iż zamierza startować w wyborach na urząd burmistrza miasta i prosi Polonię o wsparcie w głosowaniu. John Liu sam mówi o sobie, że jest członkiem Polonii. Rzeczywiście od lat stara się o jej głosy, organizuje miesiące kultury polskiej, odznacza i honoruje podczas ich trwania Polaków, którzy w jakieś mierze wyróżnili się w naszej społeczności. Ma wśród nas i w gronie polonijnych biznesmenów wielu przyjaciół, może więc będzie wspierał Polonię również w przyszłości? Dobrze byłoby mieć "swojego" człowieka w ratuszu.
Wyrazy uznania dla działalności nowojorskiego KPA i życzenia dla jubilata złożył również konsul Andrzej Stąsiek. Frank Milewski wygłosił pod adresem Wacława Kołodziejka specjalną mowę, przypominając pokrótce, że historia jego życia powinna być znana nie tylko dorosłym, ale dzieciom, żeby nie uległy wrogiej Polsce propagandzie na temat "polskich" obozów śmierci. Mamy nadzieję, że maluchy z apetytem konsumujący specjalnie dla nich serwowane lody wyciągną wnioski z historii. No, ale może przynajmniej uczynią to za nich rodzice.
Bogatą w fanty loterią i wspólną zabawą dorosłych i dzieci zakończył się opłatkowy wieczór, który z wprawą i profesjonalizmem poprowadził DJ Andrzej Kopacz, przygotowując dodatkowe konkursy taneczno-ruchowe i grając specjalnie dobrany repertuar disco-italo-polo. Goście duzi i mali bawili się świetnie i ten wieczór zapewne na długo pozostanie w ich pamięci.
