“Nie wiem – mówi Aga – ale wszyscy leżą na rozwiniętych prześcieradłach, albo na kawałku plastkiu”. Tam leży chudy jak patyk mężczyzna, tam kobieta z niemowlakiem. Niektórzy mają bagaż, większość nie ma jednak nic. Trzeba delikatnie stąpać i uważać, żeby na nikogo nie nadepnąć albo w coś nie wdepnąć.
Kupiłyśmy bilet na nocny pociąg do Varanasi.
A w świętym mieście Varanasi – święte krowy, święte kupy, chore psy, wściekłe małpy, ludzie, riksze, motory i turyści... Wszystko razem miesza się na ciasnych uliczkach starego miasta, jak thali na hinduskim talerzu. Ten się pcha i krzyczy chai, chai, tam krowa sika, tu mieszają lassi (hinduski jogurt), a jeszcze dalej śpieszy grupa mężczyzn – z ciałem zmarłego na bambusowej drabinie – w kierunku rzeki. Na brzegu Gangi, jak nazywają Ganges Hindusi, już czeka na niego stos drzewa. Ciało zostanie tam spalone zgodnie z tradycją, a prochy wrzucone do świętej rzeki.
W powietrzu unosi się zapach spalonej skóry i drzewa cedrowego, a kilkanaście metrów dalej rytualną kąpiel w rzece odbywają wierni pielgrzymi z całych Indii.
Wraz z zakończeniem monsumu w październiku, oficjalnie zaczął się sezon turystyczny w Indiach. Trudno jest więc kupić bilet na pociąg w ostatniej chwili, ale udaje nam się i już jesteśmy w drodze do Agry. Pociągi w Indiach są najtańszym i najbardziej rozpowszechnionym środkiem transportu. Można podróżować w wagonie z małymi okienkami, gdzie jest tak ciasno, że siedzi się jeden na drugim, albo w tzw. “śpiącym” – bez zasłonek i prześcieradeł, albo w takim z klimatyzacją, z białym prześcieradłem i nawet poduszką i kocem. Jesteśmy w tym “śpiącym” – żadnej prywatności. Karaluchy biegają, plecaki do łóżka kłódką przypięte, a tu jeszcze strażnik ostrzega nas przed nieznajomymi oferującymi darmową herbatę, która może zawierać środki nasenne.
Uszy więc mamy zamknięte na każdego kto krzyczy chai, chai. Policzek przyklejony do niebieskiego łóżka, śpimy z jednym okiem otwartym – bo jednocześnie pilnujemy bagaży.
W końcu nastał poranek, wyglądamy przez okno, z nadzieją na zobaczenie Taj Mahal, ale w zamian widzimy kilkadziesiąt osób z butelką wody w ręku, kucających w krzakach, tuż przy torach, w swojej – jak się później okazało – codziennej... “łazience”.
A Taj Mahal świeci za nimi w promieniach wschodzącego słońca.
Wiecej o naszych podróżach znajdziecie na stronach naszego blogu: www.hottoddiesunlimited.com i www.prostozfotobudki.com

Potem sie dziwic ze ta dzicz masowo przyjezdza do USA I wszystko im pasuje. Ku udrece wspololkatorow w budynku, z nielicznymi wyjatkami, kultywuje swe tradycje- karaluch zapie.dalaja gdzie sie da, brud, smrod I ubsutwo, mimo ze kasy nie brakuje.
Zapobiec temu trudno w takich miastach ja NY, bo przeciez wlasciciel budynku, niech go reka boska broni, nie moze odwowic wynajmu mieszkania komus tylko dlatego ze lata w sandalach I kultywuje swe dzikie tradycje.
Dziwic sie mozna tylko ludziom, ktorzy nie musza ale jada do Indii, Chin czy Afryki.
A sprobuj nazwac rzecz po imieniu, tos od razu rasista a w najlepszym razie cham , ktory nie rozumie innych kultur. Swiecie nasz, swiecie nasz jak spiewal sp.Czesiek.